until the violence stops – czyli praktycznie o wolności w internecie

Wczoraj na fejsbuczku, zupełnie przypadkowo, trafiłam na bardzo ciekawy link
zamieszczony na ogólnodostępnym wallu przez V-Day UW stop przemocy wobec kobiet i dziewczyn.
Link jak link – opatrzony komentarzem (a raczej jego brakiem), który brzmiał:
Nawet nie wiemy, jak powinniśmy to skomentować….
– prowadził bezpośrednio do notki na wordpressowym blogu anonimowego internauty.

 

Notka barwnym i soczystym językiem opisywała – jak bić kobietę, żeby nie było śladów.
Na wesoło i na luzie, choć bardzo konkretnie. Jak i gdzie uderzać, jakie chwyty stosować,
jakich przedmiotów najlepiej używać. Na zakończenie – krótki instruktaż duszenia.
Słowo kobieta za każdym razem zostało zastąpione synonimami: pizda, dziwka, kurwa, szmata.

 

Pod notką znalazłam pełne entuzjazmu komentarze mężczyzn i chłopców w różnym wieku,
którzy oprócz wyrażania poparcia, uznania i zachwytu, dzielili się także swoimi sposobami
na podtapianie i pozostałe środki przymusu bezpośredniego.

 

Przejrzałam pozostałe notki na blogu: mizoginiczne, nekrofilskie, hejterskie, nawołujące do przemocy.
Autorzy – grupa zakompleksionych niewyżytych gimnazjalistów/licealistów, którzy świetnie się bawią,
generując w internecie teksty o gwałceniu i przemocy wobec kobiet
oraz nekrofilii i bezczeszczeniu zwłok.
Bo to taki czarny humor, co nie?

 

Reakcja osób odpowiadających za FanPage V-Day UW – w sumie żadna:
“Nawet nie wiemy, jak powinniśmy to skomentować….
Nie bardzo potrafimy zaklasyfikować stronkę. Żart? Mało śmieszny. Poradnik? Przerażający.”
I tyle. I wszystko.

Tymczasem oficjalna “misja” V-Day UW jest szczytna:

V-Day to globalny ruch na rzecz zaprzestania przemocy wobec kobiet i dziewczyn.
Zwraca uwagę na wszystkie aspekty przemocy: przemoc seksualną, fizyczną, psychiczną,
obrzezania kobiet, kazirodztwo i niewolnictwo seksualne.

MISJA:    wyraź_NIE przemocy wobec kobiet i dziewczyn
WIZJA:    until the violence stops
DLA KOGO:    dla Ciebie, Twojej matki, Twojej dziewczyny, Twojej siostry, Twojej koleżanki, Twojego kolegi

JAK:
studencko! z własnej inicjatywy! niestandardowo!
– wystawiamy „Monologi waginy” Eve Ensler
– zbieramy pieniądze na Centrum Praw Kobiet i Specjalistyczny Ośrodek Wsparcia dla Ofiar Przemocy
– przeprowadzamy badania dotyczące przemocy
– organizujemy: cykl warsztatów, koncert, pokazy filmów, panel dyskusyjny, akcje animacyjne
– tworzymy kreatywne wideo

CO MOŻESZ ZROBIĆ:
Powiedz stop przemocy. Zrób to, wyraź_NIE:
– przyłącz się do nas
– dowiedz się od nas gdzie szukać pomocy
– zbierz z nami pieniądze na ważny cel

 

Wiecie co… – zagotowało się we mnie!
Zabawa w teatrzyk, happening, evencik, koncercik i zbióreczkę kasiorki –  a z faktycznych działań: w sumie nic.

Ja oczywiście jestem starą frustratką, która się czepia, ale wydaje mi się,
że wycierając sobie gębę osobą Eve Ensler, szczytnymi hasełkami antyprzemocowymi –
należy robić coś więcej niż zabawić się w teatrzyk, zbierać kaskę
i napić się piwa na kampusie uniwersyteckim, Drodzy Studenci.

Tymczasem ja – informując na wallu V-Day UW, że właśnie zgłosiłam zalinkowaną przez nich stronę
do trzech niezależnych organizacji zajmujących się bezpiecznym internetem –
zostałam… ekhm, delikatnie mówiąc – wyśmiana przez resztę uzytkowników fejsbuczka.
Że nie mam poczucia humoru, że to przecież żart jest, tylko że czarny.

Świetnie, więc jeśli ja zacznę dla żartów heil’ować ze swastyką w centrum handlowym,
albo dla żartów udawać pedofila pod przedszkolem albo biegać z atrapą pistoletu i terroryzować staruszki –
to też będzie za niska szkodliwość na jakąkolwiek reakcje społeczną? ;)

Nie każdy dostrzeże w tej kretyńskiej stronie www żart i czarny humor –
dla niektórych debili ta stronka będzie po prostu instruktażem.

Nawoływanie do przemocy – w żartach czy też nie – nie powinno mieć miejsca.
Nigdzie. Ani na ulicy, ani w internecie.

Założę się, że gdyby powstała strona z przepisami: „Jak obdzierać szczeniaki ze skóry” –
to wszyscy by się oburzali, protestowali i zgłaszali stronę gdzie popadnie…
A jeśli strona dotyczy przemocy wobec kobiet, to okazuje się tylko “czarnym humorem”.

Reagując na zalinkowaną stronę – zostałam oszczekana:
Ja pierniczę, przez takich ludzi, którzy zgłaszają byle bzdury, internet przestanie być wolny.
BRAWO! Oby tak dalej,ACTA jest mega,prawda? A tak poważnie – nikogo nie obchodzi co ja lub ty
uważamy za zabawne. Uważam, że rzeczy żenujące, głupie i obrazoburcze mają prawo bytu w przestrzenii „publicznej”.

 

Moja odpowiedź jest krótka i prosta, choć wiele osób –
mających problem z odróżnieniem „adaptować” od „adoptować”
– zapewne jej nie zrozumie ;)

Popieram wolność w internecie, sprzeciwiam się ACTA.

Ale internet jest dla mnie środkiem komunikacji.
Tak jak autobus. Serio.

Wsiadasz i jedziesz, gdzie chcesz. Oglądasz co chcesz.
Możesz zapuścić się w ciemną stronę miasta po odrobinę adrenaliny,
możesz odwiedzić dzielnicę czerwonych latarni albo slumsy.
Możesz też wybrać kurs wycieczkowy po jasnej stronie mocy. Twoja wola.

Ale jeśli jedziesz jednym, drugim czy piątym autobusem
i widzisz, że ktoś – jak gdyby nigdy nic – na siedzeniu obok albo na ulicy –
a więc w przestrzeni publicznej
nawołuje do przemocy, pokazuje przemoc, propaguje szkodliwe treści
to ja się temu sprzeciwiam. I to jest moja wolność.

Wolnością innych jest wszystko, co ma miejsce za obopólną zgodą –
dlatego też uważam, że owszem, internet jest miejscem,
gdzie mogą sobie funkcjonować wielbiciele ekstremalnych doznań seksualnych,
miłośnicy tektury falistej, fani balsamowania się żywcem czy wspólnoty religijne wyznające kult kolby kukurydzy.
Proszę bardzo – rejestracja, hasło użytkownika, kod dostępu.
Istnieje mnóstwo metod weryfikacji, nie będących zamachem na prywatność, więc bez obaw.

Nie jestem też na tyle naiwna, aby wierzyć, że nagle z internetu znikną
wielbiciele posuwania nieboszczyków, bicia kobiet, gwałcenia starców czy obdzierania małych kotków ze skóry.
Ale jeśli coś takiego istnieje sobie w „przestrzeni publicznej” – tak ot, po prostu –
i czytają to zarówno dojrzali odpowiedzialni ludzie potrafiący odróżnić czarny humor od przepisu na zabijanie,
jak i ćwierćinteligenci, którzy na hasło „Spal kota!” – idą i podpalają kota.

Jeśli niektórzy nie czują tej różnicy
i wolność oznacza dla nich: „zabij, jeśli masz ochotę! nie moja sprawa!”
to ja przepraszam bardzo.

No chyba że potem zrobią happening w stylu marszu milczenia
i gromadnego zapalania świeczek w miejscu,
gdzie nastoletni czytelnik zalinkowanej strony
zabił staruszkę młotkiem w ramach czarnego humoru.

 

 

PS. póki co sprawa tej kretyńskiej strony dotarła do
administrującej serwisem wordpress.com amerykańskiej firmy Automattic,Inc.
czekamy na ich decyzję w sprawie zablokowania strony na ich serwerze.

tymczasem Studentom UW życzę wesołej zabawy w ramach happeningów V-Day.

 

Przepraszam. Wybacz mi. Kocham Cię. Dziękuję.
0

5 myśli na temat “until the violence stops – czyli praktycznie o wolności w internecie

  1. W zasadzie idąc tym tropem wszystko można podciągnąć pod kategorię „czarny humor”. Jak sprawnie rozłupać czaszkę czy poćwiartować zwłoki, czemu nie? Syfu w necie jest co niemiara, ale przyklaskiwanie dostępności takich treści z hasłem „wolność” na ustach jest dla mnie nie do zaakceptowania. Gdybym miała konto na fejsbuku stanęłabym za Tobą murem:)

  2. zgadzam się z tym;
    zwykle takie strony na fejsie (jak ta o przeciwdziałaniu przemocy) to właśnie zabawa – w zbieranie fanów, publikowanie na wallach (a co to daje? nic) itp.
    dobrze, że zaprotestowałaś.

  3. slusznie. Strony zachecajace do przemocy jakiejkolwiek- powinny byc blokowane a ich wlasciciele zglaszani na policje. to jest- o ile sie nie myle przestepstwo.
    ale tak- off topik, choc posrednio na temat. o problemie przemocy kobiet wobec mezczyzn w rodzinach nie mowi sie nic. na zasadzie- jak to baba go bije? a tak, bije, a on sie nawet obronic nie moze- bo wtedy to niby ona jest ofiara. do tego caly wachlarz psychicznego terroru- z reguly przy aktywnym wsparciu mamusi. oskarzenia o molestowanie, zupelnie surrealistyczne wyroki sadow, ojcowie, co latami nie widzieli swoich dzieci, … tak tez wyglada swiat damsko- meski. i nie wiem czy to nie ten wlasnie problem aby nie jest czestszy w kraju nad wisla…..

Dodaj komentarz