kryzys (wy)twórczy

loreal, loreal, loreal. zmęczona powierzchownie polerowaną gładkością słodkiej masy reklamowej, generowanej obficie dla masowego odbiorcy z przodozgryzem, złą dykcją, ubytkami w edukacji i dysfunkcją rozumienia tekstu czytanego – nie waham się wyznać, że cierpię i zgrzytam, bo krąży mi w żyłach czysta polszczyzna. przemieszcza się we mnie z szelestem, chrobotem …

mopsy zadają szyku w parku i na trawniku

można prosić, tłumaczyć, przekonywać i zaklinać, ale nie – Miszur robi swoje. już! teraz! na dziedzińcu! na oczach licznie zgromadzonej publiczności – na balkonach i w lożach honorowych. rzecz jasna – solistka czeka na brawa, podczas gdy matka w popłochu pakuje jej wonny recital do siateczki.   Kumok jest bardziej …

hymn do maszyny mego ciała

ostatkiem sił doczołgałam się do internisty. i znów zrozumiałam, czemu co miesiąc płacę składki na prywatną służbę zdrowia. po godzinie załatwiłam wszystko: dałam się oddessać z krwi (pełna morfologia z rozmazem ręcznym, OB i CRP, parametrami wątrobowymi, nerkowymi i tarczycowymi) i moczu oraz sfotografowałam rentgenem klatkę mojego ptako-serca. Tytus Czyżewski …

między lalkami a brzegiem przepaści

jasne, że nie byłabym sobą, gdybym w tak pięknych okolicznościach przyrody zapomniała o krajoznawczych potrzebach moich lalek Blythe: oto i one:  Pola (u kresu swej termicznej wytrzymałości) i Orka (radośnie podskakująca jak wróbelek na sprężynowych nóżkach) Orka:   –  Skaczmy! Skaczmy aż pęknie, załamie się i polecimy w dół i …