z cyklu: żenujące fakty, którym nie potrafię zaprzeczyć – brazylijska masakra w życiu i na danceflorze

otóż mam ogromną słabość do muzyki brazylijskiej, a raczej śpiewania, mówienia i życia
w brazylijskiej odmianie portugalskiego, który uważam za najbardziej
zmysłowy język świata: melodyjny i szeleszczący, a zarazem intensywny, dziki i pełen pasji –
mówiony seksownym, niskim i lekko zachrypniętym głosem Sonii Bragi.

bo to od niej – a nie od uwielbianej masowo Lucelii Santos – wszystko się zaczęło.
prawdę mówiąc nie cierpiałam “Niewolnicy Isaury”. po pierwsze dlatego, że była niewolnicą;
po drugie – miała jakąś mentalną anemię, psychiczny niedowład i mimiczną smutę.

LUCELIA_SONIA
zdecydowanie bliżej było mi do Julii Matos z ukochanego przeze mnie serialu
“W rytmie disco”, który zawsze w weekendy roku 1986 oglądałam u Babci Basi,
a więc mając lat osiem. och, co to było za szaleństwo!
na sam dźwięk tytułowej piosenki dostawałam gęsiej skórki
i zaczynałam tańczyć przed czarno-białym telewizorem marki Unitra Cygnus T401:

gorące rytmy! nagie ciała! pasja! namiętność! intryga!
no i przede wszystkim – spodnie od dresu głównej bohaterki!

niestety, jak to przeważnie bywa z moimi fascynacjami i miłościami,
eskalują one do patologicznych wręcz rozmiarów, rzutując na inne sfery,
których zawczasu powinnam bronić jak niepodległości.
ale pech chciał, że nie broniłam.

skutkiem czego – na całe życie – zostałam obarczona miłością do kiczu, cekinów,
jarmarcznej poetyki ery disco lat 70. i 80. to jeszcze pół biedy, da się przeżyć.

dancin-days

niestety gustuję także w subtelnych niuansach fabularnych
brazylijsko-wenezuelskich telenoweli. i nic na to nie poradzę. kocham ten styl.
ten wrzask. ten absurd. ten paradoks.

pamiętam, że jednym z moich ulubionych klasyków tego gatunku
było hiszpańskojęzyczne dzieło wenezuelskiej telewizji pt. “La Cara Sucia”,
czyli po naszemu… ekhem… “Kopciuch”:

CaraSucia2[1]

nie no, po prostu kochałam to. kochałam ich wszystkich:
Estralitę, Miguela, Horacia, Candelairę, Santę i Deyanirę!
genialne! genialne! tutaj macie kilka pięknych finałowych scen –
obejrzyjcie koniecznie i poczujcie ten klimat – większość bohaterów
doznaje pomieszania zmysłów, umiera albo wyznaje sobie miłość!

 

a tutaj jeszcze najlepsze sceny:

 

pamiętam jeszcze, że bardzo podobała mi się piosenka z napisów końcowych,
ale zupełnie jej nie pamiętam i nigdzie nie mogę znaleźć! :(
zapytam brata mego – Wojciecha – bo on też oglądał.

 

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

4 komentarze

  1. Pingback: sexy little liar czyli: dlaczego nienawidzę Roda Stewarta - Zazie

  2. Przyznaję się bez bicia, że oglądałam wszystkie odcinki „Kamiennego kręgu”…. „W rytmie disco” też widziałam.. I mnóstwo innych seriali tego typu.. I nie wydaje mi się, żebym została przez to obdarta z jakiś wartości lub ogłupiona zniekształconym obrazem rzeczywistości.. Tamte seriale, choć niepozbawione przemocy z jednej strony i wyidealizowanym światem z drugiej, na pewno mniej mogły zaszkodzić mojej dziecięcej wyobraźni niż współczesna sieczka, pełna wulgaryzmów, nagości, przemocy seksualnej i zachwianiu pewnego systemu wartości. Miło wspominam swoje dzieciństwo i tamte seriale :)

  3. ja miałam fazę na uczenie się piosenek rozpoczynających te dzieła :/ por supuesto :)
    moja mamita była b. obowiązkowa, jeśli chodzi o oglądanie tasiemców portugalskich, wenezuelskich, peruwiańskich… więc jej dziecko chcąc nie chcąc, rad nierad, jednym uchem oglądało też ale wolę j. hiszpański od portugués

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.