Dlaczego cukier nie krzepi?

tumblr_ll1lvhr9mw1qjmv8fo1_500

 

Ostatnia notka na temat mojego uzależnienia od cukru (klik!) wzbudziła spore zainteresowanie – z moich blogowych statystyk wynika, że w jeden dzień przeczytało ją ponad 3.000 osób i chociaż nikły promil czytających zostawił po sobie ślad w postaci komentarza na blogu lub FB, to zamiast tego zostałam zasypana lawiną maili i prywatnych wiadomości na FB od osób, które – jak się okazuje – mają podobny problem, ale nie chcą o nim pisać publicznie (nawet anonimowo!). Dlaczego? Ze wstydu.

 

“Witaj Olga, nie wiem, czy powinnam pisać, ale przeczytałam dzisiejszy Twój wpis na blogu, o słodyczach i chcę Ci powiedzieć, że mam tak samo i że to jest straszne. (…) To jest tak, że jak się naglukozuję, to zapadam w taki egzystencjalny letarg – wiem, ze juz tego dnia nigdzie nie wyjde, nie spojrze w lustro, czuje do siebie wstręt, jakby wykreślam ten dzień z życiorysu. Mówiąc sobie, że dobrze, to ostatni zmarnowany dzien (bo dla mnie to nie oznacza tylko przyrostu wagi i utraty zdrowia, ale marnowanie zycia. W stanie obżarstwa słodyczami nie jestem w stanie myśleć, działać, tracę jakiś rodzaj swiadomości i chyba o to mi chodzi). Nienawidzę tego całym sercem. Sprowadza mnie to do parteru, do poziomu jakiejś, kurna, glizdy. Nie wiem, z czego to wynika. Próbowałam to zanalizować i nie wiem. To jakiś taki wypełniacz czasu, pustki, nie wiem. (…) Wybacz, że tak Cię napadłam tym listem, ale byłam w szoku, że ktoś jeszcze, dorosły człowiek, ma podobną do mnie „słabość”. Nie powiem, że to pocieszające, bo wcale nie, no ale skoro Ty jesteś fajna i tak masz, to może i ja nie zasługuję ze swojej strony na taką ostateczną pogardę.”

 

Nałóg słodyczowo-cukrowy jest w naszych oczach żenujący, infantylny i żałosny. Pokazuje, jak bardzo nie radzimy sobie z własnymi emocjami, lękiem, pustką, poczuciem osamotnienia i życiowej bezradności. Kompulsywne objadanie się słodyczami, tak jak reszta zaburzeń odżywiania, to nałóg samotniczy. Alkohol, narkotyki, seks czy hazard – w swojej początkowej fazie – przeważnie wiążą się z innymi ludźmi, towarzystwem, zabawą, imprezami, kontaktami społecznymi; dopiero potem schodzą głębiej, do podziemia, gdzie ostatecznie dopadają człowieka w jego samotności.

amelia2

Natomiast słodycze, mam wrażenie – i potwierdzają to Wasze maile – od samego początku są rodzajem naszej prywatnej, osobistej “przyjemności”, do której z definicji nikt nie ma prawa się wtrącać i nie chcemy jej dzielić z nikim innym. Nie tylko nie chcemy świadków, ale i współuczestników naszej “uczty”. Wszystko jest dla nas i tylko dla nas. Jakbyśmy chcieli wypełnić słodyczą wszystkie nasze wewnętrzne “braki” – brak poczucia bycia kochanym, akceptowanym, docenianym; brak pewności siebie, brak poczucia własnej wartości, brak siły do życia, brak sukcesów zawodowych, brak odporności psychicznej. Jedzenie ma nas wypełnić, załatać wszystkie dziury, zniwelować braki, zakamuflować niedoskonałości. Słodki plaster na wszystkie nasze wewnętrzne rany; cukrowy opatrunek ma nas ukoić i pocieszyć.

amelia

Jako dzieci dostawaliśmy słodycze w nagrodę – kiedy zrobiliśmy coś ładnie i dobrze, stając się dumą dla mamusi i tatusia; albo kiedy doznaliśmy jakiejś dziecięcej krzywdy, a dorosły chciał nas ugłaskać, dając oś pysznego na osłodę, na otarcie łez, na pocieszenie. Teraz rozpaczliwie wracamy do tego momentu “bycia kochanym i zaopiekowanym”, już dawno nie będąc dziećmi. Desperacko łakniemy tego zawsze wtedy, gdy czujemy się smutni, samotni, niepewni, zagubieni; zawsze wtedy, gdy poczujemy się bezradni jak dzieci.

Tyle że małe “co nieco” Kubusia Puchatka w naszym dorosłym świecie, gdzie nikt nas nie kontroluje, możemy robić co chcemy i sami decydujemy “kiedy” oraz “ile” – urasta do ogromnych rozmiarów. Hektolitry lodów, metry kwadratowe czekolady, kilometry żelków, tony ciasteczek i cukierków z likierem. I wprost proporcjonalne poczucie winy, porażki, zażenowania i frustracji. Słodycze nie dodają nam siły i pewności siebie. Wręcz przeciwnie – kiedy naprawdę zdamy sobie sprawę z tego, co robimy samym sobie – czujemy się jeszcze bardziej słabi. Udziecinniamy samych siebie, po gombrowiczowsku przyprawiając sobie słodyczami “gębę” zapłakanego, zasmarkanego i nieszczęśliwego bachora, umorusanego czekoladą i lodami, upapranego lepkim lizakiem i rozpuszczającym się w dłoni cukierkiem. Jednak oprócz dania mu góry słodyczy, nie potrafimy tego naszego dziecka przytulić, pocieszyć, ukochać. Zamiast tego zaczynamy się nad nim pastwić psychicznie, wyrzucając mu, jakie jest beznadziejne, żałosne i coraz grubsze. I że w takim stanie tym bardziej nikt go nie będzie chciał, kochał, szanował ani zauważał; że nie zasługuje na nic innego oprócz pogardy. Koniec końców zamiast słodkiej kojącej nagrody dajemy sobie gorzką i bolesną karę.

Obżeranie się słodyczami jest w moim przypadku zachowaniem autoagresywnym. Jest wyrazem złości i nienawiści kierowanej ku samej sobie. Słodkie “co nieco” już dawno przestało mi sprawiać przyjemność, stając się uciążliwym przymusem i psychofizycznym automatyzmem. Nieważne, czy pochłaniam czekoladę z orzechami, lody malinowe, chałwę, orzechy w karmelu czy żelki – w smaku czuję sam cukier, cukier, cukier, cukier. Cukier wszędzie i we wszystkim smakuje tak samo. Mdli mnie od niego, aż się kręci w głowie. Już nie mogę, ale jem dalej. Popijam gorzką herbatą, żeby zmieścić jeszcze więcej; robię przerwę, by po chwili wepchnąć w siebie jeszcze trochę. Chce mi się płakać, czuję pustkę, samotność i bezradność. Nie wiem, czemu to robię. Ale to robię. Robię to sobie. Do upodlenia, do wyrzygania.

Ostatnio coraz częściej zdarza mi się, że po pierwszym kęsie czegoś słodkiego, robi mi się tak słabo i niedobrze, że już kilka razy niemal cała tabliczka czekolady, baton czy inne badziewie, lądowało w całości w ulicznym koszu na śmieci, nad którym stałam potem dobrą chwilę, nie mogąc zrozumieć, co ja właściwie robię i co się ze mną dzieje. Czuję, że mój organizm nie jest już w stanie przyjmować takich ilości cukru, zaś moja psychika zdaje się być gotowa do rozpoczęcia świadomej walki z tym problemem. Nie wiem, jak to zrobię. Nie wiem, co mam robić. Tu nie chodzi o obiecanie sobie, że “już nigdy więcej nie tknę słodyczy” (bo obiecywałam sobie to już tysiące razy), ale o to jak nauczyć się opiekować samą sobą, pocieszać samą siebie i koić swój lęk. Bez cukru. I bez nienawiści. Nie wiem, jak to zrobić. Więc na razie powtarzam sobie:

Kocham Cię.
Przepraszam.
Wybacz mi.
Dziękuję.

 

 

 

 

Dołącz do Zazie na Facebooku!

 

więcej na:

//zazie.com.pl/odchudzanie/

odchudzanie_banner

 

 

Przepraszam. Wybacz mi. Kocham Cię. Dziękuję.

skomentuj przez Disqus ↑    lub    zjedź na sam dół strony ↓ i skomentuj ‚normalnie’ ;)

15

14 myśli na temat “Dlaczego cukier nie krzepi?

  1. Jakby Cię tu wesprzeć… oczywiście znam ten problem. Walczę wiele lat ze swoją bardzo niezdrową dietą. Dużo czytam. Niewiele pomaga. Najwięcej jak do tej pory dała mi książka „Dieta bez pszenicy”. Dwa razy spróbowałam diety bezglutenowej (drugi raz trwa obecnie około 1 miesiąc), to znaczy zastąpiłam mąkę pszenną innymi mąkami. Nie jem ciastek z cukierni, chleba, kaszy jęczmiennej, makaronów, płatków owsianych.
    I RZECZYWIŚCIE ciąg do jedzenia jest mniejszy! Bo pszenica to taki narkotyk. Ciągnie do jedzenia, szczególnie właśnie słodyczy, bułeczek, chlebka. Czyli zapchać się. Ale nie odstawiłam niczego innego. Wprost zwiększyłam spożycie nabiału, który też niby powinnam odstawić (alergiczka). Piekę ciasta z serem i z cukrem, z owocami. Jem jogurty z ziarnami. Oczywiście mięso, warzywa, owoce też jem. Wszystko oprócz glutenu. Stan mojej skóry (pojawiły mi się okropne suche liszaje w różnych miejscach) poprawia się powoli. Nie poszłam do lekarza po maści, gdyż chciałam szukać przyczyny i zaczęłam właśnie od odstawienia glutenu. Na razie się cieszę z tego, co jest. Choć może powinnam jeszcze uściślić dietę ale wiem, że nie dam na razie rady. Moja konkluzja: MOŻE ZBYT RYGORYSTYCZNIE ODSTAWIŁAŚ WSZYSTKO NA RAZ (nabiał, gluten, owoce, cukier). KURCZĘ, COŚ TEN ORGANIZM JEDNAK POTRZEBUJE (nawet ten cholerny cukier!). Jak mi źle, to zjadam banana, czekoladę (nie ma glutenu :-D), upiekę ciasto na mąkach (zlepek gryczanej, ryżowej, kukurydzianej, ziemniaczanej). Jakoś da się żyć. Ale chyba ciut lepiej niż z tą pszenicą, która rzeczywiście jest narkotykiem, który chce więcej i więcej… Bardzo pozdrawiam.
    Asia

  2. To jest chyba moje pierwsze uzależnienie, potem doszły inne, które nie są traktowane z tak dużą pobłażliwością (ale wciąż z pobłażliwością, bo mam dwadzieścia kilka lat, a przecież zdaniem niektórych potrzeba wielu lat i sięgnięcia dna; zapominają, że każdy ma swoje dno).
    Jest dokładnie tak, jak piszesz. To jest ogromny wstyd, bo ludzie rozumieją, że można się uzależnić od alkoholu, narkotyków, leków, hazardu, komputera, ale od ciastek? To już jest traktowane jak wydziwianie, nawet wśród innych uzależnionych.
    Ostatnio dotarło do mnie, że nie dam sobie sama rady i zwróciłam się do wspólnot 12-krokowych. Traktuję to jako ostatnią deskę ratunku, bo czuję się już naprawdę wykończona tym wszystkim i mam ochotę na radykalne kroki. Mam problem z siłą wyższą, zawsze miałam się za ateistkę. Nie wiem, co z tego będzie, ale jeśli to ma mi pomóc, to zrobię wszystko, żeby uwierzyć, albo będę działać na zasadzie „fake it until you make it”. Mam dosyć bycia nieszczęśliwą.

  3. Cześć,
    też się zmagam z uzależnieniem od cukru. Od dobrych kilku lat. Mogę nie jeść słodyczy w ogóle przez kilka miesięcy – jestem szczęśliwa, szczupła i nie tęsknię (za słodyczami). Problem zaczyna się wraz z jedną kostką/pierwszym kęsem i lawina rusza. Po wielomiesięcznej abstynencji i bycia laską, zaczęłam podjadać (czyt. wpierdalać) słodycze – jak prince polo xxl to od razu pięć, jak żelek to paczka albo dwie. Dopóki nie braknie. To nic, że przy piątym batonie nie czuję już jego smaku. Że jest mi niedobrze i czuję się fatalnie oraz mam wyrzuty sumienia. Jestem 12 kilo cięższa niż przed rokiem i nieszczęśliwa, ociężała, gruba, brzydka, itp., itd. I po raz setny w tym roku znów postanawiam, że to już koniec.

  4. Dawno mnie u Ciebie nie było. Wczoraj wlazlam od Miszura i Kumoka i nie mogę przestać myśleć. 1,5 roku byłam uzależniona od amfetaminy. Nie biorę już od 6 lat, sama z siebie. Moim kopem kiedy chodziłam po ścianach były opinie wiedzacych o tym co się dzieje. Takie „wow, sama, bez ośrodka, twardą baba”. I teraz myślę, że pewnie czujemy się podobnie ale Ty nie słyszysz WOW po dniu bez batonika. A to WOW pomaga. Trochę, ale zawsze. Więc na każdy dzień przesyłam wody, propsy i uściski!

    1. Milexica, ale wiesz, uzależnienie od amfetaminy a uzależnienie od cukru (mimo takiego samego mechanizmu powstawania i działania na ośrodki w mózgu) to jak porównywanie słonia i mrówki. Wychodząc samemu z narkotyków, w oczach ludzi, zasługujesz na wielkie WOW!, bo toczysz heroiczną walkę z samym sobą, a stawką jest życie nie tylko Twoje, ale i Twoich bliskich. Więc serio, mój wielki szacunek i podziw dla Ciebie. Natomiast napierdalanie się ze swoim słodyczowym nałogiem postrzegane jest w kategoriach: „weź się w końcu ogarnij, jesteś dorosła, nie rób siary…”.
      Ja naprawdę mam pełną świadomość różnicy między narkotykami zmieniającymi świadomość a cukrem, który ma ukoić mój wewnętrzny ból, moim celem nie jest biadolenie nad sobą, tylko pokazanie, że problem jest powszechnie bagatelizowany, wiele osób samotnie się z nim zmaga, a „narkotyki” są wszędzie i wszyscy nas do nich zachęcają, wychodząc z założenia, że to nic takiego i w ogóle w czym problem, może czekoladkę? zjedz, p[oprawisz sobie humor!
      No właśnie, przydałoby się: „Wow! Wytrzymałaś dzień bez kompulsywnego wpierdalania słodyczy! Super, że znalazłaś sposób, żeby ukoić swój lęk bez cukru…” – tymczasem dla ludzi, którzy po jednej kostce czekolady mówią „dziękuję, wystarczy”, a zamiast pączka wolą kiełbasę krakowską – dzień bez cukru jest tym, czym dla mnie… przykładowo… dzień bez wsadzania sobie cyrkla do oka.

      Dzięki, za propsy i wowsy! Ściskam Cię mocno i czytam! :*

  5. Mnie walka zajęła dobre 10 lat. Dziś po słodkim jest mi niedobrze. Banan i sok z marchewki to sama słodycz. Daj sobie czas. Dasz radę, Oluś:)

  6. Chyba rzeczywiście aby w wielu przypadkach się podnieść trzeba naprawdę sięgnąć dna. Po Twoim ostatnim poście coś we mnie drgnęło.

Dodaj komentarz