Czy święty spokój jest cenniejszy niż zdrowie Twojego psa?

Odkąd Kumok – wraz z początkiem listopada – zaczęła nam ciężko chorować, zamilkłam, przestałam pisać, porzuciłam bloga. Niestety, dokładnie wiem, dlaczego.
Dlatego, że byłam zrozpaczona, wściekła i rozżalona. Bo gryzłam się w język, żeby nie powiedzieć pewnych rzeczy głośno. Nie, nie o tym, że moje Ukochane Dziecko jest chore.
O tym, że Ktoś, kogo przez ostatnie 6 lat szanowałam najbardziej na świecie, ceniłam, publicznie wychwalałam, wszystkim polecałam i bałwochwalczo wręcz uwielbiałam – zawiódł moje bezgraniczne zaufanie i nie stanął na wysokości zadania, lecz zbył mnie i zlekceważył, traktując jak przewrażliwioną histeryczkę, która robi z igły widły i wznieca fałszywy alarm.

To dla mnie bardzo trudne i strasznie bolesne. Tym bardziej, że nie dotyczy tak naprawdę mnie samej (bo pal licho!, co ktoś sobie o mnie myśli), ale istoty dla mnie najdroższej – Mojego Mopsiego Dziecka – Kumoka.

Nie chciałam o tym mówić, ani pisać; nie chciałam podważać cudzych kompetencji, dyskredytować wieloletniego doświadczenia, rozsiewać plotek, siać fermentu czy wprowadzać niezdrowej atmosfery. Wolałam dyskretnie zamilknąć i zniknąć z pola widzenia. Ale prawda jest taka, że jeśli coś mi leży na sercu i wątrobie, a nie mogę o tym powiedzieć wprost, zaczynam się w sobie zapadać. Więc milczę sobie tak od 2 miesięcy, czekając aż mi przejdzie. Niestety, obawiam się, że mi nie przejdzie. I że muszę to z siebie wywalić.

Zwykło się mawiać, że święty spokój jest w życiu najważniejszy. Pewnie tak, bo po co się denerwować. Jednak gdy w grę wchodzi los naszych bliskich albo zdrowie ukochanego psa, to sami doskonale wiecie, że nie ma takiej ceny, którą warto by zapłacić za święty spokój i błogą niewiedzę zamiast rzetelnych informacji na temat faktycznego stanu zdrowia i świadomości tego, co możemy zrobić, jak działać i przede wszystkim – jak leczyć i ratować życie naszej najdroższej istoty, która sama nie jest w stanie nam powiedzieć: “Słuchaj stara, prawda jest taka, że mam ciężką niewydolność lewego płata przedsionka turbozasysacza oraz ostre zapalenie mikropiszczałki górnej, więc lepiej się ogarnij, jeśli chcesz ze mną spędzić kolejne lata”.

Przyznaję ze wstydem, że przez ostatnie lata trwałam sobie spokojnie w tej durnej i błogiej nieświadomości, bezgranicznie ufając Pewnym Fachowcom, którzy za każdym razem mnie uspokajali i pocieszali, z czułą pobłażliwością koili moje skołatane nerwy i nadopiekuńczo-matczyne niepokoje, ekspresowo rozwiewali paranoiczno-hipochondryczne obawy oraz zapewniali, że moje mopsy są zdrowe, silne i bezpieczne; że nie ma się czym martwić i że spokój jest najważniejszy. A cokolwiek się zdarzy, zastrzyk z Metacamu zawsze i wszędzie pomoże. Ufałam i wierzyłam, co więcej uwielbiałam ich wszystkich oraz każdego z osobna, ciesząc się, że moje mopsiczki mają tak cudownych Weterynarzy.

Obie mopsiczki przeszły kilka lat temu zabiegi sterylizacji oraz korekty podniebienia miękkiego i podcięcia skrzydełek nosowych, co rzeczywiście bardzo pomogło im w oddychaniu. Byłam zachwycona! I kochałam naszych Fachowców jeszcze mocniej. Owszem, potwierdzam – mam bzika na punkcie zdrowia Kumoka i Miszura, więc przez ostatnie 6 lat odwiedzałam Pewnych Fachowców po kilka razy w miesiącu, bo jedna Parufka mi kicha, sika, drapie, sapie, patrzy w lewo zamiast w prawo i woli piłkę zamiast kostki, zaś druga ma sraczkę i wyrzygała za kanapą, boli ją łapka, a może lewa łopatka, zjadła liścia na spacerze, piszczy jej coś w nosie i ogólnie jest nie w sosie. Mniej więcej w ten deseń. I na wszystko – według Fachowców – pomagał ten nieszczęsny Metacam. Do czasu.

Do pewnej listopadowej nocy, podczas której Kumok – wyrywając się z głębokiego snu – dostała drgawek, które trwały przez kilka godzin. Ekspresowy rajd na ostry dyżur weterynaryjny, młoda wystraszona lekarka i zastrzyk z deksametazonu nie pomogły. Drgawki wręcz się nasiliły i trwały niemal do rana, kiedy to przerażone stawiłyśmy się z wymęczonym mopsem w gabinecie Pewnych Fachowców, gdzie po pobieżnym obejrzeniu psa usłyszałyśmy, że: “Eeee, nie ma się czym martwić! Nic się nie dzieje, mops jest zdrowy. Damy mu tutaj takie o… tableteczki przeciwdrgawkowe, żeby nie było powtórki z rozrywki, zastrzyk z Metacamu i wszystko będzie dobrze”.

– Yyyy… No tak, ale przecież… Drgawki to nie jest smark z nosa… – myślałam – Może by trzeba zlecić jakieś badania? Może chociaż wziąć krew do analizy? – napierałam.

Usłyszałam, że w zasadzie to nie ma potrzeby, no ale skoro chcę, to dobrze. Pobrano. Wyniki dostałam po południu, mailem, z adnotacją laboratorium analitycznego, że wszelkie oznaczenia są niemiarodajne ze względu na to, że pobrana surowica okazała się lipemiczna (mętna, z podwyższonym stężeniem lipidów i praktycznie nie nadająca się do analizy) i tak naprawdę badanie trzeba powtórzyć. Od razu zadzwoniłam do Gabinetu Fachowców, pytając najgrzeczniej jak potrafię, o co chodzi. Kiedy Asystent Głównego Fachowca od niechcenia rzucił rzucił do słuchawki, że: “W krwi jest za dużo tłuszczu, bo Kumok jest za gruba! Ewentualnie można ją jutro odrobaczyć. A poza tym wszystkie wyniki są w porządku oraz do widzenia!” – to ręce mi opadły.
Mój mops zaliczył właśnie kolejny atak drgawek (mimo podania 2 dawek przeciwpadaczkowego fenobarbitalu), a ten artysta estradowy mi mówi, że nic się nie dzieje, wszystko jest dobrze, a zafałszowane wyniki z krwi potwierdzają, że pies jest zdrowy, tylko gruby. No trzymajcie mnie!

Kolejna analiza krwi, wykonana w innej lecznicy następnego dnia – po trwającej godzinę (!) konsultacji – ujawniła trzykrotnie przekroczony poziom amoniaku we krwi i encefalopatię wątrobową, czyli zespół zaburzeń neurologicznych będących skutkiem zatrucia centralnego układu nerwowego toksynami, których wątroba nie jest w stanie przetworzyć i wydalić. Encefalopatia wątrobowa jest stanem bezpośrednio zagrażającym życiu psa, może doprowadzić do nieodwracalnych zmian neurologicznych, kwasicy metabolicznej i śpiączki. Wystarczy?

„Zdrowy pies, nic mu nie jest, proszę się nie martwić.”

kumok
Mój “zdrowy pies” od 2 miesięcy poddawany jest intensywnemu leczeniu i kroplówkom (poziom amoniaku we krwi na przemian rośnie i maleje), a do pierwotnych drgawek dołączyły nowe niepokojące objawy neurologiczno-kardiologiczne. I w tym miejscu chciałabym pogratulować Pewnym Fachowcom świetnego samopoczucia i ufności we własne kompetencje, która pozwala im diagnozować zwierzęta “na oko” i zapewniać ich właścicieli, że nic złego się nie dzieje.

Naprawdę jestem gotowa jeździć na konsultacje do profesorów, docentów czy innych czarnoksiężników weterynarii na drugi koniec Polski; z chęcią będę zbierać codziennie spod psiego ogona kał do badania, pokornie kroić go na plasterki i wkładać do słoiczka; dwa razy dziennie z gracją łapać w locie mopsie siuśki czy pokornie jeździć z psiakiem na pobranie krwi rano, w południe i wieczorem, ale – na bogów! – ktoś mi musi o tym powiedzieć; wydać zalecenie, wypisać skierowanie i poinstruować: co robimy, jak działamy, czego szukamy.

I tym kimś ma być weterynarz, który zna mnie i mojego mopsa od 6 lat, a nie Dr Google, którego porad zasięgam przez długie godziny podczas bezsennych nocy, z cierpiącym obok psem, czytając medyczne teksty we wszystkich znanych mi językach. To nie ja powinnam delikatnie (żeby nikogo nie urazić ani nie zakwestionować niczyich kompetencji) zasugerować wykonanie konkretnych badań czy analiz celem wykluczenia tego czy innego schorzenia. Do cholery, przecież ja się na tym nie znam! To nie ja studiowałam medycynę weterynaryjną; to nie ja odbywałam staże i praktyki; nie ja zdobywałam doświadczenie przez kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat pracy zawodowej jako weterynarz. Więc jeśli Fachowiec mówi mi, patrząc prosto w oczy, że pies jest zdrowy i nie ma się czym martwić, to powinnam mu uwierzyć, podziękować, zapłacić i w podskokach iść ze swoim psem na długi spacer, ciesząc się, że przed nami jeszcze długie lata w zdrowiu i ogólnej szczęśliwości.

Dlatego apeluję do Was, abyście nigdy nie godzili się na diagnozowanie swojego ukochanego zwierzęcia “na oko” – nawet przez najbardziej szanowanego, doświadczonego i uwielbianego przez tłumy pacjentów Weterynarza, któremu wyobrażenia o własnych kompetencjach przesłoniły jasny ogląd sytuacji i stanu zdrowia pacjenta. Jeśli w grę wchodzą poważne zaburzenia lub choroby (padaczka, choroby zakaźne, nowotwór, niewydolność nerek czy wątroby, dysplazje stawów, paraliże czy spondyloza, itp.) – nie pozwalajcie aby weterynarz wykluczał daną chorobę – mimo niepokojących objawów – bez dokładnych badań krwi, wymazów, prześwietleń, rentgenów, biopsji czy ultrasonografii.
Ja wiem, że to wszystko kosztuje, ale o wiele większą cenę zapłacicie za utratę ukochanego zwierzęcia albo – jeśli Wam się poszczęści – kosztowne leczenie zaawansowanego stadium tej czy innej choroby.

Więc miejcie w d*pie to, że wet Was wyśmieje jako paranoików, hipochondryków czy przewrażliwione pańcie, które nie maja nic lepszego do roboty niż wyszukiwanie chorób u swojego Pimpusia czy Perełki. To jest Wasz zasrany Pimpuś i Wasza zasikana Perełka! Jedyne na świecie; najważniejsze, najpiękniejsze i najukochańsze, za które jesteście w 100% odpowiedzialni. Bo kiedy wydarzy się tragedia, każdy weterynarz Wam powie, że: “No cóż, przykro mi, organizm nie wytrzymał. Nic na to nie poradzimy, objawy były niejednoznaczne, proszę zrozumieć, to się zdarza, takie są statystyki, każdemu może się przytrafić…”.

Ja to wiem. Ja to rozumiem. Nie ma ludzi nieomylnych. Nikt nie jest robotem. Każdy, nawet najlepszy weterynarz świata, może mieć gorszy dzień; chwilowe zaćmienie uwagi, w którym przeoczy coś ważnego. Ale dlatego właśnie dysponuje całym arsenałem narzędzi diagnostycznych oraz doświadczeniem innych kolegów po fachu, żeby nigdy nie ufać sobie na tyle, by z pełną stanowczością wydać diagnozę „na oko”, usypiając czujność ufającego mu bezgranicznie właściciela i odbierając jego zwierzęciu szansę na właściwe leczenie, które niejednokrotnie może mu uratować życie.

Tak się nie robi. Tak się po prostu nie robi.

 

 

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

66 komentarzy

  1. Pingback: Mopsikowy apdejt z ostatniego półrocza + filmowe migawki z życia Kumoka i Miszura | Zazie

  2. Jakbym czytała o sobie i mojej Czikusi, której już niestety z nami nie ma. Zaufałam Pewnemu Fachowcowi (ten był z Zabrza) i bujałam się z Metacamem na wszystkie książkowe objawy Cushinga (teraz juz to wiem, wtedy nie byłam świadoma). Pewnego dnia usłyszałam, że pies ciągnie za sobą tylne lapy bo na pewno dostal „z baseball’a” albo potracil go samochód. Zapewniałam, że to niemożliwe ale usłyszałam na do widzenia, że kości miednicy są tak pokiereszowane, że on sie za składanie tego nie zabiera i mam szukac jakiegoś cudotwórcy. Może we Wrocławiu? Pech chciał, że takiego cudotwórcę znalazłam. Pech dlatego, ze moj Fachowiec znal tego cudotworce. Doktor z Wroclawia zgodził się nas przyjąć na konsultację ale poprosił o zdjęcia rtg mailem, żeby mógł się przygotować. Zdjęć nigdy nie udało mi sie od Fachowca wytargać. Obiecywał ze cudotwórcę zna i wysle mu całą kartotekę psa. Nigdy nie wyslal. Ciągle nie miał czasu. Podjechałam wiec tylko na kontrolny rtg do kliniki w Zabrzu. I tam juz zostałam. Oczywiście na serii zdjęć żadnego złamania nikt nie znalazł. Za to w jeden dzień, po 4 godzinach!!! badań, udało się wstępnie postawić diagnozę a po 2 tygodniach, ostatecznie ja potwierdzić. Pies dostał nowej energii i po lekach stan sie jej nieco poprawił. To była widoczna poprawa – Czika zaczęła znów chodzić. Niestety…zaufałam nieodpowiedniemu Fachowcowi i było juz naprawdę późno na leczenie. Po ponad półtora roku od zmiany lekarza, wspólnie z moim nowym doktorem, podjęliśmy decyzję o uśpieniu Cziki. Zasnela mi na rekach i nigdy bym nie przypuszczala, ze bede w tym momencie wiedziala, ze dobrze postanowilam. Rozpacz i lzy mieszaly sie ze spokojem i swiadomiscia, ze ona juz nie cierpi. Nienawidzę człowieka, który po wielu latach bycia jego klientka, tak mnie i mojego ukochanego psa potraktował. Zawsze dawałam „napiwek”, zawsze byłam mila, na święta przychodziłam z paczuszkami… Teraz jest z nami nowa sunia i mimo, ze do kliniki mam dalej a przychodnia Fachowca jest pod moim domem, nie zobaczą mnie i mojego psa tam nigdy!

  3. Pingback: Co robić, gdy Twój mops ma drgawki (cześć 1) | Zazie

  4. Pingback: zimowe przypadki Kumoka i Miszura | Zazie

  5. współczuje i wspieram Cię i wiesz pewna kobieta mi kiedyś powiedziała, w kolejce u weta, ze ona zawsze konsultuje wyniki i niepokojące objawy z kilkoma!!! wetami i to mi dało do myślenia…powiem Ci więcej, trzeba sprawdzać daty przydatności leków i nie mieć przeświadczenia, że wszyscy weterynarze kochają zwierzęta…niektórzy robią na nich kasę. Czy z mopsem już lepiej? zmieniłaś weta??może czas zmienić.

  6. Bardzo współczuję, wiem co znaczy ciężka choroba psa. Mój od 10 miesięcy ma padaczkę, niestety nie reaguje na leczenie (kombinacje i zestawy wypróbowaliśmy chyba już wszystkie). Co 10, góra 12 dni ma ataki, czasem nawet 6 w ciągu doby – wszystkie tzw. grand mal, z utratą przytomności, drgawkami, oddawaniem moczu, kału, późniejszą ślepotą itd. Wszystko, co piszą google u niego występuje. Nauczyłam się już m.in. robić pewną ręką zastrzyki podskórne i domięśniowe (za pierwszym razem tak sobie rozcięłam palec szklaną fiolką, że goił się 3 tygodnie, a blizna zostanie pewnie na zawsze) czy wprowadzać go w śpiączkę farmakologiczną gdy wpada w stan padaczkowy. Lekarza na szczęście mamy fantastycznego. Tylko co z tego:(

  7. Jestem lekarzem weterynarii i powiem, jak to wygląda z mojej strony. Niestety często w mojej pracy muszę „rzeźbić” to, co inni lekarze zaniedbali, psy z masakrycznym kamieniem nazębnym, koty z nieleczącą się infekcją, leczone od 2 mcy cały czas tym samym antybiotykiem, pies z podejrzeniem chorego kręgosłupa, leczony bez zrobienia rtg, bo na rtg trzeba by odesłać do konkurencji, guzy zostawiane do „obserwacji”, czy ładnie rosną… Niestety nie mogę klientowi powiedzieć jednoznacznie, że był popełniony błąd, bo tego zabrania kodeks etyki lek- wet (tak, ja akurat go czytałam), do lekarza walącego takie babole i karmiącego psy ibuprofenem też nie pójdę, bo raczej nic by to nie dało, oprócz ostrej wymiany zdań… Więc konsultujcie się, nie wierzcie od razu, gdy ktoś mówi, że pies ma żyć z kilogramem kamienia nazębnego, bo ma ponad 10 lat i ktoś się go boi znieczulić…

  8. Zazie, wiem, że masz już pewnie po kokardkę „dobrych rad” ale myślę, że warto opisać Wasz przypadek na forum Barfny Świat (jak radziła ibex). To nic nie kosztuje a jest tam naprawdę wiele pomocnych i mądrych ludzi. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby też skonsultowanie się z dietetyczką psią – link już podawałam. Proszę uwierz mi, mój jeden psiaczek ma raka, przeszedł operację a ponieważ trafiłam na dobrych wetów wiem jak bardzo właściwe żywienie ma znaczenie. Dostałam zalecenia: zero sztucznej karmy, naturalne jedzenie, zero węglowodanów (wcześniej każdy wet polecał mi tylko suchą karmę jako najlepsze żywienie). Gdybyś teraz zobaczyła moją sunię to nie poznałabyś, że piesek miał jakąkolwiek chorobę. To samo drugi psiak – wulkan energii i zdrowia w psim ciałku. (Na suchej karmie złapał nawet świerzba! na naturalnym żarciu – odpukać, zero alergii i pasożytów, odporność 100%). Nie neguję weterynarii czy medycyny ale myślę, że często pomijają tak ważną kwestię jak żywienie. Uważam, że warto się skonsultować w kwestii diety, żeby choć poznać inny punkt widzenia albo dowiedzieć się czegoś co mogłoby pomóc Kumokowi. A wszystko pod kontrolą „konwencjonalnych” wetów, którzy leczą Kumoczka. (Ja miałam ten luksus, że w klinice gdzie leczyłam sunię był psi dietetyk a weci otwarci na wiedzę).
    Pozdrawiam Was serdecznie!
    Ps. Musiałam to napisać bo wiem jak boli choroba ukochanego przyjaciela, psiego dziecka. I bardzo wierzę w to, że prawdziwe jedzenie jest kluczem do zdrowia. Trzymam za Was bardzo mocno kciuki.

  9. Współczuję :(
    Miałam sytuację z kotem – kot jadł coraz mniej, zmienianie karm i kupowanie najlepszych nic nie dawało, kot powoli chudł. Weterynarz leczył go „na oko” i żartował , że „widać kocia anoreksja, kotu nic nie jest i widać wybrzydza”… któregoś ranka kot nie mógł się dobudzić, więc biegiem z nim do weta, ale innego. Szybkie badania i diagnoza – mocznica. Kot żył potem jeszcze 2 miesiące na bardzo rygorystycznej diecie i dializach. Nigdy sobie nie daruję, że tak ufałam tamtej lecznicy…

  10. Też miałam taką wetkę, której ufałam bezgranicznie. I zawiodła mnie, przegapiła i zlekceważyła objawy. Po miesięcznej walce straciłam swoją ukochaną Rudą. Nauczyłam się jednego, nikomu nie można ufać tak bez zastanowienia. Jak czujesz, że coś jest źle, to pewnie masz rację. Mój aktualny wet tego ni elekceważy i mówi „matka wie najlepiej” :) ale wcale nie jestem pewna czy nie trafie kiedyś na jego gorszy dzień. Szkoda że za moją wiedzę zapłaciła Ruda.

  11. współczuję bardzo, sama jestem psiarą, kociarą i „mamą” 11 letniej szynszylki. Wszystkie zwierzęta trafiły do mnie poturbowane przez los, psychicznie i fizycznie- każde z nich miało i ma książeczkę zdrowia jak opasłe tomisko i wiele mogę powiedzieć o vetach ale po latach doświadczeń doszłam do tego, ze nie ma idealnego, jednego gabinetu weterynaryjnego- jeśli coś się dzieje niedobrego trzeba konsultować, i oczywiście robić badania, diagnostyka jest niezbędna. Powiem jeszcze tylko tyle, ze o ile dla psów czy kotów znalezienie veta i aparatów diagnostycznych jest niezbyt skomplikowane to konia z rzędem dla kogoś kto znajdzie weterynarza, który ma sprzęt, wiedzę i doświadczenie w leczeniu szynszyli. Moje poszukiwania i gehenna z szylką trwała kilka miesięcy i teraz jeżdżę z futrzaczkiem 90 km. z każdym drobiazgiem bo tylko w Bielsku Białej znalazłam specjalistkę. Na koniec życzę mopsiaczkowi zdrowia w Nowym Roku i mądrych weterynarzy po drodze.

    1. Wiewiórko, to prawda, że oprócz sprzętu i dostepności mnóstwa badań diagnostycznych (np. w Warszawie) potrzeba jeszcze specjalisty, który będzie w stanie wnikliwie i właściwie zinterpretować wszystkie zgromadzone dane, wystawiając na ich podstawie trafną diagnozę i wdrażając leczenie. Ale chodzi też o chęć i gotowość weterynarza do „wytropienia” co tak naprawdę dzieje się w organizmie zwierzęcia – zwłaszcza takiego, które zna od lat, widzi je kilka razy w miesiącu i nigdy wczesniej nie wystapiły u niego tak dramatyczne objawy. Myslę, że nawet najbardziej opanowanemu i wyluzowanemu lekarzowi takie ataki powinny dac do myslenia i automatycznie włączyć alarm: „ej, co się dzieje?”, więc karygodne wydaje mi się olanie sprawy, przepisanie leków objawowo hamujących drgawki, bez zbadania przyczyny ich wystąpienia. Dużo zdrowia dla Twoich futrzaków! <3

      1. Ten weterynarz to pani Izabela Całus ale ona leczy naszego szynszyla, nie wiem czy specjalizuje się także w mopsach;) ale dla naszego futrzaka jest prawdziwym aniołem- uratowała go kiedy wszyscy inni położyli już na nim krzyżyk.

  12. Witam

    Jestem weterynarzem i bardzo mnie „boli” osobiście takie traktowanie pacjentów. Czy mogę prosić o skontaktowanie się ze mną przez maila? Chciałabym porozmawiać, może coś podpowiem, może uda mi się moich „kolegów” kopnąć w zadek.

    1. Zjadł?!! Zatrucie amoniakiem to nie jest zatrucie pokarmowe! (nota bene: nasze psy nie jedzą nic innego oprócz zaleconej karmy weterynaryjnej, zero psich przysmaków, ciastek i innych świństw).
      Amoniak jest toksycznym odpadem w procesie przemiany materii każdego organizmu, z tym że zdrowa wątroba przy udziale ornityny przekształca trujący amoniak w nietoksyczny mocznik, który jest łatwo wydalany wraz z moczem przez nerki.
      W przypadku mojej mopsiczki wątroba z niewiadomych przyczyn ma zaburzony cały ten ornitynowo-mocznikowy cykl (zwany cyklem Krebsa), wątroba nie oczyszcza krwi z amoniaku, który zatruwa cały organizm i przedostając się przez barierę krew-mózg powoduje zaburzenia neurologiczne (tzw encefalopatię wątrobową)

  13. Straszne. :( Życzę poprawy zdrowia mopsiowi. :( Mnie yeż diagnozowano na oko. Dwukrotnie ze słabymi wynikami. :( Dlatego teraz omijam tych lekarzy szeroko i nikomu ich nie polecę. Niestety z tego co słyszę to norma. :( Pozdrawiam…

    1. Na oko to można zdiagnozować trądzik, wysypkę czy skręconą kostkę, ale jak człowiek lub pies dostaje nagle kilkugodzinnych drgawek, to nawet laik zauważy, że coś jest nie tak. Niewiarygodne, że weterynarz, który znam mnie od lat i wie, że jestem w stanie jechać z psem na wszelkie mozliwe badania i do wszelkich mozliwych specjalistów – na siłę uspokaja mnie, że wszystko jest OK i wystarczą przepisane przez niego tabletki

  14. nie jest ci głupio, że taki zachwalany przez ciebie lekarz, którego wszystkim polecałaś wywinął taki numer? i to właśnie tobie czyli swojej najwierniejszej fance. współczuję ci problemów z Kumokiem, ale może ta historia nauczy cię, żeby nie wpadać w taki zachwyt nad gościem, który lekarzem jest bardzo miernym, a nadrabia urokiem osobistym i asystentami czarującymi starsze panie odwiedzające ten gabinet.

    1. Czy jest mi głupio? Nie. Jest mi przykro, bo czuję się oszukana.
      Zgubiła mnie nadmierna ufność, lojalność, wiara w wysokie kompetencje oraz – nie będę ukrywać – ogromna osobista sympatia do tego lekarza, a więc „czynniki pozamedyczne”, przez ktore moglam nieumyślnie zaszkodzic wlasnemu psu

  15. Zazie czy ujawnisz nazwisko i adres lecznicy ?? Bo jeśli nie to ja to zrobię bo dosyć mam tej zmowy milczenia. Wszyscy mopsiarze z tobą naczele wychwalali tych konowałów, a prawda o nich jest zupełnie inna i może czas najwyższy żeby się ludzie dowiedzieli. Bo nie jest wielką sztuką robić seryjnie psom i kotom sterylki albo ciachać podniebienia mopsom i buldogom. Jesli chcecie wiedzieć jak wygląda diagnostyka w lecznicy na Umińskiego w Warszawie to sobie przeczytajcie opis ze strony znanylekarz.pl

    „Zaczęliśmy leczyć kotka w marcu, miał półrozwolnieniowy stolec i tyle. Diagnoza po obmacaniu brzuszka brzmiała zapalenie jelita. Najpierw tydzień kroplówek i zastrzyków, potem kolejne 2 tyg. jakaś pasta do pyszczka, nic nie pomagało, bez zmian. Kolejne 2 tyg. i kolejna pasta oraz jakieś tabletki. Bez zmian. Po mojej sugestii zrobiony został posiew z odbytu. Posiew niczego nie wykazał. Sugerowaliśmy badanie krwi, usg, pan dr odradzał. Minęło 2,5 m-ca, nic się nie zmieniało. Zapisaliśmy sami z mężem kotka na USG. Wyszło ‘zgrubienie warstw jelita jak przy zapaleniu eozynofilowym, limfocytarno-plamocytarnym’ mówiąc po ludzku możliwa łagodna postać chłoniaka. Pan dr powiedział, że da 3 zastrzyki w odstępach 3-dniowych, po których kot wyzdrowieje. Trzeci zastrzyk robiliśmy już sami w domu. Następnego dnia po tym ostatnim, kot miał mętne oczy, jadł i pił na potęgę, jak nigdy. Kolejnego dnia tylko pił, ale aż 3-4 miski na dobę. Był bardzo osłabiony. Zadzwoniliśmy do pana dr, powiedział że to normalne po sterydach – w ten sposób dowiedziałam się o zastosowanych sterydach. Moim zdaniem taka terapia powinna być uzgadniana z właścicielem, ponieważ jest zbyt dużo ryzyk i działań ubocznych po sterydach. Kolejnego dnia wieczorem kot zaczął wymiotować pianą, słaniał się. Rano znalazłam go w transporterze prawie nieprzytomnego, pojechaliśmy do lecznicy. Miał ponad 400 mg glukozy we krwi, pierwszy i jedyny raz pobrano mu wtedy krew na morfologię, wyniki były bardzo rozjechane. Spędziliśmy 4 godz. na kroplówkach, zastrzyki z insuliny itp. Przez kolejne 4 dni to samo tylko w coraz mniejszych dawkach. Kot dostał cukrzycy posterydowej, próbowano nam wmówić, że mógł mieć ją wcześniej, albo że miał predyspozycje. Musieliśmy zakupić glukometr, mierzyliśmy mu cukier najpierw 3 x dziennie, potem 2 a na końcu raz. Podawaliśmy mu zastrzyki z insuliny w domu. Po 2 tyg. na szczęście cukrzyca cofnęła się całkowicie. W międzyczasie doszło ropne zapalenie oczu, które leczyliśmy ponad 3 tygodnie. Tylko na niwelowanie skutków sterydów i ratowanie życia kotka wydaliśmy ok 700 zł. Po kilku tyg. kotek był jak ‘nowy’. Po tym incydencie prosiłam męża, abyśmy zakończyli całkowicie leczenie lub zmienili lecznicę. Niestety mój mąż ufał dr Radajewskiemu bezgranicznie. Po miesiącu pojechał na kontynuację leczenia rzekomego chłoniaka. Dr przepisał kotkowi Imuran i Nystatynę rozpuszczaną w wodzie do podawania w strzykawce. Półrozwolnieniowy stolec zamienił się w mega biegunkę. Po 2 tyg. pan dr kazał zwiększyć dawkę nystatyny 2x. Po 4 dniach kotek znowu mętne oczy, zaczął uciekać przed nami. Zmierzyliśmy mu cukier i znowu 182 mg. Dzwonimy do lecznicy, pan dr mówi, że to chwilowe osłabienie w związku z tym chłoniakiem, że tak może być, że to też rekcja na leczenie, dalej podawać lekarstwa jak zalecił. Kolejnego dnia kotek przestał jeść, kolejnego pić, dostał ślinotoku. No to znowu jazda na kroplówki , bo trzeba go nawodnić skoro nie je i nie pije. Cukier cały czas podwyższony. Następnego dnia zadzwoniłam do pana dr i wymogłam zaniechanie podawania nystatyny, przeczytałam że głównym składnikiem wspomagającym jest sacharoza czyli cukier, pomyślałam, że stąd ten podwyższony poziom glukozy. Poza tym w karcie charakterystyki tego lekarstwa (którą znalazłam w necie) było napisane, że podaje się ją 7 dni, a jeśli terapia nie daje pozytywnych skutków, należy zaniechać. Kot brał ją już w tym momencie 3 tyg. Po dwóch kolejnych dniach odstawiłam też Imuran (żeby nie było, że samowolnie, po tel do pana dr), żeby wykluczyć negatywny wpływ lekarstw, ale niestety za późno. Usłyszałam, że szkoda przerywać kurację, ale no trudno. Kot był bardzo wrażliwy na dotyk, słaby, słaniał się. Mąż pojechał z nim na kroplówkę do lecznicy, w drodze kot dostał krwotoku z pyszczka, pan dr stwierdził, że wyszedł mu zgorzel spod zęba, który pękł i stąd ta krew. Kot dostał antybiotyk. Tego samego dnia wieczorem zauważyłam, że kot ma krople krwi na zewnętrznych uszach i skroniach. Od razu wyszukałam w necie kartę charakterystyki Imuranu. Okazuje się, że lek ten podaje się pod ścisłą i stałą kontrolą badań krwi, ponieważ powoduje rozpad szpiku, płytek krwi i podstawowym objawem są różnego rodzaju krwawienia. Zgłosiliśmy te krwawienia następnego dnia rano telefonicznie, zostały zignorowane. Diagnoza nadal brzmiała zgorzel, leczenie antybiotyk. M.in. przez stres związany z kotkiem i ciągłe kłótnie na ten temat wylądowałam w szpitalu z zagrożeniem poronienia. Prosiłam męża, aby przekazał doktorowi, żeby zrobili mu morfologię. Żeby zgłosił, że efektem przedawkowania Imuranu są krwawienia. Zgłosił, ale bez dalszych konsekwencji w leczeniu, z resztą pewnie już było za późno. Mąż nie mówił mi już całej prawdy, żebym się nie denerwowała, jeździł jeszcze przez kilka dni na anytybiotyk i kroplówki ufając diagnozie i terapii pana dr. W połowie tego okresu kot zaczął ponoć wymiotować krwawymi skrzepami. Dostawał kolejne zastrzyki przypuszczam, że przeciwzapalne i przeciwbólowe. Po 1,5 tyg. w niedzielę rano kotek był umierający. Mąż zadzwonił do p. dr, radził czekać do 12 na otwarcie lecznicy. Nie czekał, pojechał do innej lecznicy. Tam w pierwszej kolejności zapytali o aktualne badania krwi, których nie mieliśmy. Z profesjonalnie przygotowanej dokumentacji z tej wizyty wynika, że kot w trakcie wizyty wymiotował skrzepami krwi, została pobrana krew do badania, która była wodnista, napisali ‘prawie woda’ założyli venflon, w trakcie podawania kroplówki doszło do zatrzymania akcji oddechowej, podali tlen, próba reanimacji nieskuteczna, zgon. Po pierwszym szoku i fali rozpaczy, poprosiłam męża o zlecenie sekcji i wyniki badań pobranej krwi. We krwi nie było prawie leukocytów, erytrocytów, szczątkowa ilość płytek krwi. Dziwili się, że kot jeszcze żył z takimi wynikami krwi. Najciekawsze jest to, że nie było też zmian o charakterze nowotworowym, żadnego chłoniaka, perforacji czy zapalenia. Za to były liczne wybroczyny krwawe w płucach, jelitach i płyn w worku osierdziowym. Mój biedny kotek umierał 1,5 tyg. w cierpieniach mając liczne krwotoki wewnętrzne. Pan dr Radajewski nie zlecił żadnych badań w celu diagnostyki przez cały okres leczenia. Nawet po wystąpieniu pierwszych krwawień nie zlecił morfologii nie mówiąc już o tym, że morfologia powinna być robiona często w trakcie podawania Imuranu w celu monitorowania wyników krwi. Nie prowadzi pełnej dokumentacji leczenia, wielokrotnie brakowało informacji co zostało podane i w jakiej dawce, wychodziło to w czasie wizyty w lecznicy na innej ‘zmianie’. Nie mamy też wszystkich wpisów w książeczce: brakowało informacji o podanych sterydach, brak informacji o nystatynie i wielu innych podawanych lekarstwach i ich dawkach. Od marca na leczenie naszego kotka wydaliśmy grubo powyżej 2 tys. zł i nie robiłabym z tego problemu, gdyby tylko wyzdrowiał, gdyby tylko żył… Dodam, że jeździliśmy do pana dr od ponad 8 lat, ale fakt nigdy z niczym poważnym. Dotąd ufaliśmy mu bardzo. Polecany był przez hodowców i zwykłych pacjentów. Zawiodłam się całkowicie, moja noga nigdy więcej tam nie postanie, chyba że tylko po to, aby osobiście powiedzieć co myślę. Błagam zastanówcie się kilka razy zanim pójdziecie do dr Radajewskiego po pomoc dla swojego pupila. Mi pozostała tylko rozpacz i ogromny żal.”

    1. Ja nie nawołuję do bojkotu tego czy innego weta, tylko apeluję, abyśmy domagali się od lekarzy rzetelnych diagnoz popartych badaniami. Mnie zgubiła nadmierna ufność, lojalność, wiara w wysokie kompetencje oraz – nie będę ukrywać – ogromna osobista sympatia do tego lekarza, a więc „czynniki pozamedyczne”, przez ktore moglam nieumyślnie zaszkodzic wlasnemu psu

  16. nic dodać, nic ująć
    i niestety z lekarzami dla człowieków jest tak samo – zawsze trzeba się konsultować u dwóch, trzech posiłkując się wiedzą własną z google zdobytą

  17. Zazie, nigdy nie miałam śmiałości podważać Twojego zaufania do weterynarzy i metod leczenia Twoich psów, ale od dawna miałam wrażenie, że jesteś w tej kwestii zbyt ufna. Ja temat wetów znam od podszewki, dlatego już dawno zaczęłam zgłębiać wiedzę sama. Zaczęło się na poważnie, gdy dostałam wyniki krwi i zdawkowe – wszystko ok. Tu pojawił się mój sprzeciw, bo ja wiem najlepiej czy z moją kotką jest wszysto ok, bo ją wychowałam, bo z nią żyję i znam jej zachowania. Niestety trafił mi się egezmplarz bardzo słaby i moja ukochana kociczka (którą kocham nie mniej niż Ty swoje dziewczyny) jest śmiertelnie chora, ale ja nie mam na to wpływu, staram się natomiast robić wszystko, by poprawić jakość jej życia. Zawsze interesowałam się tematem, bo wychodzę z założenia, że mając zwierzaka, trzeba pewną wiedzę posiadać. Poza tym, spotkałam się z tak ogromną niekompetencją wśród weterynarzy na przestrzeni całego swojego życia, że zawsze podchodzę do tego co mówią z dystansem. Jak diagnozowałam swoją kotkę odwiedziłam dziesięciu lekarzy, powszechnie uznawanych za najlepszych w Warszawie. Większość mnie zbywała twierdząc, że jestem przewrażliwiona, część wykazała się dużymi brakami w wiedzy, a kolejni twierdzili, że nie jest na tyle źle żeby podejmować jakieś kroki. Wizyty te utwierdziły mnie jedynie w przekonaniu, że muszę jeszcze więcej się dowiedzieć sama, że muszę mieć wiedzę, aby nic nie można mi było wmówić. Dawno też zauważyłam, że jeśli chodzi o weterynarię, to ludzie poniekąd są sami winni temu jak to wszystko wygląda. Oczywiście nie można znać się na wszystkim, ale nie można też łykać wszystkiego jak pelikan. Drugą rzeczą jest, że ludzie ulegają pozorom i dla nich dobry lekarz, to miły lekarz. Właśnie taki, który powie, to co chcesz usłyszeć. Powszechne jest zjawisko braku elementarnej wiedzy, spotkałam przypadki lekarzy, którzy nie potrafili zinterpretować morfologii i biochemii krwi! Schemat działania jest zawsze podobny: trzeba uspokoić właściciela, jak nie wiadomo co, to podajemy antybiotyk o szerokim spektrum, a jak nie, to sterydy (efekt musi być widoczny od razu, prawda?). Zawsze wybieram starannie lekarzy, konsultuję diagnozy i leki, nigdy nie godzę się na podanie leku dopóki się co do niego nie upewnię, wybieram tylko lekarzy specjalistów unikając w poważnych sprawach, zwierzęcych internistów. Zazie, nigdy nie upieraj się przy jednym lekarzu, drąż, szukaj i konsultuj, bo tu nie chodzi o lojalność, a o dobro Twojego psa. Pamiętaj, że mało który weterynarz przyzna się do swojej niewiedzy, a często nawet robi coś z dobrej woli, niestety szkodząc zwierzakowi. Nawet dla najlepszego weterynarza, Twój pies, to tylko jeden z wielu psów. Dla Ciebie, to ukochana istota i tylko Ty swoim uporem i dociekliwością możesz coś zdziałać. Na koniec przykład. Podważyłam metody pewnego lekarza, uświadamiając go, że szkodzi zwierzęciu, na co on mi odpowiedział: A co pani mi zrobi? Poda mnie pani do sądu? I tak.

    1. Ibex, to prawda, ufałam bezgranicznie, zatracając przy tym zdrowy rozsądek. Dopiero teraz, z perspektywy czasu widzę, że byłam po prostu zaślepiona i nawet te rzeczy, które mi nie pasowały – np. uwagi weta w stylu: „Psu można dać od czasu do czasu trochę piwa” albo: „A może by tak Kumok urodziła szczeniaki? Bo mam dla niej kandydata!” (sic!!!) żeby było ciekawiej, Kumok jest bez rodowodu i wet doskonale zdaje sobie sprawę, że jest jednym wielkim chodzącym problemem zdrowotnym, przy czym kandydat na ojca szczeniaczków również okazał se dżentelmenem bez rodowodu. No ręce mi opadły, ale złożyłam to na karb, że: „Ech, weterynarz starej daty…”. Ale guzik prawda! Gość jest w średnim wieku i powinien znać zasady kynologii i odpowiedzialnego rozrodu psów rasowych!

      Dlaczego byłam tak zapatrzona w Doktora? Bo zawsze mnie uspokajał.
      Kiedy w naszym zyciu pojawiła się Kumok i jej pierwsze problemy zdrowotne, wszyscy napotkani weterynarze załamywali ręce, że mopsy to taka chorowita rasa, że będzie trzeba operować; że narkoza jest zagrożeniem; że trudności w codziennym fnkcjonowaniu i oddychaniu, że to i że tamto. Byłyśmy z Syd przerażone!

      I wtedy ktos nam polecił Doktora, który niczym dobry wujek przyjął nas serdecznie i zaczął usppokajać, że pod jego opieka mopsy są zawsze zdrowe i szczęsliwe. Przemiły, ciepły, łagodny i kochany człowiek. Byłam wniebowzięta. I faktycznie – do momentu, kiedy dolegliwości naszych mopsów były standardowe (typu: sraczka, katar, mopsie zapowietrzanie się, konieczność skrócenia podniebienia czy sterylizacja) Doktor okazywał się lekiem na całe zło świata, który zewsząd straszył nas, jakie to mopsy chore i słabowite. A „Wujek” wciąż powtarzał, że wszystko jest dobrze i niczym nie trzeba się martwić. I to był właśnie ten święty spokój, bezpieczna i cudowna strefa naszego komfortu psychicznego, słodka i beztroska niewiedza tego, z czym naprawdę można mieć do czynienia, decydując się na mopsa.

      Kiedy wysłuchiwałam mrożących krew w żyłach historii moich znajomych o tym, na jakie straszne choroby cierpią ich mopsy (zapalenie mózgu, padaczka, zapadanie krtani, choroby serca i nerek) – współczułam im serdecznie, że maja tak słabych weterynarzy, którzy doprowadzili ich mopsy do takiego stanu i rozwoju tak strasznych chorób. Wydawało mi się, że mając tak „cudownego lekarza” nic moim mopsom nie grozi! Nasz Doktor sam przekonywał mnie, kiedy niemal z płaczem opowiadałam historię mopsiczki mojego znajomego (cierpiącej na mopsie zapalenie mózgu), powiedział mi: „Wasze mopsy nigdy nie będą miały zapalenia mózgu, bo są tak często leczone!”. A ja, idiotka, łykałam to jak młody pelikan. Aż cięzko mi uwierzyć, że mogłam być taka głupia.

      Aż w końcu przyszłam do niego zesrana ze strachu, z mopsem targanym napadami drgawkowymi i prosbą o ratunek. I wtedy Doktor, zamiast rzetelnie poinformować mnie, jakie mogą być ewentualne przyczyny takiego stanu (np. padaczka, zapalenie mózgu, encefalopatia wątrobowa, ciężkie zatrucie i mnóstwo innych powodów, które w tym momencie należałoby zacząć po kolei wykluczać), on zaledwie POMACAŁ MOPSA i zawyrokował, że jest zdrowy. Że to nic powaznego! To ja wymogłam na nim pobranie krwi do badania i to ja dopytywałam się o niejednoznaczne wyniki (lipemia uniemozliwiająca dokonanie analizy krwi, która już wtedy powinna nasunąć podejrzenie problemów z wątrobą!). Ale dr Radajewski wraz ze swoim asystentem dr Kierzkowskim zbyli mnie, twierdząc, że wszystko jest w porządku, a lipemia (czyli podwyższony poziom lipidów we krwi sprawiający, że próbka jest mętna i do niczego) spowodowana jest tym, że „Kumok jest za gruba!”
      Myslałam, że się przesłyszałam… Za gruba??!! Doktor znał ja od 6 lat i za każdym razem na moje pytania: „czy powinnam Kumoka odchudzić?” odpowiadał, że mopsiczka jest w idealnej formie!!!

      Przy czym średnio rozgarnięty student weterynarii powinien wiedzieć, że lipemia w próbce krwi oznacza:
      a. poważne problemy z wątrobą
      b. sytuację, kiedy pies nie jest na czczo
      c. sytuację, kiedy próbka krwi była zle przechowywana lub odczynniki w próbce były przeterminowane
      jakkolwiek – niezależnie od sytuacji – wyniki parametrów dokonane z próbki lipemicznej w żadnym stopniu nie są miarodajne i badanie nalezy bezwzględnie powtórzyc, a juz na pewno nie mozna na jego podstawie wyrokować, że pies jest zdrowy.

      I ja się pytam: czy tak zachowuje się lekarz weterynarii z wieloletnim doświadczeniem? Czy takiemu lekarzowi można ufać?

      Od 2 miesięcy Kumok walczy z ENCEFALOPATIĄ WĄTROBOWĄ spowodowaną początkowo TRZYKROTNYM, a teraz już DWUKROTNYM, przekroczeniem poziomu amoniaku we krwi, który nieustannie niszczy jej układ nerwowy. To tyle w kwestii doktora Radajewskiego i doktora Kierzkowskiego z lecznicy przy ul. Umińskiego w Warszawie.

      1. Zazie, ja to wiem i dobrze Cię rozumiem. Zawsze miałam zwierzęta i wiem jak to wszystko wygląda. Zresztą, sama miałam być weterynarzem. :) Może nie pamiętasz, ale kiedyś mówiłam Ci, że mopsy to moja miłość od dzieciństwa (zaraz po kotach :)) Mopsy na przestrzeni lat bardzo popsuto (i nie tylko mopsy, to co zrobiono owczarkom, to też jest jakiś koszmar!), te psy kiedyś wyglądały zupełnie inaczej. Na pocieszenie dodam, że wszyscy popełniamy błędy, ale ludzie mądrzy wyciągają wnioski. I Ty do nich należysz. Jeśli chodzi o choroby wątroby, to nie umiem polecić z pełną odpowiedzialnością dobrego specjalisty. Miałam w maju „jazdy” z wątrobą u mojej drugiej kotki, ale po dokładnych badaniach okazało się, że to jakieś chwilowe osłabienie lub zatrucie, a wątroba mimo że delikatnie otłuszczona jest w dobrym stanie. Problem opanowaliśmy przy pomocy dobrego internisty. Jedynie co mogę dodać od siebie, to faktycznie Twoje dziewczyny są za grube i powinnaś zmienić im dietę. I zwracaj też uwagę gdzie robisz badana analityczne (krew, mocz, badania parazytologiczne), a także USG! Mam nadzieję, że wszystko się ułoży i Kumok wróci do zdrowia. Życzę Wam dziewczyny z całego serca wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku! Dużo dużo zdrowia!

      2. Szanowna Pani Olgo
        Ze smutkiem przeplatanym złością i niedowierzaniem przeczytałem Pani tekst. Z niedowierzaniem bo nigdy do głowy by mi nie przyszło że tak sympatyczna osoba jak Pani posunie się do tego żeby kogoś oczerniać. W tym wypadku mnie – bo wymienia pai moje nazwisko. Ze smutkiem z domieszką złości bo to nic fajnego przekonać się jak ktoś miesza zupełnie bezkarnie prawdę z fałszem manipulując w ten sposób czytelnikami pani tekstu.
        Otóż w celu wyjaśnienia i zdementowania Pani tez przypomnę Pani fakty – ja akurat muszę w swoim zawodzie bazować głównie na faktach – nie mogę ich mieszać z emocjami – stąd w miarę dobrze je pamiętam choć sprawa miała miejsce jakiś czas temu.
        Po pierwsze trafiła pani do mnie z Kumokiem w sobotę 31.10.2015 przed zamknięciem przychodni – na badanie krwi z profilem rozszerzonym było o tej porze już za późno – W badaniu klinicznym na miejscu nie było odstępstw od stanu normalnego. Z wywiadu miałem informacje że były drgawki minionej nocy, że Kumok dostał na ostrym dyżurze steryd i po tym także były jeszcze raz drgawki. W badaniu klinicznym na miejscu nie było odstępstw od stanu normalnego. Wizyta u mnie trwała co najmniej 20 – 30 minut. Kumok dostał zastrzyk diazepamu i receptę na czopki luminalu na wypadek ataku. Oba leki przeciwdrgawkowe. Umówiliśmy się na obserwacje efektów i dalsze działania -kolejnego dnia pani nie było – ja pracowałem to był 1.11 2015. To w celu wyjaśnienia ze nie było „pobieżnie, że dostał zastrzyk z metacamu, że dotał jakieś tableteczki”. Kolejna pani wizyta już nie u mnie z tego co mogę sprawdzić była w poniedziałek 2.112015 gdzie pobrana była krew. Badania należało powtórzyć bo w jednej próbie była lipemia uniemożliwiająca niektóre oznaczenia a w drugiej był skrzep uniemożliwiający badanie morfologiczne – ale to chyba była próbka drugiego Pani psa Miszura. W ten sam poniedziałek dzwoniła pani pytając wieczorem o wyniki badań i tu rzeczywiście w formie pół serio pół żartem powiedziałem że Kumok jest za gruby(co rzeczywiście było faktem zarówno Kumok jak i Miszur miały nadwagę) ale zaleciłem powtórzenie badań. Ni e raz jak pani pamięta na wizytach żartowaliśmy w różnych kwestiach ale robiliśmy swoje a więc nie sądzę że można było to odebrać jako bagatelizowanie. Więcej pani nie widziałem i nie słyszałem.
        To tyle fakty. Nie ja prowadziłem pani psa, gdybym prowadził pani psa to kolejnymi krokami byłoby powtórzenie badań – co dalej trudno wyrokować – zależałoby to od wyników badań. Zlecenie usg u specjalisty , badanie EKG ewentualnie echo serca – jak mówię trudno wyrokować – zależałoby to od wyników badań. Badanie poziomu amoniaku jeśli sugerowałyby to wyniki badań krwi i USG wątroby – należałoby wykonać w innej przychodni gdzie odsyłamy w takiej sytuacji pacjenta bo krew musi być zbadana „od razu”. Nieliczne laboratoria badają amoniak. Czy Kumok ma encefalopatię wątrobową czy inne są przyczyny drgawek trudno mi powiedzieć. Więcej pani nie widziałem i nie słyszałem. Nigdy tez nie zalecałem pani psom metacamu jako leku na wszystko.
        Pani Olgo nie można mieszać faktów, emocji, przekonań w jednym worze i dawać sobie tym prawo do oczerniania kogoś – to dopiero jest „nie fair”, to jest rzeczywiście nieprzyzwoite. A nawiasem mówiąc do normalnych i dobrych wzorców należy wyjaśnienie sprawy w rozmowie z osobami zainteresowanymi a nie na forum ogólnym.
        Życzę zdrowia Kumokowi.
        Pozdrawiam
        Marcin Kierzkowski

        1. Szanowny Panie Marcinie,

          Jak Pan dobrze wie, leczyłam psy w Waszej Klinice od kilku lat i nigdy wcześniej nie podważałam publicznie Waszych kompetencji jako lekarzy weterynarii – wręcz przeciwnie, zawsze i wszędzie polecałam wasze usługi (o czym może się Pan przekonać, przeglądając mopsie fora dyskusyjne czy mopsie grupy na Facebooku oraz wcześniejsze notki na moim blogu).

          I właśnie dlatego, że tak Panów publicznie zachwalałam i polecałam wszystkim znajomym i nieznajomym właścicielom psów – po zaistniałej w listopadzie 2015r. sytuacji czułam się w obowiązku zrewidować moją opinię na temat Państwa usług, ponieważ nie chciałabym się czuć odpowiedzialna za zdrowie i dalsze losy psa, którego byście Państwo w ten sposób potraktowali.

          Niestety dochodzi tutaj do sytuacji: moje słowa – przeciwko Pańskim słowom. Gdyby w czasie rozmowy telefonicznej na temat wyników badań, która tak mnie wzburzyła i zadecydowała o zakończeniu leczenia w Państwa Klinice, gdyby faktycznie zalecił mi Pan powtórzenie badań, niezwłocznie pojawiłabym się w lecznicy na ponowne pobranie krwi. Po to do Państwa dzwoniłam – zaniepokojona „lipemicznymi” wynikami. A ponieważ tak się nie stało – a jedyne co usłyszałam od Pana (oprócz uwag na temat gabarytów Kumoka) to informacja, że wyniki Kumoka są w normie, natomiast próbka Miszura jest do ponownego pobrania (o czym tutaj faktycznie nie wspominałam, ponieważ cała akcja nie dotyczy problemów zdrowotnych Miszura, która tak naprawdę miała pobieraną krew jedynie „przy okazji” Kumoka. Usłyszałam również, żebym pojawiła się następnego dnia w celu odrobaczenia psów. I na tym koniec.)

          Panie Marcinie, jeśli jeszcze raz przeczyta Pan mój tekst, zauważy Pan, że nigdzie w treści notki na blogu nie pojawia się żadne nazwisko. Nie miałam zamiaru ujawniać danych personalnych ani adresu lecznicy. Jednak Czytelnicy mojego bloga, zwłaszcza znajomi mopsiarze, zaczęli sami podejrzewać, o kogo może chodzić. I dopiero wtedy – faktycznie w emocjach – w jednym z komentarzy wspomniałam o nazwiskach obu Panów. Stwierdziłam, że i tak już namiary na lecznice zostały podane, łącznie z zacytowaniem przez jednego z Czytelników niepochlebnej opinii z portalu http://www.znanylekarz.pl.

          Oczywiście jeśli czuje się Pan niesłusznie oskarżony, a wręcz – jak Pan pisze – oczerniony – moim osobistym spojrzeniem na całą tę sytuację, to gotowa jestem „wykropkować” pańskie nazwisko w zamieszczonym przeze mnie komentarzu. Natomiast za treść komentarzy moich Czytelników nie będę już odpowiadać.

          Jest mi naprawdę przykro, że całe to zdarzenie miało miejsce, bo – jak już pisałam – ufałam Panom bezgranicznie i oczekiwałam, że w awaryjnej sytuacji zareagują Panowie natychmiast i podejmą zdecydowane kroki diagnostyczne.
          Jak się później okazało – szybujący w górę amoniak stanowił naprawdę poważne zagrożenie dla układu nerwowego Kumoka, która (jak sam Pan przyzna) nie należy do najsilniejszych egzemplarzy mopsa i każda taka akcja ma ogromny wpływ na jej układ oddechowo-krążeniowy (tj. częste utraty przytomności na skutek niedotlenienia). Doświadczony weterynarz, znający historię chorób Kumoka, nie powinien się dziwić, że objawy drgawkowe wzbudzają u właścicieli „stan alarmowy”, w którym oczekują szybkiej i fachowej pomocy od zaufanych specjalistow.

          Proszę również zauważyć, że z napisaniem tej notki zwlekałam wiele tygodni. Tak naprawdę nie miałam ochoty w ogóle poruszać tego tematu, po prostu zrezygnowałam z Państwa usług bez słowa. Natomiast kiedy stan zdrowia Kumoka wciąż się pogarszał (pojawiło się nawet podejrzenie zapalenia mózgu), poczułam, że to wprost niemożliwe, abyście Panowie zbagatelizowali takie objawy i naprawdę byłam przerażona faktem, że w podobnej sytuacji mogły się znaleźć inne mopsy, których właścicielom polecałam usługi Państwa lecznicy.

          Być może nie powinnam dać się zbyć podczas tamtej nieszczęsnej rozmowy telefonicznej i stawić się osobiście, aby domagać się kolejnych badań diagnostycznych Kumoka. Wyszłam jednak z założenia, że to nie ja powinnam dociekać przyczyn ataków drgawkowych Kumoka, ale specjaliści weterynarii. Dlatego udałam się do innej kliniki, gdzie uzyskałam natychmiastową i fachową pomoc – bez proszenia i dopominania się.

          Tym bardziej jest mi przykro, bo naprawdę darzyłam wszystkich Panów szczerą sympatią, zaufaniem i przywiązaniem. Polegałam tylko na Państwa diagnozach i zaprzestałam konsultacji z innymi weterynarzami, w pełni zdając się na Wasze doświadczenie. Tym bardziej boleśnie się zawiodłam. A na wzajemne konfrontacje i wyjaśnianie niuansów – w sytuacji, kiedy mój pies cierpi, męcząc się w drgawkach – naprawdę nie miałam ani czasu, ani tym bardziej ochoty. Co innego było dla mnie priorytetem.

          Jeśli chodzi o zamieszczenie tej notki na forum publicznym w internecie, to – pomijając zasady dyskrecji i lojalności (z których poczułam się niejako zwolniona) – musi Pan przyznać, że leczenie weterynaryjne jest rodzajem usługi, ja zaś jestem Państwa klientem i w myśl prawa konsumenckiego mam możliwość wypowiedzenia się na temat jakości oferowanych przez Państwa usług.

          Tak jak napisałam powyżej – mogę usunąć nazwiska obu Panów z mojego komentarza pod notką, natomiast nie jestem w stanie zagwarantować, że któryś z moich Czytelników nie ujawni tych danych (co już wczesniej kilka osób zrobiło, podając adres przychodni – proszę spojrzeć na daty i godziny komentarzy).

          Żałuję, że cała sprawa przybrała taki obrót, niemniej zdrowie moich psów jest dla mnie najważniejsze, jak również odpowiedzialność, którą czuję wobec innych właścicieli psów za wystawiane wcześniej Państwu rekomendacje.

          Z wyrazami szacunku,

          Olga Gromek

          1. PS. poza tym warto odróżniać ciężar gatunkowy „krytycznej recenzji” czy „negatywnej opinii konsumenckiej” od „OCZERNIANIA”, o którym Pan wspomina.
            Oczernianie to POMÓWIENIE, podawanie fałszywych informacji godzących w dobre imię poszkodowanego. Oczernianie miałoby miejsce, gdybym publicznie napisała, iż „Doktor XYZ stosuje czarną magię, włada mocami piekielnymi, handluje nielegalnym towarem z przemytu oraz pokątnie ściąga haracze od przybyszów z innej planety”. Ja natomiast zamieściłam krytyczną recenzję usług weterynaryjnych, zaoferowanych przez Państwa lecznicę w dniach 31.10-02.11.2015 roku, wraz z subiektywnym opisem emocji towarzyszących takiemu, a nie innemu, potraktowaniu mnie przez Usługodawcę.

  18. Ps. Podaję jeszcze link do wspomnianego bloga bo uważam, że warto zapoznać się z jego treścią: http://psiediety.blogspot.com/
    Nie jestem w żaden sposób z nim związana, po prostu pewnego dnia trafiłam na niego przypadkiem buszując w sieci (szukając kolejnej super, hiper karmy dla psów, ekstra zbilansowanej – mój boże, jeszcze wtedy wierzyłam w te głupoty i to, że karmię moje psy właściwie) i teraz polecam wszystkim psiarzom). Myślę, że jest to bardzo ważny głos w sprawie zdrowia naszych pupili. Pozdrawiam!

  19. Jeszcze jest jedna ważna sprawa – kwestia karmienia psów. Do jakiego człek weta nie pójdzie wszyscy Royal Canin polecają albo jakiś inny syf. Jest taka książka „Czarna księga karmy dla zwierząt” – polecam poczytać wszystkim psiarzom. Wetom nie należy ufać jeśli chodzi o żywienie psów bo czegoś takiego jak dietetyka w ogóle nie mają na studiach. Po drugie – weci są opłacani przez wielkie koncerny aby sprzedawać taką a nie inną karmę. „Jesteś tym co jesz” – pies karmiony sztucznie nigdy nie będzie zdrowy, podobnie jak człowiek. Jest taki blog – Żywienie prawdziwego psa – kopalnia wiedzy, która otwiera oczy. Odkąd karmię moje psy naturalnie – czyli im gotuję – moje psy nie chorują! Wcześniej, będąc żywione sztucznym syfem (czyli karmami i to z najwyższej półki) ciągle chorowały. A to zapalenie ucha, pęcherza, złe wyniki wątroby, robaki itd. A biznes weterynaryjny się kręcił. Odkąd jedzą świeże, zwykłe jedzenie typu mięso, warzywa z pobliskiego sklepu ani razu nie chorowały! Nikogo nie namawiam na siłę. Jednak od właściwego żywienia naprawdę wiele zależy – zarówno życie człowieka jak i psa. Pozdrawiam i życzę zdrowia wszystkim psiarzom i ich pupilom!

    1. Dokładnie tak. Karmy komercyjne, w tym sławna Royal Canin, to najgorsza rzecz jaką robimy swoim pupilom.
      Polecam wszystkim forum Barfny Świat, jest to forum poświęcone głównie kotom, ale jest też na nim obecna duża grupa „psiarzy”. Forum skupia osoby z ogromnym doświadczeniem w żywieniu, leczeniu i hodowli zwierząt, prawdziwych pasjonatów stawiających zawsze dobro zwierząt na pierwszym miejscu. Szczerze polecam osobom zainteresowanym.

  20. Ja juz pisałam swój komentarz: niestety, takich lekarzy jest więcej niż mniej. Zarówno w weterynarii jak i w medycynie. To efekt współczesnej nauki: na wszystko jest tabletka. Nie widać poza nią pacjenta. Moja Yoda zaczęła chorować w 14 roku życia i nie wyszła z choroby. Moja Yoda, której także nasz pożal się Boże „wieterynarz” nie pomógł, utopiła się z bolu w jeziorze. Wiem, że psy nie popełniają samobójstw, ale ona zawsze bała się wody, a ból musiał być tak ogromny, że pewnie chciała się o ochłodzić. To moja osobista porażka, tragedia i moje rozczarowanie naszą kliniką weterynarii. W tej branży jest niestety bardzo źle. Także jakby to Zazie ująć, ja naprawdę mam nadzieję że Kumoczek będzie miała więcej szczęścia do ludzi którzy zobaczą ją w całości, a nie jak pojemnik na tabletki…. bardzo Wam kibicuję

  21. Na szczęście miałam odwrotna historie, na nieszczęście mimo to mojego kota nie udało sie uratować. Ale dzięki weterynarzowi który konsultował jego przypadek z połowa miasta i kombinował jak mógł wiem ze zrobiliśmy wszystko. A to bezcenne uczucie. Ściskam

  22. Zdrowia dla Was, duuuuużo !!! I chyba jednak szkoda, że nazwisko lekarza nie padło. Ja nie wiem o kim mowa, bo od początku leczę Twistera u cudnych wetów w Pruszkowie. Ale są tacy, którzy nie powinni trafić do tych, którzy zlekceważyli Kumoka narażając ją i Was na to, co przeżywacie. Przytulamy

  23. Skąd ja to znam… Drgawki mojej psicy. Diagnoza- histeria! Kustykanie. Diagnoza – dysplazja. Brak apetytu. Diagnoza- starość. I tak dalej i tak dalej. Któregoś dnia pies nie mógł wstać. Wreszcie dokładne badania! Krew. Usg. Rentgen. Diagnoza – guz:(. Wielki. Histeria – tym razem moja. Proszę podjąć decyzje… Co jeśli… Przeszłam przez piekło. Ale trafiłam na fachowców i zapaleńców. Viz żyje i jest dobrze:)))). Jutro ściągamy szwy.

  24. Ostatnio spotkałam psiego dr Hausa. Młody, chętny do kombinowania . Przebadał moją psicę na wylot. Bardzo jestem mu wdzięczna za chęci, myślenie i masę badań zrobionych chociażby wykluczyć jakiś syf. Pracuje w Wawie, chetnym moge podać namiary. Zdrowia dla mopsiaków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.