Wojna 30-letnia czyli: Jak Zazie z trądzikiem walczy(ła)

[wiem, ta notka jest strasznie długa, więc pewnie:  TL;DR  – ale przyznam się, że pisałam ją głównie dla siebie, bo strasznie lubię wspominać, a pamięć mam dobrą i drobiazgową, więc wybaczcie ;)]

Wiele miesięcy temu, w jednej z notek, pisałam o moim zamiłowaniu do kosmetyków (tutaj), które co prawda nie idzie w parze z modą i urodą (będącymi gwarancją blogowego sukcesu), ale za to – z racji mojego wieku i odwiecznych problemów z cerą – daje mi rozległe „zaplecze merytoryczne”, na podstawie którego chciałam stworzyć serię notek o kosmetykach, ale się w końcu rozmyśliłam.

Nie twierdzę, że teraz jestem jakoś szczególnie „namyślona”, bo może znów porzucę ten pomysł bez żalu, ale naszło mnie, by opisać – po części Wam, a po części sobie samej – jak to dawniej bywało. W kwestii dbania o cerę, rzecz jasna.

Otóż. Kiedy byłam małą dziewczynką, lubiłam stawać w progu łazienki i opierając głowę o metalową framugę drzwi obserwować moją Mamę i jej osobliwe zabiegi kosmetyczne. Dzisiejsze nastolatki powiedziałyby “morning & evening routine”, ale powiem Wam – z perspektywy czasu – że codzienna pielęgnacja cery w latach 80. stosowana przez przeciętną polską kobietę (mającą dostęp tylko do tych kosmetyków, które akurat “rzucili” w pobliskim wsklepie WSS Społem lub osiedlowej drogerii pachnącej proszkiem do prania i pastą do butów; nie zaś dewizową damą, która z dolary kupowała luksusowe kosmetyki z Pewexu czy Baltony) prezentowała się nader skromnie; żeby nie powiedzieć żałośnie.

kosmetyki_mamy

Co więcej, moja Mama – za każdym razem, gdy tęsknym wzrokiem wodziłam za granatowym pudełkiem kremu Nivea, zielonkawym dezodorantem w sztyfcie Fiord i cuchnącym Lotionem 3 do włosów – dobitnie podkreślała, że na kosmetyki mam jeszcze czas i że ona dopiero na studiach użyła pierwszego kremu o swojskiej nazwie “Agnieszka”. I zawsze miała piękną, nieskazitelną cerę. „Więc wiesz, Oleńko, z kosmetykami ostrożnie, bo od kremów to się cera psuje i jak raz zaczniesz używać, to już koniec, pozamiatane, żegnaj młodości!”

Tylko że niestety – choć wiele po mojej Mamie odziedziczyłam – w kwestii cery wdałam się chyba w Tatusia. Skutkiem czego w wieku lat bodajże 11. spotkała mnie przykra niespodzianka.

Przykra niespodzianka

Zaczęło się dosyć niewinnie. Jako nieszczęsna okularnica cierpiąca katusze w brzydkich ciężkich oprawkach w stylu “rencista-emeryt głębokiego PRL-u”(wiem, dzisiaj byłabym w nich mega hipsterem) – zrazu poczułam, że… coś jest nie tak. Moje ohydne okulary – mniej więcej po 2-3 lekcji w szkole – zaczynały mi zjeżdżać z nosa, zatrzymując się na samym jego czubku. I na nic zdało się poprawianie, ciągłe, obsesyjne poprawianie zasranych emeryckich okularów, bo wystarczyły 3 sekundy i znów były hen, daleko na horyzoncie.

okulary_prl

Popsute okulary! Rozpacz, histeria, niedowierzanie. Kolejka do okulisty, recepta na nowe, jeszcze brzydsze, bo tylko takie były refundowane i… jeszcze większa rozpacz, bo nowe zjeżdżały jeszcze bardziej i o wiele szybciej.
Trochę czasu mi zajęło zanim uświadomiłam sobie, że okulary – choć brzydkie jak szczur na zakrystii – są zupełnie niewinne. Oto bowiem moje lico, niegdyś rumiane i gładkie, nagle zaczęło pokrywać się dziwną, tłustą i lśniącą powłoką, która występowała zeń zaledwie godzinę po umyciu mydłem powszechnym. Gdyż wtedy nie było jeszcze nawet Fa. Dziwne, pomyślałam. I bardzo nieprzyjemne.

Zupełnie tak nieprzyjemne jak wtedy, gdy po niedzielnym obiedzie (pieczonym w brytfannie kurczaku) jedzonym łapami, wygłupiając się z bratem mym, Wojciechem, nasmarowałam sobie dłonie tłustym sosem i rozprowadziłam go po twarzy i włosach w ramach maseczki piękności. Dość niefortunnie.

Albo wtedy, w szkole, w pierwszej klasie podstawówki, kiedy na zajęcia z techniki zaniosłam klej roślinny w słoiczku po zagranicznym kremie Pond’s i próbowałam wmówić zachwyconym koleżankom, że oto mam prawdziwy pewex’owski towar luksusowy, na dowód czego wsmarowałam sobie obficie ów klej roślinny w twarz. I także nie było to miłe.

ponds

 

Ale do rzeczy.

Zdruzgotana “tłuszczowymi wyziewami” na mej twarzy (jak je wtedy poetycko nazwałam) postanowiłam zasięgnąć porady w licznie zgromadzonych w domu publikacjach popularno-naukowych, na czele z wiekopomnym dziełem Anny Łasicy “Nastolatki pielęgnują urodę”.

nastolatki_pielegnuja_urode

Oczywiście wiedziałam już wtedy wszystko o dojrzewaniu, rozmnażaniu, seksie partnerskim i rozmaitych pozycjach, bo – jako że byłam zagorzałym czytelnikiem – zdążyłam się już zapoznać (w wieku lat mniej więcej 10.) z większością pozycji dostępnych na najwyższej półce regału w dużym pokoju:

lektury_zazie

Wszystkie przeczytałam z wypiekami na twarzy, niektóre po wielokroć, stojąc na wysokim stołku, niemal pod samym sufitem, na wypadek gdyby jednak Mama postanowiła wcześniej wrócić z pracy – na szczęście wejście do naszego mieszkania wiodło przez tzw. “galeryjkę” (dzięki ci, architekturo PRL-u!) i zanim rozlegał się chrobot klucza w zamku, najpierw następowało głośne jebnięcie metalowo-szklanymi drzwiami naszego neo-soc-krużganka. To dawało mi czas na błyskawiczne odłożenie zakazanych ksiąg na półkę, zeskoczenie ze stołka i zaniesienie go pędem do kuchni. Na co wchodziła Mama i pytała, czy znów mam gorączkę.

Ale o czym to ja… Acha! Mając rozległą – jak mi się wydawało – wiedzę, na temat niedostępnej mi jeszcze podówczas menstruacji, polucji, erekcji i ejakulacji, dość szybko skonstatowałam, że oto rozpoczął się żmudny, trudny i niewdzięczny proces dojrzewania. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i za radą ówczesnych publikacji rozpocząć intensywny proces wysuszania cery przetłuszczającej się.

W tym celu zaopatrzyłam się w środki dostępne w domowej apteczce: spirytus salicylowy, miksturę do leczenia ospy wietrznej i kilka dziwnych maści oraz wszystko to, co udało mi się wygrzebać z kuchennej szafki z zapasami chemii gospodarczej “na czarną godzinę” (częściowo zapewne przeterminowanej), skąd spomiędzy butelek Szamponu Familijnego, emulsji do podłóg Agata a pudełek z pastą BHP – wyciągnęłam mniej więcej to:

zazie1989

 

Kiedy dzisiaj myślę sobie, że lekką ręką i bez wahania nakładałam sobie na twarz kolejne warstwy tych wątpliwej jakości specyfików – przeszywa mnie zimny dreszcz. Szorowałam skórę najbardziej „żrącymi” zasadowymi mydłami, odkażałam ją spirytusem salicylowym, wcierałam wodę brzozową i pokrzywową (tak, wiem, że były do włosów, ale na alk0holu! a jak ówcześnie sądzono – procenty najlepiej niszczyły pryszcze), do tego punktowe stosowanie jodyny (sic!), a kiedy już cała twarz mnie piekła i paliła żywym ogniem – przykładałam sobie fusy z herbaty, a potem smarowałam ją obficie kremem Nivea, tłustą maścią z witaminą A, Linomagiem i kremem do rąk. 

Tymi staropolskimi domowymi sposobami (oraz resztą moich autorskich metod) doprowadziłam do błyskawicznego pojawienia się na mej twarzy klasycznego trądziku pospolitego, siebie zaś – na skraj rozpaczy.

Na szczęście moja Mama dosyć szybko zorientowała się, że to Brzydkie Pryszczate Coś W Okularach, które smętnie kręci się po domu i chlipie żałośnie po kątach, potrzebuje profesjonalnej pomocy. Czyli takiej w stylu:

Przychodzi baba do apteki i prosi coś na pryszcze

A trzeba Wam wiedzieć, że w roku 1989 na zwykłym szarym warszawskim osiedlu – zgodnie z trendami ogólnopolskimi – trądzik leczono całym arsenałem preparatów dzierżących palmę pierwszeństwa w kategorii “Najbardziej Smrodliwe i Najsilniej Żrące” na bazie spirytusu salicylowego, maści ichtiolowej, pasty cynowej, emulsji z siarką i ropą naftową wraz z pochodnymi asfaltu. Po pierwszych przygodach z lokalną tablicą Mendelejewa moja twarz nadawała się już tylko do okładów z rumianku, lipy oraz maści nagietkowej, która spowodowała jeszcze większy wysyp.

Wtedy też rozpoczęła się moja cudowna przygoda z kosmetykami, wynalazkami i szuwaksami na pryszcze. Z rozrzewnieniem myślę sobie, że w zasadzie mogłabym – na wzór nieśmiertelnych sloganów polskiego marketingu typu “Świat Rajstop”, “Świat Alkoholi”, “Świat Dziecka” czy “Świat Noży” – stworzyć unikalną na skalę kraju przestrzeń transcendentalną o nazwie Świat Trądziku. Bo trądzik moi drodzy, to nie są tylko pryszcze, wągry i zaskórniki. Trądzik to jest stan ducha, to kształt umysłu – styl życia i forma bycia; to unikalna niezbywalna wartość determinująca moje nastoletnie, dwudziestoletnie, trzydziestoletnie… jestestwo. Niestety.

Jestem weteranką, moje drogie. I „dzięki” mojej niemiłej przypadłości miałam okazję właściwie od samego początku – tuż po przełomie 1989 roku; wraz z nastaniem szalonych lat 90. i prawdziwym boomem we wszystkich sferach życia – miałam możliwość przetestowania właściwie wszystkich, dostępnych przez lata na polskim rynku, krajowych i zagranicznych kosmetyków dla cer „młodych, trądzikowych, z problemami, niedoskonałościami i syfem wszelakim”.

Cuda i dziwy polskiego przemysłu kosmetycznego początku lat 90.

Zaliczyłam pierwsze „rewolucyjne” serie kosmetyków antytrądzikowych Erisu (dzisiejsza kultowa już seria „Under Twenty” ówcześnie prezentowała się ultra-nowocześnie:  białe buteleczki z czarnym wzorem i brązowawym żelem do mycia twarzy wraz z tonikiem w podobnym kolorze. Działały tyle, co nic, ale wyglądały o niebo lepiej niż mydło dziegciowe i wazelina. Chociaż chyba wcześniej niż Eris przerobiłam całą serię Sorayi – w białych buteleczkach z „krzyżykiem” i niebieskim korkiem, pod którym krył się prawdziwie żrąco-wysuszający żelowy specyfik o zapachu pralni chemicznej, który pozbawiał moją nieszczęsną skórę warstwy hydrolipidowej – do trzech pokoleń wstecz, co najmniej! Nie zapominajmy także o cudach polskiej kosmetologii spod znaku Dax Cosmetics, Bandi, Oceanic i Mony Lizy Mincer (sic!), a także wszystkich lokalnych oddziałów Polleny – Urody, Ewy, Malwy, Lechii i Miraculum.

Oknem na wielki świat, także ten urodowo-kosmetyczny, była dla mnie oglądana namiętnie telewizja satelitarna z satelity Astra – w całości po niemiecku! (btw – do dziś nie znam niemieckiego). To tam zachwyciły mnie pierwsze reklamy kosmetyków – nie tylko na pryszcze.

 

W polskiej telewizji królowały wtedy przaśne reklamy wafelków „Kukuruku”, proszku Pollena 2000 (dla pań, które „idą z czasem, z postępem, z osiągnięciami”) oraz Mentosów. Próżno było szukać kuszących spotów Oil of Olaz, Margaret Astor czy Welli. Byłam niepocieszona!

Na szczęście wraz z kosmetycznym boomem na polskim rynku (a raczej na naszym osiedlowym bazarku w prawobrzeżnej części Warszawy) pojawiły się także kultowe kosmetyki zza zachodniej granicy – Clearasil i Oxy! Do dziś pamiętam słodko-cytrusowo-chemiczny zapach błękitnawego toniku na pryszcze Clearasil… Oraz czerwone plamy na twarzy po krwiożerczym działaniu emulsji Oxy.

Niestety nie jestem w stanie zachwycić Was dizajnem ówczesnych opakowań i oszałamiających „ingredientsów” owych cudów, bo – choć przekopałam czeluści internetu – nigdzie nie mogłam znaleźć żadnych archiwalnych zdjęć dokumentujących ten złoty i bujny okres polskiego przemysłu kosmetycznego. Ba! Nawet przeczesałam aukcje allegro, sprawdzając, czy może jakiś pasjonat dokopał się do kapsuły czasu, tudzież pawlacza własnej matki, i oto odkrył choć część zużytej historii owych kosmetyków.

Nic z tego. Musicie więc uwierzyć mi na słowo. Najwcześniejsze – dostępne w internecie – zdjęcia pochodzą z 2. połowy lat 90., kiedy seria Erisu „Under 20” przeszła już ze cztery liftingi wizerunkowe, zaś na rynku pojawiły się kolejne kultowe szuwaksy antypryszczowe, których używałam przez wiele, wiele lat – z marnym niestety skutkiem.

dawne_kosmetyki_zazie

W tym samym czasie, kiedy wszystkie pieniądze nastolatki przepuszczałam na wszelkie dostępne badziewia z zawartością sodium laureth sulfate, triclosanu i nadtlenku benzoilu, szturmowałam lokalne apteki w poszukiwaniu jeszcze cudowniejszych formuł przeciwtrądzikowych(niestety nie są to znowu te opakowania, z którymi miałam „przyjemność” obcować w latach 90.)

napryszcze

Najlepiej z tego wszystkiego działał Dermaknel z siarką i kwasem salicylowym, choć śmierdział tak straszliwie, że aplikowałam go tylko na noc i codziennie zmieniałam poszewkę na poduszkę, bo nie byłam w stanie zasnąć od tych oparów siarki.

– Doktorze, niech mi Pan wypisze coś na pryszcze, błaaa-gaaam…

Kolejnym przystankiem na mojej drodze krzyżowej – w połowie lat 90. – były recepty żebrane od dermatologów, którzy zbiorowo kręcili nosami, że skoro moja twarz nie jest pokryta ropnymi cystami, pulsującymi wybroczynami, krwistymi bliznami i czarnymi dziurami, to w zasadzie nie mam na co narzekać i leczyć mnie na nić nie trzeba, bo samo przejdzie. No ale jak chcę receptę, to proszę bardzo:

napryszcze1

Niestety nie przeszło. Nawet po ochoczo i lekka ręką przepisywanych mi tabletkach hormonalnych – z kultową Diane35 na czele.

diane-35

Z tamtych czasów pozostało mi jedynie toksyczne uszkodzenie wątroby (przez nadmiar antybiotyków i hormonów), które zaowocowało skłonnością do pojawiania się na mojej twarzy (pod wpływem krótkiego nawet kontaktu ze słońcem) brązowych „rozlanych” plam, tworzących na moim czole i policzkach prawdziwą mapę świata.
Trądzik, rzecz jasna, pozostał i miał się świetnie jak nigdy. Oczywiście nie osiągnął nigdy stadium, dzięki któremu stałby się atrakcyjnym przypadkiem dla dermatologów, ale mnie – jako młodą dziewczynę chcącą być po prostu… ładną, miłą oku, estetyczną (tak, wiem, jestem próżna) – męczył straszliwie.

Riki-tiki-dermokosmetyki

Po kilkuletnich bolesnych przygodach z farmakologią, a także po traumatycznych wizytach u kosmetyczki, która przeorała mi twarz paluchami i igłą wzdłuż i wszerz (oczyszczając ja mechanicznie), znów zwróciłam się ku kosmetykom drogeryjnym, ale wszystkie te histerycznie reklamowane L’Oreale i Garniery zrobiły z mojej cery jeszcze większe pobojowisko, przykryte warstewką wysuszonej na wiór, twardej i łuszczącej się skóry. Byłam zrozpaczona.

Nie dały jej rady nawet supernowoczesne, ultraskuteczne i euforycznie polecane przez panie farmaceutki – jedne z pierwszych (dostępnych w Polsce) dermokosmetyków Vichy do cery problematycznej, które po raz pierwszy kupiłam… yyy… 15 lat temu! I wtedy wyglądały one tak:

vichy_normaderm

Po prawej stronie widnieje tonik w aerozolu Normaderm Express – już chyba nie robią takich cudów :) – ale do tej szarej płaskiej „gąbeczki” przykładało się płatek kosmetyczny, naciskało i… wacik zwilżał się spienionym tonikiem, który w cudowny sposób miał oczyszczać cerę, niwelować pryszcze i powodować uogólnioną szczęśliwość. Nie wiem, ile w sumie kompletów Normadermu zużyłam, ale powiem Wam, że byłam wyjątkowo wytrwała i uparta. Mój trądzik także.

 

Jeśli dotrwałyście do tego akapitu i macie wrażenie, że ta historia nigdy się nie skończy, to… macie rację.
W wieku lat 38 nadal mam problemy z cerą – godne rozhisteryzowanej nastolatki – ale w tak zwanym „międzyczasie” odkryłam kwasy, retinoidy oraz inne sympatyczne substancje, dzięki którym moja skóra wygląda jako tako; a przy tym zużyłam tyle ton rozmaitych kosmetyków, że grzechem byłoby nie ostrzec Was przed kilkoma bublami oraz polecić to, czego naprawdę warto używać.

No więc jednak będę Wam pisać notki o kosmetykach! :)

w poniższym – nowym! – dziale na blogu:

KLIK

 

 

 

 

 

Przepraszam. Wybacz mi. Kocham Cię. Dziękuję.

skomentuj przez Disqus ↑    lub    zjedź na sam dół strony ↓ i skomentuj ‚normalnie’ ;)

11

10 myśli na temat “Wojna 30-letnia czyli: Jak Zazie z trądzikiem walczy(ła)

  1. Świetny wpis i (o zgrozo) bardzo mi bliski. Jestem w Twoim wieku i z moją cerą walczę od 18lat. Brałam Dianę35 i przetestowałam większość z wyżej wymienionych smarowideł z marnymi efektami. Odwiedziłam kilku podobno dobrych dermatologów. Zostały mi jeszcze retinoidy. Ale jakoś ja i moja wątroba nie potrafimy się zdecydować. Teraz wymyśliłam sobie, że zaatakuje dziada(czyt. trądzik)również od środka. Od kilku tygodni biorę skrzyp(500mg) a od tygodnia laktoferynę(laktocer zn). Mam wrażenie, że już coś drgnęło ale jeszcze nie chce zapeszać. Od dwóch tygodni ograniczyłam też pielęgnację mojej twarzy. Zostawiłam tylko to co naprawdę mi się sprawdziło, jednym słowem same hity. Do mycia twarzy używam mydła siarkowego(antybakteryjne), nawilżam skórę rosyjskim kremem Bioluxe z awokado (za 4zł!) i punktowo na zmiany stosuję papkę jadwiga i raz na tydzień maseczkę z glinki. Tyle. Jak to mi nie pomoże to nie wiem co zrobię bo mam już naprawdę dosyć. Pozdrawiam

  2. Skoro jeszcze nie poradziłaś sobie z cerą to dam CI 3 rady które mi pomogły a też długo walczyłam

    1. Dieta – nie jedzenie słodyczy i pikantnych rzeczy (oraz podobno mąki)
    2. Odstawiłam wszelkie kosmetyki i miliony specyfików które nie pomagały. Zaczęłam myć cerę wodą i mydłem oraz wodą utlenioną
    3. Wizyta u dermatologa na prawdę pomaga :)

    Powodzenia i życzę wygranych :)

  3. No dobrze, wszystko się zgadza, tylko gdzie są peelingi? ja jeszcze do tego wszystkiego stosowałam peelingi azjatyckie, głębokie złuszczania i inne cuda wianki :D
    A na dziś polecam erytromycynę z tretynoiną!

  4. Przeczytałam Twój wpis z szerokim uśmiechem na twarzy. Zaczęłam swoją przygodę z pryszczami jakieś 10 lat później niż Ty, ale bardzo podobnie to pamiętam. Moi rodzice – jak całe ich pokolenie – byli całkowicie bezradni w kwestii dbania o siebie. Mogli co najwyżej zalecić wyciskanie w domu, przecieranie spirytusem i jeszcze Azulan (to też spirytus, tyle że rumiankowy). Chyba większość tych kosmetyków dla młodych cer to był sam alkohol. A no i jeszcze nieśmiertelne rady mamy, o tym że od kremów dostaje się zmarszczek. Pamiętam też ostatnie grosze zaoszczędzone z urodzin wydawane na Normaderm, który miał mnie uratować. Na szczęście nie poszłam do lekarza, bo jakoś nie dotarła do mnie wiadomość, że takie rzeczy można u lekarza leczyć, i dzięki temu moja wątroba ma się dobrze. Patrząc z perspektywy czasu, zauważam, że już jako nastolatka miałam pierwsze objawy ŁZS w postaci łupieżu, swędzącej głowy i wypadających włosów, co kończyło się tylko… awanturami w domu, że te moje włosy wszędzie leżą. :)

    1. Magda, pamiętam Azulan! Uwielbiałam jego rumiankowy zapach, tylko, że on dodatkowo barwił skórę na żółto :) A jak sobie teraz radzisz z ŁZS? Mi się od czasu do czasu uwidacznia miejscowo i wtedy włączam do pielęgnacji Kerium DS (LRP), ale cały czas szukam czegoś lepszego.

  5. Ło jezu, jak ja to dobrze znam. Trochę lepiej (tekst mojej dermatolog, w prowincjonalnym miasteczku, w połowie lat 90. „Wyglądasz, jak wpadła pod kosiarkę” – to właśnie chce usłyszeć potwornie zapryszczona i potwornie zakompleksiona nastolatka od swojego lekarza) i trochę gorzej (bo w prowincjonalnym miasteczku i z mało przejmującymi się stanem cery własnej córki rodzicami miało się ograniczone pole manewru). Znam także pokątne lektury – u mnie szedł „Malowany ptak”, czytany tuż przy półce, właśnie na wypadek szybszego powrotu matki :D
    A pryszczata (mniej bo mniej, ale jednak. Zawsze już będę chyba) jestem wciąż.

  6. Jak ja dobrze Cię rozumiem! Dokładnie taką samą drogę mam za sobą, jeśli chodzi o kosmetyczne i hormonalne przeprawy. Dołożyłabym do tego jeszcze skutki uboczne Diane 35 – kilka kilogramów na plusie i kosmiczny cellulit w wieku 17 lat.
    Obecnie 34 lata na karku, trądzik od 12 roku życia. Cera nadal jak u 12-sto latki.

Dodaj komentarz