Co ma latać, nie utonie

Minął mi własnie luty. Tu na blogu w całkowitej ciszy, w życiu zaś – głośno, mocno i dobitnie, odcisnąwszy się we mnie głęboko, pełen zmian i zawirowań, oczarowań i zdziwień, pokornego godzenia się ze starym i onieśmielonego układania z nowym.

W styczniu było już naprawdę źle. Tak bardzo źle, że po raz kolejny gotowa byłam słuchać rozsądnych podszeptów doktoryzowanych nazwisk, że może jednak warto by było rozważyć…, albo chociaż spróbować kolejnych leków, kolejnych terapii, kolejnych kombinacji. Bo przecież tak się nie da żyć.

No właśnie, nie da się. Dlatego prawie miesiąc temu, po długich latach neuro-intoksykacji, z dnia na dzień odstawiłam wszystkie leki. Wysokie dawki paroksetyny, buropironu, trazodonu i zopiklonu poszły się jebać. Ja zaś poszłam się gonić, latać, pędzić. Żyć.

Parę razy w ciągu tych wielu lat próbowałam odstawiać leki. Ostatnio 2 lata temu – o tu: Przygody Dziewczyny Bez Paroksetyny
Zawsze kończyło się masakrą i powrotem po receptę z podkulonym ogonem – tak jak tu:  Pasaże. Finisaże.
Tym razem zejście z chemii również miało być ciężkie i traumatyczne, bolesne na ciele i umyśle. Tymczasem, o dziwo, nie wydarzyło się nic. Za to z każdym dniem w mojej głowie robiło się coraz jaśniej, a ja oddychałam coraz głębiej, coraz szerzej rozkładając ramiona.

Po tylu latach przypomniałam sobie, po co ja właściwie zaczęłam brać leki.
Nie, nie na depresję. Na nerwicę, na natręctwa, na demony.
Bo chciałam być grzeczna, chciałam być spokojna.

Życie bez leków było nieostrożne, mocne i pełne smaku. Byłam jak ostro całowany tasak, ze wszystkim na opak i po skosie, w udręce i ekstazie, w sinusoidzie fantastycznych wzlotów i karkołomnych upadków.
Na lekach naprawdę stałam się spokojna. Bardzo spokojna. Tak spokojna jak lampa z ikei, tak dobra jak roślina doniczkowa, tak miła jak kubek letniej latte na sojowym. Tak cienka i przezroczysta, że aż niewidzialna. Tak bez sensu, że aż bez życia, którego i tak mi się w końcu odechciało.

Teraz wracam.
Bo się za sobą stęskniłam.

Co mi szkodzi znowu być wesołą…

Nawet jeśli trochę nieznośną.

Trzeba mnie tylko mocno trzymać.
Jak pół prosiaka na sznurku.

 


[Keren An, My name is trouble]

 

My name is trouble my first name’s a mess
No need to greet me I’m here to confess
But if you let me hold you I won’t hold my breath
And if you let me love you I will love to death

My chances endless I tend to obsess
No game is out to my need to possess
But if you let me hold you I won’t hold my breath
And if you let me love you I will love you to death

I’m petrified of emptiness a lot of signs of loneliness
Our love has tend to break me in two
If you’re to come back to me in pieces or in melody
There couldn’t be a better way through

My name is trouble my first name’s a mess
No need to greet me I’m here to confess
And If you let me hold you I won’t hold my breath
And if you let me love I will love to death

 

 

Przepraszam. Wybacz mi. Kocham Cię. Dziękuję.

skomentuj przez Disqus ↑    lub    zjedź na sam dół strony ↓ i skomentuj ‚normalnie’ ;)

11

5 myśli na temat “Co ma latać, nie utonie

  1. Ty rozumiesz dlatego tu szukam przepraszam jeśli mu serce wciąż pęka oddechy kamieniem to nie jest szalone byłoby by gdybym nie oszalał za nim nie biec próbował przepraszam tak do nikąd przepraszam

  2. Ślicznie wyglądasz Zazie. Chciałam kiedyś napisać, że może odstawienie leków byłoby tym „lekiem na całe zło”, którego potrzebujesz. Nie napisałam, bo nikt nie chce być uznany za osobę która nie ma pojęcia o czym mówi i w ogóle nie rozumie Ciebie i Twoich doświadczeń itd. No i proszę niespodzianka :)

Dodaj komentarz