365 dni Nowego Życia ♥ STYCZEŃ: pojechać na spacer do Pruszkowa i przypadkiem kupić tam mieszkanie

Niektórzy mówią, że zawsze spadam na cztery łapy. Oczywiście, że tak, ale przeważnie widzicie (i czytacie) mnie dopiero wtedy, kiedy już na nich w miarę stabilnie stoję. Te momenty, w których leżę, umieram, płaczę, rzygam, czołgam się i pełzam, zostawiam dla siebie. I tak oto całą jesień minionego roku – dosłownie – przeleżałam: skulona na kanapie u Przyjaciółki, która dbała o mnie jak o pokiereszowane pisklę, nieco brzydkie i pokraczne, wyrzucone z gniazda. Chroniła mnie czule przed całym światem i cierpliwie stawiała do pionu. Moim własnym sukcesem jest to, że ani na chwilę nie przestałam pracować – zupełnie jak gdybym wzięła sobie do serca słowa własnej Matki, która na wieść o rozpadzie mojego 10-letniego związku dała mi prawdziwie złotą radę:
„Oleńko, kiedy wali się całe życie, dobrze jest uciec w pracę. Teraz możesz zostać pracoholiczką!”.  [KURTYNA] 

No cóż począć – od tego są właśnie nasze matki, żeby przy***ać żenującym tekstem w najmniej odpowiednim momencie i zaorać wszystko. Tak się wtedy poczułam. Dopiero potem, z perspektywy wielu miesięcy, muszę przyznać, że było w tym odrobinę racji. Bo gdybym wtedy – jesienią 2017 – straciła także pracę i źródło utrzymania, to mówiąc kolokwialnie – strzeliłabym sobie w łeb.

Tymczasem w początkach grudnia 2017 wyczołgałam się spod skrzydeł Przyjaciółki i chwytając za rękę Marcina, spróbowałam po raz pierwszy stanąć w pionie. Nie było to łatwe o tyle, że ten ostatni miesiąc roku spędziliśmy – pod nieobecność Syd – na Starej Ochocie, w (naszym wspólnym do niedawna) mieszkaniu, gdzie wszystko i na każdym kroku przypominało mi o minionych 10 latach. I o tym, że wspólne wizje przyszłości miałam na najbliższe 40. Chcesz rozśmieszyć boga? Opowiedz mu o swoich planach…

Nie miałam pojęcia, co dalej. Gdzie będę żyć, mieszkać, pracować. Nie miałam już dokąd wracać. Zaorałam przecież wszystko, co wcześniej miałam – łącznie z mieszkaniem na tarchomińskim końcu świata, a kasa ze sprzedaży tarchomińskiego pudełka została zamrożona w ochockich salonach. No i co? Co ja teraz mogę? Czy ja mogę nie zgadzać się na to, co przynosi los? Protestować, sprzeciwiać się, nie przyjmować do wiadomości, że druga strona juz mnie nie kocha, nie chce i niniejszym dziękuje mi za 10-letnią współpracę? Kogo to obchodzi, że nie jestem jeszcze gotowa na to rozstanie? Że nie tak to sobie wyobrażałam? Że nie umiem, boję się i nie chcę?

Pamiętam, jak zrobiłam sobie to zdjęcie, stojąc rankiem na Placu Narutowicza… 

Chwilę później rozpłakałam się, że nie mam domu; że nie mam dokąd iść i być u siebie.  A przecież od zawsze i najbardziej na świecie potrzebuję bezpiecznego schronienia, zacisznej nory, pudełka na końcu świata… Taki był mój Mały Kwadrat na Tarchominie.

 

Na Starej Ochocie nigdy tak naprawdę nie czułam się u siebie. Było fajnie, miło, sąsiedzko, nie przeczę.
Ale to tutaj – dziwnym trafem – zaliczyłam największą i najdłuższą depresję ever.
Skąd się wzięła? Z powietrza? Z wilgoci starych murów?
Kogo ja próbowałam oszukać…? To tutaj zaczęły się wszystkie problemy…


Czas stąd uciekać.
I to jak najszybciej…

 

Ale gdzie? Jak? Za co? Pokoju do wynajęcia szukałam już we wrześniu, wiedząc, że koniec końców wyląduję na cudzym tapczanie. Nigdy nie mieszkałam w ten sposób, miałam ten komfort i przywilej, że zawsze byłam “u siebie”, nigdy kątem u kogoś. Fuck, no zdarza się. Czas na zmiany, czterdziestoletnia gruba księżniczko. A co z mopsami… Co z mopsami… – nie brałam nawet pod uwagę, że mogłabym żyć bez Kumoka i Miszura. To nie wchodziło w grę. Byłam naprawdę miła i pokojowo nastawiona, ale ta jedna kwestia wzbudzała we mnie panikę i rozpacz. Jasne, rozstańmy się jak najlepsi przyjaciele, ale o dzieciach zapomnij. Są moje. Pytanie tylko, gdzie ja z tymi małymi prosiętami, co świnią, brudzą i paskudzą, znajdę pokój…?  I powiem wam, że o ile rzadko kiedy naprawdę bywam w prawdziwie czarnej dupie, to w tamtym momencie właśnie byłam. W samym jej środku.

Teraz, z perspektywy czasu – jako osoba, która niestety nie żyje chwilą, ciesząc się ulotnym „tu i teraz”, lecz rozpaczliwie potrzebuje poczucia bezpieczeństwa – nie wiem, jak udało mi się przetrwać ten czas i nie zwariować… Gdyby nie Przyjaciółka i Marcin, byłoby już pozamiatane. Co do okruszka.

No i co? Co dalej… Powiem wam, co dalej.
Dalej można już tylko mocno wierzyć, że będzie dobrze.

I robi się to tak:
Proś, a będzie ci dane.
Wierz, a wszechświat sprosta twemu pragnieniu.
Oto cały Sekret.

Cudowny splot okoliczności, niespodziewana przychylność losu, obfite źródła kosmicznej miłości i nieprzebrane bogactwo dobrej woli sprawiły, że wraz z Syd zostałyśmy uratowane z tej labiryntowej układanki, którą same sobie ułożyłyśmy przed laty. Teraz w trybie ekspresowym sprawy się rozwiązały, a ja mogłam wziąć to, co moje i ruszyć swoją drogą. Nigdy bym jednak nie przypuszczała, że ścieżka ta poprowadzi mnie do Pruszkowa…

Pewnego grudniowego dnia zadzwoniła moja Mama i nieśmiało napomknęła, że widziała całkiem ciekawe ogłoszenie:
55 metrów, trzy pokoje, dwa kroki od stacji kolejki WKD, w otoczeniu parków i ogólnej zieloności…

– A gdzie? – pytam, bo nie dosłyszałam, choć i tak wiem, że zaraz usłyszę: Nowodwory, Rembertów, Ursus, bo przecież z tą kwotą na nic innego nie mogę liczyć. Ale zaraz-zaraz, to wystarczy na max 30 metrów, a nie na 50. – Więc niby gdzie to jest?
– No… w… Pruszkowie… – coraz mniej pewnie duka Mama.

Zamarłam. Skamieniałam.

Bo musicie wiedzieć, że Pruszków to… nawet nie wiem, jak to ująć… Nie no, szanuję Pruszków bardzo. Miasto ludzi ulicy.
Sezamkowej.
Ale z tym Pruszkowem to jest tak…
Posłużę się przykładem.

Matka moja rodzona – nauczycielka. Siostra matki mej – nauczycielka. Matka obu pań, babcia moja – nauczycielka. Matka babci – nauczycielka. I kiedy podczas moich studiów przyszedł czas na wybór specjalizacji i wszystkie panny gęsiego poszły na nauczycielską, ja zakrzyknęłam: – Apage! Nigdy w życiu! Jak najdalej upadnę swym robaczywym jabłkiem od tej rodzinnej jabłoni. Dlatego wybrałam poetykę i teorię literatury.

Analogicznie z Pruszkowem. Matka moja urodzona w pobliskim Milanówku, młodość spędziła w Pruszkowie, skąd rzut beretem kupiła dom z moim Tatą, uciekając z Warszawy w 2003 roku, znajomi rodziców, potem znajomi znajomych. Tutaj także wyemigrował mój brat rodzony Wojtuś, a liczne rodzeństwo cioteczne bawi tuż za pruszkowską miedzą. Wystarczy? Ja oczywiście kocham moją rodzinę, ale jak mi ktoś od 17 lat brzęczy i brzęczy:
– O jaka szkoda, Oleńko, że Ty nie mieszkasz w Pruszkowie! Cała rodzina byłaby znów razem! A tak… Najpierw Tarchomin, potem ta Ochota… A w Pruszkowie, to i do mamusi blisko… .

Czujecie już? No ja myślę. W takiej sytuacji – z wrodzonej przekory – odpowiadałam zawsze: Dziękuję, postoję.
I żeby jeszcze utwierdzić się w swoim niezłomnym przekonaniu o niższości życia w Pruszkowie nad/pod resztą świata – zwykłam mawiać, przejeżdżając z Syd przez Pruszków w drodze powrotnej od Rodziców:
– Ojaprdl… Gdybym musiała mieszkać w Pruszkowie, to bym się chyba pocięła… Tutaj nie da się być szczęśliwym, patrz na te kuciamenty! – pokazywałam przez szybę samochodu mikre bloczki wielkości pudełek od zapałek.

I żeby było jasne! To nie chodziło o wyższość “warszawki” nad resztą czasoprzestrzeni, ale o mój wrodzony lęk przed nieznanym. Tak, przyznaję się, nie jestem typem odkrywcy, zdobywcy i wędrowca. Lubię zapuszczać korzenie. Nie lubię gwałtownych zmian, rzucania wszystkiego i zaczynania od nowa. Pusta biała kartka – zamiast być radosnym wyzwaniem – przeraża mnie i paraliżuje. Nie chcę. Nie lubię. Nie umiem.

Ale skoro i tak znalazłam się zupełnie niespodziewanie na grubej ryzie białych kartek? W tej sytuacji – jeden paraliż lękowy w tę czy we w tę przestaje robić różnicę. No bo co mi się jeszcze może przydarzyć?! I tak nie mam nic do napisania.

Mówisz więc, że Pruszków?

Ja mówię:

 

Skoro Magneto może mieszkać w Pruszkowie (Prószkowie? Paproszkowie?),
to ja nie mogę?!

Ja nie dam rady?!
Give me this shit, a zostanę królową Pruszkowa!

– Marcin, pakuj kufry, siodłaj konie! Jedziemy zamieszkać w Pruszkowie!

– Oleńko, spokojnie… To jeszcze nic nie znaczy… – jak zwykle próbowała mnie studzić Mama – Przyjedźcie tylko na spacer, rozejrzyjcie się, nie musisz nawet oglądać tego mieszkania, po prostu rozważ to, czy w ogóle…

– Rozważyłam! Nadchodzę! Umawiaj termin!

I naprawdę, nie każcie mi tłumaczyć, czemu taka jestem, że pół dnia rozważam, czy aby na pewno mam ochotę iść wieczorem na imprezę, a na zamieszkanie w Pruszkowie decyduję się niecały kwadrans. Tak mam i już.

 

Pojechaliśmy więc do tego Pruszkowa dużym tramwajem…


czyli Warszawską Koleją Dojazdową (WKD), która z Dworca Centralnego jedzie do Pruszkowa całe 27 minut. I teraz uwaga: szczerozłotej epoce tarchomińskiej dojazd do centralnego zajmował mi całą godzinę. O ile nie było po drodze korków w piętnastu miejscach.

 

wysiedliśmy z kolejki WKD…

Nooo, bardzo… Wielkomiejsko. Tylko patrzeć aż zza węgła wychynie wóz drabiniasty z toną węgla… Świetnie.

 

Lokalsi, z tego co widzę, witają nas niemal chlebem i solą…

 

200 metrów od stacji kolejki WKD objawia się nam wzmiankowane w ogłoszeniu pudełko:


No nie jest to staroochocka kamienica z 1934 roku, ale bądźmy szczerzy: czy ja pasuję do staroochockiej kamienicy. No nie!

 


pudełko mieszkalne, drzewa, niebo, śnieg – no wszystko jest! żyć nie umierać!

 

A samo mieszkanie wyglądało tak:

Polska norma uśredniona. Nie bądźmy jednak zbyt surowi! Przez ostatnie 30 lat zamieszkiwał tu Zdzisław z Grażyną, którzy wychowali tutaj i wyprowadzili na ludzi troje dorosłych już dzieci. Zwróćmy uwagę na zamiłowanie Grażyny do wyszukanych dekoracji, sztucznej roślinności, fantazyjnie drapowanych zasłon i strzelistych świeczników. O święci pańscy, trzymajcie mnie! Pan Zdzisław deklaruje, że oni mi chętnie wszystkie swoje meble zostawią, bo juz mają nowe w drugim mieszkaniu – robi mi się słabo, ale matka kopie mnie w kostkę, że przecież aktualnie nie mam nawet własnego łóżka, a darowanemu koniowi… Świetnie, zawsze marzyłam o brązach! Bierę! Gdzie podpisać?

I tyle. Wyjrzałam jeszcze przez okno, a ponieważ widok nie wywołał we mnie chęci natychmiastowego wyskoczenia przez nieistniejący balkon…


… postawiłam więc te swoje kulfony na umowie przedwstępnej i wyglądało na to, że nie ma juz odwrotu.

 

W głowie huczało mi: japierdolę-kurwa-mać-czy-ciebie-pojebało?!!! – ale postanowiłam to ignorować.

 


I tak oto, popchnięta przez samą siebie, mentalnie skoczyłam na główkę do pruszkowskiego stawu w Parku Potulickich…

 


… który to park rozpoczyna się zaraz po wyjściu z mojej nowej pruszkowskiej klatki schodowej…

 


i ciągnie się przez kolejne 23 hektary…
„(…) w tym zbiorniki wodne o powierzchni 8,5 ha i jest uznany za zabytek wpisany do rejestru zabytków pod numerem 623403. Założenie parkowe powstało na zlecenie hr. Antoniego Potulickiego w II połowie XIX wieku jako otoczenie klasycystycznego pałacyku Potulickich, projektantem był niemiecki architekt Karol Sparman. Zgodnie z panującymi wówczas tendencjami kompozycja uwzględniała istniejące ukształtowanie terenu oraz naturalny układ wodny złożony ze starorzecza rzeki Utraty i czterech stawów o łącznej powierzchni 8,5 ha. W ich rejonie rosną olsze, wiązy, a także jesiony, brzozy i lipy, zaś przy dawnym korycie rzecznym zespół podmokłych zbiorowisk szuwarowo-turzycowych. Na największym stawie znajduje się wyspa, na której została ustawiona figura Najświętszej Marii Panny, która po zmroku jest oświetlona. W 2010 w jego centralnej części uruchomiono fontannę, która poza walorami estetycznymi pełni również funkcję natleniającą. Zbiorniki są połączone ze sobą i z rzeką Utratą siecią kanałów, nad którymi wybudowano ozdobne mostki. Wyjątkowy charakter Parku Potulickich podkreśla cenny starodrzew, w skład którego wchodzą topole białe i szare, modrzewie europejskie, olsze czarne, wiąz szypułkowy, jesion wyniosły stanowiące pomniki przyrody. Istniejące warunki przyrodnicze sprawiły, że jest obszar naturalnego siedliska i miejsc lęgowych licznej fauny, a szczególnie ptaków.”

 

„W południowo zachodniej części parku znajduje się wpisany do rejestru zabytków zespół pałacowy złożony z powstałego ok. 1860 Pałacyku Potulickich, oficyny dworskiej i wozowni oraz lodowni. Przed pałacem znajduje się ustawiona w 1979 rzeźba Tadeusza Tchórzewskiego „Narodziny Narcyza”.

A to my – Olga i Marcin – w styczniu 2018 roku, u progu nowego życia:

Gdyby ktoś 5 miesięcy wcześniej powiedziałby mi, że… Marcin, Pruszków i cała reszta, to…

A jednak.

Wniosek z tego:  you never know.

Pruszków zimą

11 stycznia 2018 podpisałam akt notarialny i stałam się właścicielką pruszkowskiego kwadratu.

 

Pruszków zimą
rzecz jasna od razu pojechaliśmy na nasze włości, rozejrzeć się co i jak…

 

Pruszków zimą
„Tu się posadzi kwiatki, tam się zaora, tędy będzie płynęła rzeczka, a tam skalniak i wodospad!” – rzekłam.

 

Pruszków zimą
No dobra, zimą wszędzie jest malowniczo.

 

Pruszków zimą

Ale w Pruszkowie jest najzajebiściej!

 

Pruszków zimą
Mam swój dom!!! Mam swoje pudełko na końcu świata!!!

 

Pruszków zimą

Teraz mogę się w końcu przyznać, jak bardzo, bardzo, bardzo mi tego brakowało przez ostatnie kilka lat…

 

Pruszków zimą
Już nigdy nie zdecyduję się, choćby z największej miłości, na mieszkanie „u kogoś”.

 

Pruszków zimą

Muszę mieć własną norę. Ciasną, na zadupiu, gdziekolwiek, ale własną, moją, niepodległą.

 

Pruszków zimą

Tylko tak mogę stworzyć dom. Będąc u siebie.

 

Witają państwa świeżo upieczeni pruszkowianie!

 

__________________________________________


na marginesie:
Cieszyłam się. Jasne, że cieszyłam się – najbardziej na świecie. Ale w środku nadal wszystko we mnie wyło i szlochało. Za Syd, za Starą ochotą, za dawnym życiem. To nie jest tak, że nową miłością zastępujesz tę starą, a dziurę w sercu maskujesz cukrowymi chmurkami, pocałunkami i pazłotkiem.

To nie ja zakończyłam związek z Syd; to nie ja rozwiązałam umowę o wzajemnej miłości do końca życia. Zostałam postawiona przed faktem dokonanym: to juz koniec, nic więcej nie da się zrobić, jesteś wolna, możesz już iść.

I kiedy w jeden dzień cały świat wali ci się na głowę – masz dwa wyjścia: możesz to przeżyć, albo nie. Możesz iść w stronę światła, nadziei, miłości – albo odmówić wszystkiego. Ja wybrałam to pierwsze. I kiedy wszechświat dał mi nową miłość – nie wahałam się ani chwili.

Nie da się odłożyć życia na później, prosząc o „dodatkowy termin” jak już się pozbierasz. Wszystko przychodzi i odchodzi. Albo coś łapiesz, albo puszczasz. Nie ma „zaklepywania” i trzymania sobie na potem. Bo życie stygnie. A opłakując utraconą miłość, będąc ślepym na to, co los daje ci w zamian, można wystygnąć wraz z nim. Doszczętnie. A to największy grzech.

Poszłam więc tą dziwną i krętą drogą żałoby i wesela – opłakiwania tego, co utracone i wdzięczności za to, co nowe i piękne. Nie jest łatwo, ale się da. Musicie mi uwierzyć na słowo.


__________________________________________

 

 

Potem przyszedł czas na remont. No dobra, remont to za dużo powiedziane.
Miałam kasę jedynie na pomalowanie ścian, kafelków i mebli.

 

Kiedy jesteś tarocistą, a Twoja dziewczyna jest pojebana…

Pruszków mieszkanie Zazie remont
Mimo że mieliśmy jeszcze kilka tygodni do powrotu Syd i mogliśmy wszystko zrobić na spokojnie – dla mnie każdy kolejny dzień spędzony w mieszkaniu na Starej Ochocie był katorgą. Nie mogłam tam być ani chwili dłużej. Dałam nam 2 tygodnie na przygotowanie mieszkania tak, by bezpiecznie wprowadzić doń Kumoka i Miszura.

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

Prawda była taka, że oprócz pierdyliarda pudeł z moimi lalkami i dioramami, ciuchów oraz 50 ton książek – nie miałam niczego.

 

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

za to wraz z mieszkaniem nabyłam komplet gustownych mebli w kolorze na wpół wyschniętego psiego gówna oraz czterodrzwiową szafę, która zajmowała całą ścianę dużego pokoju (na Starej Ochocie zwanego salonem), a z wyglądu przypominającą grobowiec Jagiellonów. Ku rozpaczy mego rodzonego Ojca, który kocha tego typu gabaryty, wymusiłam rozmontowanie szafy…

 

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

i przeniesienia jej  pokaźnego fragmentu do przedpokoju – w miejsce uprzednio zdemontowanej meblościanki wieszakowej Black Red White. W przedpokoju widzimy też popiersie afrykańskiej piękności, którego nie dało się oderwać od ściany. Tata już startował, by ją kruszyć młotem pneumatycznym, ale ocaliłam dziewczę i powierzyłam jej ochronę naszego ogniska domowego, ofiarując jej w zamian ciepły i cichy kat za szafą…

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

W dużym pokoju zostało mi wiszące lustro, komoda (skórzany wypoczynek i szklany stolik robią wypad, bo choćbym miała siedzieć na skrzynkach i jeść z podłogi, to tego badziewia nie zdzierżę!) oraz mnóstwo miejsca….

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

Mój pierwszy zakup: ikeowy czterometrowy regał na książki.

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont
Do tego używana kanapa z olx… (szklany stolik nie mieści się we framudze drzwi, trzeba go rozkręcić przed wypieprzeniem!)

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

pionowa gablota na martwego Jagiellona też robi wypad

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

skórzany wypoczynek (kanapa + fotel) ofiarowałam gratis panu hydraulikowi podłączającemu sedes i kabinę prysznicową.

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

7 godzin topless na drabinie  czyli wysublimowana sztuka robienia klusek z farby lateksowej

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont
cześć pracy, pruszkowiacy!

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont
biblioteczka machnięta na biało

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont
pierwsza warstwa farby na ramie lustra i komodzie

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont
codziennie wieczorem wracaliśmy na Ochotę – do Kumoka i Miszura – dokumentnie zjebani robotą i cali ujebani farbą

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

każdy dzień przybliżał nas do przeprowadzki – tak sobie powtarzałam, podpierając się nosem upierdolonym białą farbą

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

wszystko robiliśmy własnymi ręcyma. z wyjątkiem zabaw z prądem, wodą i gazem – to zostawiliśmy mojemu kochanemu Tacie (nota bene geografowi z wykształcenia), który tyle razy był zmuszony poprawiać robotę po zawodowym pruszkowskim hydrauliku, aż w końcu stwierdził, że to chrzani i sam będzie robił ♥  oczywiście moja najmilsza Mama (także geograf) doradzała Tacie we wszystkim, więc w sumie była to praca zespołowa.

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

wszystkie zastane w mieszkaniu meble postanowiłam przemalować na biało…

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

ale żeby kolor głębokiego gówna pokryć śnieżną bielą – potrzebne było jakieś 666 warstw farby

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

a zaglądał ktoś do łazienki? zaraz, gdzie jest łazienka…?! była tu gdzieś chyba…

 

och! ona także jest w kolorze gówna!  gówna pociągniętego złotym szlaczkiem!

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

no dobra, to sufit machniemy na niebiesko, a potem się zobaczy…

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

szlachetny kał kafelków pokryty został bielą (nuuuuda!)

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

a słomkowo-urynowy odcień podłogi zapaćkamy na szaro…

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

co prawda w instrukcji napisane było „mieszamy wiertarką:, a nie „rozpierdalamy po całej podłodze”, ale kto by się tam przejmował

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

i co? jest szara? jest!

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

trochę wyszło mi tą szarością za linie, ale nawet w przedszkolu nie byłam dobra w kolorowaniu

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

a teraz kuchnia… nie, nie mam siły.

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

nie, błagam, niee…

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

na biało, na biało, wszystko na biało! ale innym razem, bo juz nie mam siły.

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

kafelki w kuchni też miały zostać przemalowane, ale po kilkukrotnym zagotowaniu wody w czajniku zaczęły odpadać jeden po drugim… czary jakieś, ki diabeł…?

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

słabo mi, gdy patrzę na tę kuchnię…

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

i tak się na nią zapatrzyłam, że aż dostałam grypy z 40-stopniową gorączką.

 

Pruszków mieszkanie Zazie remont

ale nawet to nie przeszkodziło mi w kategorycznym żądaniu natychmiastowego wprowadzenia się na włości.
co zostało niezwłocznie uczynione.

 

 

 

 

 

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

5 komentarzy

  1. jest to historia trudna i piękna. i przez prawdę w niej – niezwykle wzruszająca. śledzę ten blog od lat – więc widziałam tu zdjęcia różnych osób i różnych ciebie. a jednak gdy przyszedł wielki życiowy egzamin – bohaterów można policzyć na palcach jednej ręki. ważne jednak, że wszędzie w tym jesteś ty – teraz na nowo odnaleziona, poskładana i ucząca się chodzić po nieznanych ścieżkach. jesteś dzielna, jesteś silna, jesteś wzorem do naśladowania i powodem do dumy. mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna – przetrwałaś, ocalałaś, masz dom, masz schronienie.

  2. Ciasne, ale własne, nawet w kolorze psiego gówna! Najcenniejsze, gdy zrobione własnymi rękami ♡
    Love. Ja i moi synkowie też machnęliśmy malowanie w te wakacje. Jakoś im sie chyba nie do końca podobało, bo nastepnym razem chcą ekipę zamawiać…Trzymam za Was kciuki i mam nadzieję znów Cię zobaczyć w realnym świecie Zaziczku :*

  3. rozumiem :) ja w lutym weszłam w posiadanie 56 m na grochowie. pomalowałam wszystko – drzwi, meble, grzejniki, parapety, skaj na drzwiach wejściowych, kafelki, sufit w łazience na granatowyprawieczarny :) wywaliłam tuzin pawlaczy i boazerkę. w wieku 39 lat pierwszy raz jestem u siebie, uwielbiam, cały czas coś domajsterkowuję, w dość żałosnych budżetach, ale jestem manualna, wiec jakoś to zaczyna wyglądać. no i trafiłam tu z ą ę sadyby, na którą kompletnie nie było mnie stać, biorąc pod uwagę potrzebę zmieszczenia 4 dzieci – 2 ludzkich i 2 psiokocich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.