ziuuuum.

powiało niżem. albo jakimś innym odmóżdżającym frontem atmosferycznym. w każdym razie – jeśli dwie osoby nie są w stanie wymyślić menu na obiad (do tego stopnia, że na hasło „ryba z warzywami” dopada je dylemat: ale konkretnie jakie warzywa? a w ogóle to jaka ryba?) znaczy to niechybnie, że tego dnia nie powinny nawet...

jarzębinę w koszu niesie.

powiało jesienią. a ja – jak co roku – ucieszyłam się jak głupia na tę jesień, choć wiem że pewnie znów będę miała chandrę, rzuty autorefleksji albo inną niedomogę mentalną. ale co tam wszak z urodzenia jestem schyłek-lata/złota-polska-jesień, więc mnie atawistycznie ciągnie w te klimaty. żółte liście, ludziki z kasztanów i wietrzne popołudnia. ale...

don’t look back.

i znów napiszę o sierpniu 2005. bo tak sobie myślę, bo mam czas na to myślenie, bo dzisiaj akurat nie musiałam nic. więc myślałam o tym, co było. i co jest. czytam stare maile, oglądam zdjęcia. pamiętam to wszystko. motyle w brzuchu. ćmy pod sercem. angels & insects. latało, wirowało i kwitło. we mnie....

między anodą a katodą.

są takie rzeczy, z którymi po prostu trzeba nauczyć się żyć – pogodzić się jakoś z ich niewygodnym istnieniem i przechodzić mimo. z dumnie podniesioną głową. otóż. nie pierwszy raz okazało się, że jestem idiotką. i pewnie nie ostatni. cóż tym razem? w zasadzie nic takiego, po prostu elektryczność przemówiła do mnie ze ściany....

z siatką na motyle. na głowie.

jestem zmęczona, głodna i zła. zjadłam nieświeżą sałatkę, bo nie chciałam zrobić przykrości firmowemu Panu Kanapce. chcę spać. chcę pić. chcę do mamy. albo na spacer. z lizakiem i balonikiem na sznurku. niech mnie ktoś zaprowadzi do parku, a potem zrobi leguminę na deser. czy widział ktoś ostatnio Mary Poppins?        ...

Scroll to top