Wydawnictwo Instytutu Antropozofii w Budapeszcie prezentuje: AUTENTYK


któż z nas nie trafił kiedyś na ojcowski Autentyk, 
zazdrośnie skrywany przed światem w najgłębszej czeluści szafy, 
w mrocznej otchłani pachnącej tytoniem szuflady czy szacownych połach urzędniczej aktówki?

czyż nie przeglądaliśmy tych woluminów drżącymi z podniecenia dłońmi, z wypiekami na twarzy, 

chłonąc całym ciałem zakazane obrazy?

czyż w tych lichych rudymentach podłej prasy codziennej 

nie odsłania się fragmentaryczna pełnia egzystencjalnego uniesienia naszych ojców?

oto świadectwo odwiecznej komunii ducha i materii, 

symbiozy patriarchalnego niewzruszenia z zawstydzoną sztubacką chucią.
z tego powstaliśmy. i przed tym nie uciekniemy.

———————————

Bruno Schulz:


Nazywam ją po prostu Księgą, bez żadnych określeń i epitetów, i jest w tej abstynencji i ograniczeniu bezradne westchnienie, 
cicha kapitulacja przed nieobjętnością transcendentu, gdyż żadne słowo, żadna aluzja nie potrafi zalśnić, zapachnieć, 
spłynąć tym dreszczem przestrachu, przeczuciem tej rzeczy bez nazwy, której sam pierwszy posmak na końcu języka 
przekracza pojemność naszego zachwytu. Cóż pomógłby patos przymiotników i napuszystość epitetów wobec tej rzeczy bez miary, 
wobec tej świetności bez rachuby. Czytelnik zresztą, czytelnik prawdziwy, na jakiego liczy ta powieść, zrozumie i tak, 
gdy mu spojrzę głęboko w oczy i na dnie samym zalśnię tym blaskiem. 
W tym krótkim a mocnym spojrzeniu, w przelotnym ściśnięciu ręki pochwyci on, przejmie, odpozna – 
i przymknie oczy z zachwytu nad tą recepcją głęboką. 

Bo czyż pod stołem, który nas dzieli, nie trzymamy się wszyscy tajnie za ręce?
Księga… Gdzieś w zaraniu dzieciństwa, o pierwszym świcie życia jaśniał horyzont od jej łagodnego światła. 
Leżała pełna chwały na biurku ojca, a ojciec, pogrążony w niej cicho, pocierał poślinionym palcem cierpliwie grzbiet tych odbijanek, 
aż ślepy papier zaczynał mglić się, mętnieć, majaczyć błogim przeczuciem i z nagła złuszczał się kłakami bibuły 
i odsłaniał rąbek pawiooki i urzęsiony, a wzrok schodził, mdlejąc, w dziewiczy świt bożych kolorów, w cudowną mokrość najczystszych lazurów.I gdy tak wiatr cicho kartkował te arkusze, wywiewając kolory i figury, spływał dreszcz przez kolumny jej tekstu, 

wypuszczając spomiędzy liter klucze jaskółek i skowronków. Tak ulatywała, rozsypując się, stronica za stronicą i wsiąkała łagodnie w krajobraz,

który syciła barwnością. Czasami spała i wiatr rozdmuchiwał ją cicho jak różę stulistną i otwierała listki, płatek za płatkiem, 
powieka pod powieką, wszystkie ślepe, aksamitne i uśpione, kryjąc w sednie swym na dnie lazurową źrenicę, 
pawi rdzeń, krzyczące gniazdo kolibrów.

[poniższy materiał zawiera treści nieodpowiednie dla dzieci, starców i strażniczek moralności 
oglądasz na własną odpowiedzialność. jeśli czaisz kontekst literacki – raduj się i syć. 
jeśli nie czaisz – też się ciesz, widząc gołą babę. każdemu według potrzeb ;) ]


w roli głównej występuje własnoręcznie sporządzony volumin pod tytułem „Mirabilia” (Cudowności).
jego jedynym autorem i niedoścignionym egzegetą był Dziadek Karoliny:

To było bardzo dawno. Matki jeszcze wówczas nie było. 
Spędzałem dni sam na sam z ojcem w naszym wielkim wówczas, jak świat, pokoju. (…)
Ojciec, widząc mnie spokojniejszym, zbliżył się raz ostrożnie i rzekł tonem łagodnej propozycji: 
– W gruncie rzeczy istnieją tylko książki. Księga jest mitem, w który wierzymy w młodości, 
ale z biegiem lat przestaje się ją traktować poważnie. 

– Miałem już wówczas inne przekonanie, wiedziałem, że Księga jest postulatem, że jest zadaniem. 

Czułem na barkach ciężar wielkiego posłannictwa. Nie odpowiedziałem nic, pełen pogardy i zaciekłej, ponurej dumy. 

W tym czasie bowiem byłem już w posiadaniu tego strzępu książki, tych żałosnych resztek, które dziwny traf losu przemycił w me ręce. 

Kryłem skarb swój troskliwie przed wszystkimi oczyma, bolejąc nad głębokim upadkiem tej księgi, 
dla której okaleczałych resztek nie zdołałbym zjednać niczyjego zrozumienia.

 


Spojrzałem na rycinę. Na dużej karcie in folio był tam wizerunek kobiety o kształtach raczej silnych i przysadkowatych, 
o twarzy pełnej energii i doświadczenia. Z głowy tej damy spływał ogromny kożuch włosów, 
staczał się ciężko z pleców i wlókł się końcami grubych splotów po ziemi. 
Był to jakiś nieprawdopodny wybryk natury, płaszcz fałdzisty i obfity, wyprzędzony z korzonków włosów, 
i trudno było wyobrazić sobie, żeby ten ciężar nie sprawiał dotkliwego bólu i nie obezwładniał obarczonej nim głowy. 
Ale właścicielka tej wspaniałości zdawała się z dumą ją nosić, a tekst wydrukowany obok tłustymi czcionkami głoszą historię tego cudu 
i zaczynał się od słów: „Ja, Anna Csillag, urodzona w Karłowicach na Morawach, miałam słaby porost włosów”…

Była to długa historia, podobna w konstrukcji do historii Hioba. 
Anna Csillag z dopustu bożego dotknięta była słabym porostem. Całe miasteczko litowało się nad tym upośledzeniem, 
które wybaczano jej ze względu na nienaganny żywot, chociaż nie mogło ono być całkiem niezawinione. 
I oto stało się na skutek gorących modłów, że zdjęta była z jej głowy klątwa. Anna Csillag dostąpiła łaski oświecenia, 
otrzymała znaki i wskazówki i sporządziła specyfik, lek cudowny, który jej głowie przywrócił urodzajność. 
Zaczęła porastać we włosy i nie dość na tym, jej mąż, bracia, kuzynowie także z dnia na dzień opilśniali się tęgim, czarnym futrem zarostu. 
Na drugiej stronie pokazana była Anna Csillag w sześć tygodni po objawieniu jej recepty, w otoczeniu swych braci, szwagrów i bratanków,
mężów brodatych po pas i wąsatych, i z podziwem patrzyło się na ten prawdziwy wybuch nie sfałszowanej, niedźwiedziej męskości. 
Anna Csillag uszczęśliwiła całe miasteczko, na które spłynęło prawdziwe błogosławieństwo w postaci falujących czupryn i grzyw ogromnych 
i którego mieszkańcy zamiatali ziemię brodami jak miotły szerokimi. Anna Csillag stała się apostołką włochatości. 
Usczęśliwiwszy rodzinne miasto, zapragnęła uczczęśliwić świat cały i prosiła, zachęcała, błagała, 
aby przyjąć dla zbawienia swego ten dar boży, ten lek cudowny, którego sama jedna znała tajemnicę.

Pobiegłem do mego pokoju. Wzburzony do głębi, z płonącą twarzą zacząłem wertować latającymi rękami kartki szpargału. 
Niestety, było ich zaledwie kilkanaście. Ani jedna stronica właściwego tekstu, same tylko ogłoszenia i anonse. 
Zaraz po proroctwach długowłosej Sybilli następowała kartka poświęcona cudownemu lekowi na wszystkie choroby i ułomności. 
Elsa-fluid z łabędziem – nazywał się ten balsam i działał cuda. Stronica pełna świadectw uwierzytelnionych, wzruszających relacyj osób, 
na których cud się dokonał.

Z Siedmiogrodu, z Slawonii, z Bukowiny przychodzili ozdrowieńcy pełni zapału, by przyświadczyć, 

gorącym i wzruszonym słowem opowiedzieć swe dzieje. 
Szli obandażowani i zgarbieni, potrząsając już niepotrzebnym szczudłem, odrzucali plastry z oczu i opaski ze skrofuł.

Poprzez te wędrówki kalek widziało się dalekie i smutne miasteczka o białym, jak papier, niebie, stwardniałe od prozy i codzienności. 
Były to zapomniane w głębi czasu miasta, gdzie ludzie przywiązani byli do swych małych losów, od których nie odrywali się ani na chwilę. 
Szewc był do cna szewcem, pachniał skórą, miał twarz małą i zbiedzoną, krótkowzroczne, blade oczy nad bezbarwnym, 
węszącym wąsem i czuł się na wskroś szewcem. I jeżeli nie bolały ich wrzody, nie łamały kości, puchlina nie kładła na barłóg, 
byli szczęśliwi bezbarwnym, szarym szczęściem, palili tani tytoń, żółty tytoń cesarsko-królewski, lub marzyli tępo przed kolekturą loterii.

Następne stronice wznosiły się ponad sferę spraw codziennych w regiony czystej poezji.

Były tam harmonie, cytry i harfy, ongi instrumentu chórów anielskich, dziś dzięki postępom przemysłu 

udostępnione po popularnych cenach prostemu człowiekowi, bogobojnemu ludowi dla pokrzepienia serc i godziwej rozrywki.

Były tam katarynki, prawdziwe cuda techniki, pełne ukrytych wewnątrz fletów, gardziołek i piszczałek, organków trelujących słodko, 

jak gniazda szlochających słowików, nieceniony skarb dla inwalidów, źródło lukratywnych dochodów dla kalek 
i niezbędne w ogóle w każdym muzykalnym domu. I widziało się te katarynki pięknie malowane, wędrujące na plecach 
niepokaźnych szarych staruszków, których twarze, wyjedzone przez życie, były jakby zasnute pajęczyną i całkiem niewyraźne,
twarze o łzawiących, nieruchomych oczach, które z wolna wyciekały, twarze wyjałowione z życia, tak odbarwione i niewinne, 
jak kora drzew spękana od pogód wszelkich, i pachnące już tylko deszczem i niebem, jak ona.

Obracamy znów kartkę… Cóż to? Czy pada deszcz wiosenny? Nie, to ćwierkanie ptaszków sypie się jak szary śrut na parasole, 
bo oto oferuje się tu prawdziwe kanarki harceńskie, klatki pełne szczygłów i szpaków, koszyki pełne śpiewaków i gadułów skrzydlatych.
Wrzecionowate i lekkie, jakby wypchane watą, podskakujące w drgawkach, zwrotne, jak na gładkich, kwilących sworzniach, 
rozświergotane jak kukułki zegarów – były one osłodą samotności, zastępowały kawalerom ciepło ogniska rodzinnego, 
wywabiały z najtwardszych serc błogość uczucia macierzyńskiego, tyle miały pisklęcego i wzruszającego, 
i jeszcze gdy obracało się nad nimi stronicę, posyłały za odchodzącym złączone swe, wabiące ćwierkanie.

Ale w dalszym ciągu staczał się ten skrypt żałosny w coraz głębszy upadek.
Teraz zszedł na bezdroża wątpliwej jakiejś szarlatańskiej mantyki.
W długim płaszczu, z uśmiechem na wpół pochłoniętym przez czarną brodę, któż to przezentował się do usług publiczności?
Pan Bosco z Mediolanu, swego znaku mistrz czarnej magii, i mówił długo i niewyraźnie, demonstrując coś na końcach palców,
co nie czyniło rzeczy zrozumialszą.
I choć w przekonaniu własnym dochodził do zadziwiających konkluzyj, które ważyć się zdawał przez chwilę między czułymi palcami,
zanim ich lotny sens nie uszedł z palców w powietrze, i choć pointował on subtelnie przeguby dialektyki ostrzegawczym podniesieniem brwi,
przygotowującym na rzeczy niezwykłe, nie rozumiało się go, a co gorsza, nie pragnęło nic rozumieć i pozostawiało się go z jego gestykulacją,
z przyciszonym tonem i całą skalą ciemnych uśmiechów, ażeby przekartkować szybko ostatnie, rozpadające się w strzępy stronice.

Na tych ostatnich stronicach, które w sposób widoczny popadały w majaczliwe bredzenie, w jawny bezsens, 
jakiś gentlemen ofiarowywał swoją niezawodną metodę, jak stać się energicznym i stanowczym w decyzjach, 
i mówił wiele o zasadach i charakterze. Ale wystarczyło tylko obrócić stronicę, 
ażeby być zupełnie zdezorientowanym w rzeczach stanowczości i zasad.

Tam drobnym kroczkiem wychodziła spętana trenem sukni niejaka pani Magda Wang i oświadczała z wysokości ściągniętego dekoltu, 
że kpi sobie z męskiej stanowczości i zasad, i że jej specjalnością jest łamać najsilniejsze charaktery. 
(Tu ruchem nóżki układała tren na ziemi.) W tym celu istnieją metody, ciągnęła przez zaciśnięte zęby, niezawodne metody, 
nad którymi nie chce się rozwodzić, odsyłając do swych pamiętników, zatytułowanych „Z purpurowych dni” 
(Wydaw. Instytutu Antropozofii w Budapeszcie), w których złożyła rezultaty swych doświadczeń kolonialnych w dziedzinie tresury ludzi 
(ten wyraz z naciskiem i ironicznym błyskiem oczu). I rzecz dziwna, ta opieszale i bezceremonialnie mówiąca dama 
zdawała się być pewna aprobaty tych, o których z takim cynizmem mówia, i wśród osobliwego zawrotu i migotania 
czuło się, że kierunki oznaczeń moralnych przesunęły się dziwnie i że jesteśmy tu w innym klimacie, w którym kompas uczuć działa na opak.

To było ostatnie słowo Księgi, które zostawiało smak dziwnego oszołomienia, mieszaninę głodu i podniecenia w duszy. 
Nachylony nad tą Księgą, z twarzą płonącą jak tęcza, gorzałem cicho od ekstazy do ekstazy. 
Zatopiony w czytaniu zapomniałem o obiedzie. Nie omyliło mnie przeczucie.

Był to Autentyk, święty oryginał, choć w tak głębokim poniżeniu i degradacji. 
I kiedy późnym zmierzchem, błogo uśmiechnięty, układałem szpargał w najgłębszej szufladzie, nakrywając go dla niepoznaki innymi książkami –
zdawało mi się, że to zorzę układam do snu w komodzie, zorzę, która wciąż na nowo od samej siebie się zapalała 
i szła przez wszystkie płomienie i purpury, i wracała raz jeszcze, i nie chciała się skończyć. 
Jakże zobojętniały mi wszystkie książki!

Bo zwykłe książki są jak meteory. Każda z nich ma jedną chwilę, moment taki, kiedy z krzykiem wzlatuje jak feniks, 
płonąc wszystkimi stronicami. Dla tej jednej chwili, dla tego jednego momentu kochamy je potem, choć już wówczas są tylko popiołem. 
I z gorzką rezygnacją wędrujemy niekiedy późno przez te wystygłe stronice, przesuwając z drewnianym klekotem, 
jak różaniec, martwe ich formułki.

Egzegeci Księgi twierdzą, że wszystkie książki dążą do Autentyku. 
Żyją one tylko wypożyczonym życiem, które w momencie wzlotu wraca do swego starego źródła. 
Znaczy to, że książek ubywa, a Autentyk rośnie. Jednakowoż nie chcemy nużyć czytelnika wykładem Doktryny. 
Chcielibyśmy tylko zwrócić na jedną rzecz uwagę: Autentyk żyje i rośnie. Co z tego wynika? 
Oto, gdy następnym razem otworzymy nasz szpargał, kto wie, gdzie będzie już wówczas Anna Csillag i jej wierni. 
Może ujrzymy ją, pątniczkę długowłosą, zamiatającą swym płaszczem gościńce Moraw, wędrującą przez kraj daleki, 
przez białe miasteczka pogrążone w codzienności i prozie i rozdającą próbki balsamu Elsa-fluid między prostaczków bożych, 
trapionych wyciekiem i świerzbem.

Ach, co zrobią wówczas poczciwi brodacze miasteczka, unieruchomieni przez olbrzymie zarosty, 
co zrobi wierna ta gmina, skazana na pielęgnowanie i administrację nadmiernych swych urodzajów? 
Kto wie, czy nie kupią sobie wszyscy prawdziwych katarynek z Szwarcwaldu i nie podążą w świat za swą apostołką, 
ażeby szukać jej po kraju, grając na wszystkich miejscach „Daisy, Daisy”…

O, Odysejo brodaczy, błądzących z katarynkami od miasta do miasta w poszukiwaniu swej matki duchowej! 
Kiedyż znajdzie się rapsod godny tej epopei? Bo komuż zostawili gród oddany ich pieczy, komu powierzyli rząd dusz w mieście Anny Csillag? 
Czy nie mogli przewidzieć, że pozbawione swej duchowej elity, swych patriarchów wspaniałych – 
miasto popadnie w zwątpienie i odszczepieństwo i otworzy swe bramy – komu? – ach, cynicznej i przewrotnej Magdzie Wang 
(Wydawnictwo Instytutu Antropozoficznego w Budapeszcie), która założy w nim szkołę tresury i łamania charakterów?

Wracamy do Autentyku. Ależ nie opuszczaliśmy go nigdy. 
I tu wskazujemy na dziwną cechę szpargału, już teraz jasną czytelnikowi, że rozwija się on podczas czytania, 
że ma granice ze wszech stron otwarte dla wszystkich fluktuacyj i przepływów.

Teraz na przykład już nikt nie oferuje tam szczygłów harceńskich, bo z katarynek tych brunetów, 
z przełamań i zagięć melodii wyfruwają w nieregularnych odstępach te pierzaste miotełki i rynek zasypany jest nimi, 
jak kolorowymi czcionkami. Ach, co za rozmnożenie migotliwe i pełne szczebiotu… 
Dokoła wszystkich cypli, drążków i chorągiewek tworzą się prawdziwe kolorowe zatory, trzepoty i walki o miejsce. 
I wystarczy wystawić przez okno pałąk laski, ażeby oblepiony trzepocącym i ciężkim gronem wciągnąć go z powrotem do izby.
Zbliżamy się teraz w naszym opowiadaniu szybkimi krokami do tej wspaniałej i katastroficznej epoki, 
która w biografii naszej nosi nazwę epoki genialnej.

Daremnie przeczylibyśmy, że czujemy już teraz to ściśnięcie serca, 

ten błogi niepokój, świętą tremę, jaka poprzedza rzeczy ostateczne. 
Wkrótce zabraknie nam w tyglach kolorów, a w duszy blasku, 
aby położyć najwyższe akcenty, nakreślić najświetlistsze i już transcendentalne kontury w tym malowidle.

Cóż to jest epoka genialna i kiedy to było?


Więc czy epoka genialna zdarzyła się, czy nie zdarzyła? Trudno odpowiedzieć. I tak i nie. 
Bo są rzeczy, które się całkiem, do końca, nie mogą zdarzyć. 
Są za wielkie, ażeby się zmieścić w zdarzeniu, i za wspaniałe. 
Próbują one tylko się zdarzyć, próbują gruntu rzeczywistości, czy je uniesie. 
I wnet się cofają, bojąc się utracić swą integralność w ułomności realizacji. 
A jeśli nadłamały swój kapitał, pogubiły to i owo w tych próbach inkarnacji, 
to wnet, zazdrosne, odbierają swą własność, odwołują ją z powrotem, 
reinterują się i potem w biografii naszej zostają te białe plamy, wonne stygmaty,
te pogubione srebrne ślady bosych nóg anielskich, rozsiane ogromnymi krokami po naszych dniach i nocach,
podczas gdy ta pełnia chwały przybiera i uzupełnia się niustannie i kulminuje nad nami, 
przekraczając w triumfie zachwyt po zachwycie.

A jednak w pewnym siensie mieści się ona cała i integralna w każdej ze swych ułomnych i fragmentarycznych inkarnacyj. 

Zachodzi tu zjawisko reprezentacji i zastępczego bytu. 

Jakieś zdarzenie, może być co do swej proweniencji i swoich własnych środków małe i ubogie, 
a jednak, zbliżone do oka, może otwierać w swoim wnętrzu nieskończoną i promienną perspektywę dzięki temu,
że wyższy byt usiłuje w nim się wyrazić i gwałtownie w nim błyszczy.


Tak tedy będziemy zbierali te aluzje, te ziemskie przybliżenia, te stacje i etapy po drogach naszego życia, 
jak ułamki potłuczonego zwierciadła. 
Będziemy zbierali po kawałku to, co jest jedno i niepodzielne, naszą wielką epokę, genialną epokę naszego życia.
[Bruno Schulz, Księga]



ktoś doczytał do końca? ;)


the sublime is now.


27-07-2011
—————————————————————————–
archiwalne komentarze z zazie-dans-le-metro.blog.pl:


     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

1 Comment

  1. […] czemuż? temuż, iż lokatorzy niechętni są otwieraniu okienek (a raczej lufcików o wymiarach 20cm x 15 cm) z obawy przed kradzieżami i wysokim ryzykiem wyniesienia przez takowe okienko cennej wersalki z 1976 roku, tuzina słoików z pajęczyną oraz przeterminowanych konfitur lub zapleśniałej skrzyni z roczną prenumeratą gołych bab z Twojego Weekendu z wczesnych lat 90. albo kociaków emerytowanych – takich jak TUTAJ […]

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top