lato w tym roku było fajne, ale nie da się ukryć, że trochę nam brakowało takich prawdziwych „wakacji” –
ot tak, żeby wyjechać choć na parę dni, zmienić krajobraz przed oczami i naładować bateryjki.
możemy jednak poudawać, że było zupełnie inaczej i poniższe zdjęcia z kwietniowego weekendu w Barcelonie – klik! – (na Blytheconie – klik!)
potraktować jako prawdziwe pocztówki z wakacji…

w roli głównej – mała Orka, która jak zwykle wszystko obcyka, obfotografuje, wszędzie zajrzy, wetknie paluszki i przytrzaśnie bucik drzwiami…

Orka – w przeciwieństwie do rudej Zojki, która wspaniale odnalazła się w roli europejskiej lwicy salonowej i mistrzyni small-talków & chit-chatów
– nasz mały przaśny Kasztan szybciutko ulotnił się z Blythecon’owych show-roomów, show-off’ów i innych targowisk próżności…

bardziej niż szatki, szmatki, sukieneczki i stroiki Orkę interesują te oto rybki i gupiki – puka w szybkę i przysysa się na powitanie „glonojadem”

przez chwilę czeka aż z jaj wyklują się krokodyle. albo smoki. Orka nie wie, ale w sumie to nie ma czasu, więc biegnie dalej!

hooop! czy to brama wesołego miasteczka? NIE?!! to biegniemy dalej!!!

– iść, biec, podskakiwać… ale dokąd?!

mała Orka szura niepewnie bucikami po barcelońskim bruku…

– wiem! wiem! czas poznać barcelońskich autochtonów!

– idę się zapoznać! wpadnę do kogoś na herbatkę, kakao, ciasteczka i cukiereczki!

– puk! puk! – czyli tak naprawdę: łup! łup! bam! bam! łubudubu! – Orka niecierpliwie dobija się do drzwi jak jakiś dzikus.
ale gdy tylko rozlega się zza nich odgłos ciężkich kroków, Orka wpada w panikę, wrzeszczy: „Mooonsteer!!!” i zaczyna biec ile sił w małych nóżkach…

– Wmieszam się w tłum, żeby mnie nie dorwał! Chłoooopaaaakiii, zaczekaaaajcieee!!!!

– Eeeheee… eeeheeee… eeeheee… Jestem bezpieczna! Mam za sobą lwa!

– Całaaa naaaprzóóóóód!!! Ahoj, przygodo!!! – i zaraz Orka biegnie dalej, przed siebie, na oślep.

pierwszy przystanek przy muralowo-wycinankowym kotku ulicznym – pierwsza baza zaliczona!

street art jest bardzo w stylu Orki. dużo wszystkiego, chaos i bieganie w kółko.

kiedy Orkę dopadło chwilowe zmęczenie, błyskawicznie zainstalowała się w cudzym koszyczku…

… z którego po kryjomu wyjadła co smaczniejsze kąski i darowawszy sobie zbędne konwenanse – ruszyła w dalszą drogę!

ten Mały Kasztan jest niezniszczalny! pokonuje swoimi plastikowymi nóżkami całe kilometry i wciąż nie ma dosyć!

pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk!

według Orki jest to Mroczny Zamek Hrabiego Drakuli – a raczej jego letnia rezydencja…

szybko wyprowadzam ją z błędu. Orka jest rozczarowana. bardzo rozczarowana.

– Psecież tutaj aż cuć ten wampiryzm!

tłumaczę jej, że nie o wampiryzm chodziło artyście. i że to wszystko jest trochę bardziej skomplikowane.

Orka słucha. jednym uchem. gdyż aktualnie całym swoim jestestwem pochłania suchą bułkę.
zajęta jest, sami rozumiecie.

– A cy tutaj będzie jakiś wampiryzm? Bo go niniejszym wyczuwam!

mówię jej, że to kościół. że mieszka Bozia. oraz bóg. oraz wszystkie inne postacie tej wiekopomnej narracji.

no, trochę się uspokoiła – zachowując respekt należny Bozi.

scenicznym szeptem zapytała mnie jednak, czy mopsiki też mają swoją Bozię i czy ona jest gruba…

uciszałam ją na migi, ale niezrażony Kasztan perorował dalej, zaś głośne echo szeptanych herezji i apokryfów niosło się donośnym echem
pośród wiekowych murów dostojnego kościoła…

zdecydowanie bezpieczniej było iść z Kasztanem do Ogrodu Gaudiego

gdzie się Kasztan mógł wyszaleć i pruć ryja do woli

oraz straszyć turystów, wyskakując z krzaków i drąc się: „kaaaa-boooom!!!”

poza tym – standard: wdrapywanie się na kolumny, odłupywanie fragmentów mozaiki, potrząsanie konstrukcją podtrzymującą strop i takie tam zabawy…

– Ciho! Cekaj! Mam pomysł!

– Ej, pacz! Paaaaacz! jak mocniej kopnę, to będzie Krzywa Wieża w Piźźźź…
– W Pizie! – gorączkowo dokończyła Syd, ciągnąc Kasztana za łapę.

Kasztan został posadzony na gadzie namiętnie fotografowanym przez turystów i dostał polecenie grzecznego usmiechania się.
jak widzimy – wychodzi jej to średnio. dopiero się uczy, biedaczka.

o, proszę. jakieś łezki się w oczach kręcą i nosek niepokojąco siąka… czyżby… ryk?

ufff, przeszło jej. ufff, ale było blisko!

na szczęście Orka zadowoliła się wizytą w Skale Fraglesów

gdyż Orka – podobnie jak ja, Zazie – kocha Fraglesy! ♥

do tego stopnia, iż postanowiła na nie tutaj poczekać!

więc znowu: tłumaczę, przekonuję, proszę… o chwilową zmianę obiektu Kasztankowej fascynacji…

w ramach zadośćuczynienia urządzam jej Mistrzostwa Świata w Pluciu Plasteliną z Tutki do Turystów z Innych Stron Świata

Kasztan szybko jednak zapragnął czegos bardziej widowiskowego… a mnie powoli kończyły się pomysły.

z pomocą przyszła mi niespodziewanie tancerka flamenco, którą Orka wyzwała na pojedynek

tak się Kasztan roztańczył, że biedaczka musiała się przenieść ze swoimi tańcami ludowymi w inne miejsce

wiadomo, Kasztan rządzi. pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk! pstryk!
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Dodaj komentarz