Nie po to wróciłam na bloga, żeby – przed publicznością zgromadzoną w studiu i widzami przed teleodbiornikami – łkać teatralnie nad własną niedolą wagi ciężkiej. Mam juz dość. Łkałam na ten temat przez ostatni rok w zaciszu własnej kanapy, tyjąc przy tym do rozmiarów masa-mutant, więc tę kwestię mam już gruntownie i rzewnie opłakaną, osmarkaną i ojojaną z każdej możliwej strony. Tymczasem blog – przez minione 16 lat (sic!) – był dla mnie czymś więcej niż tylko sposobem na okiełznanie mego narowistego konika ekshibicjonizmu. To tutaj rozprawiałam się z większością tych problemów, o których można (a nawet trzeba!) pisać w internetach. Od depresji począwszy, przez zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, na hopsztosach z odżywianiem skończywszy. Wychodzę z założenia, że nie ma się czego wstydzić, bo nic co ludzkie…. i tak dalej. Prawda jest taka, że kościotrupy w szafie klekoczą głównie nocą, dyskretnie i pod osłoną ciemności. Wyciągnięte na światło dzienne i rozłożone na czynniki pierwsze – niczym bebechy podczas lekcji anatomii doktora Tulpa – niemal w całości tracą swą demoniczną naturę, stając się li tylko interesującym przedmiotem obserwacji, badań i eksperymentów. Tak też będzie i tym razem. Trochę śmiesznie, trochę strasznie.
W końcu bowiem dotarło do mnie, że moje dodatkowe 20-30, a na finał 45 kg – to nie jest kwestia pt. „jestem jak Nigella Lawson i kocham jeść”, tylko coś znacznie bardziej poważnego. Coś, czego nie rozwiąże dieta Dukana, post Dąbrowskiej, catering pudełkowy czy operacja zmniejszenia żołądka. Jasne, że „mogę schudnąć”, bo chudłam nie raz i jestem całkiem niezła w te klocki [o moich przygodach z odchudzaniem możecie przeczytać TUTAJ].
To nie jest kwestia „unikaj słodyczy, jedz warzywa, pij wodę i uprawiaj sport”. To nie jest kwestia „zaakceptuj swoje ciało i nie ulegaj dyktaturze rozmiaru XS”. Problem tkwi nie w tym, ile ważę i co jem, ale w mojej toksycznej relacji z jedzeniem. Relacji opierającej się na uzależnieniu. Nareszcie nazwałam rzeczy po imieniu i w ramach prezentu mikołajkowego dla siebie samej – poszłam na mityng Anonimowych Jedzenioholików:
„Już nie jesteś sam. My również doświadczyliśmy beznadziei, kiedy próbowaliśmy kontrolować nasz problem z jedzeniem. Wypróbowaliśmy każdą dietę i wiele metod kontrolowania wymiarów ciała – bezskutecznie. Obsesja dotycząca jedzenia, wagi, rozmiaru ubrań nie pozwalała nam się cieszyć życiem. Nie mogliśmy przestać jeść zbyt wiele, nawet gdy naprawde tego chcieliśmy. Niektórzy z nas na pewien czas całkowicie rezygnowali z jedzenia, obawiając się, że gdy zaczną jeść, nie zapanują nad apetytem. Czuliśmy wstyd i upokorzenie z powodu naszych zachowań związanych z jedzeniem.
W kwestii jedzenia nie jesteśmy podobni do normalnych ludzi. My, jedzenioholicy, mamy to do siebie, że nasze ciała i umysły zdają się wysyłać nam zupełnie inne sygnały związane z jedzeniem niż te, które otrzymują ludzie jedzący normalnie. Gdy zaczynamy jeść, nie możemy przestać. Nawet jeśli od czasu do czasu udaje nam się powstrzymać od jedzenia, nie potrafimy nie zacząć objadać się od nowa. (…)
W Anonimowych Jedzenioholikach dowiedzieliśmy się, że dotknęła nas choroba, niezdrowy stan ciała i umysłu (…). Odkryliśmy, że możemy zdrowieć z naszej choroby, praktykując Dwanaście Kroków Anonimowych jedzenioholików i pomagając innym, którzy mają ten sam problem.”
[z ulotki: “O wspólnocie Anonimowych Jedzenioholików. Do nowo przybyłego.”]
Poszłam na mityng. W historiach cierpień i zmagań innych ludzi przejrzałam się jak w lustrze. Poczułam, że tego właśnie potrzebuję.
Szłam przez nocne miasto pełna nadziei, entuzjazmu i gotowości na zmiany. I wtedy właśnie dostałam kolejnego napadu kompulsywnego obżarstwa.
Nie zadawajcie mi pytań w stylu: „Nie mogłaś się powstrzymać?”, bo odpowiedź jest jedna:
gdybym mogła nad tym zapanować, to tego zdjęcia nie byłoby tutaj. Proste.
Nie, nie zwalniam się z odpowiedzialności. Po prostu przyznaję, że doszłam do ściany i na tym etapie mojego uzależnienia – czuję się bezradna.
Tak, jestem uzależniona. Nie wyglądam?
Jasne, przecież nie zobaczysz mnie pijanej, skacowanej czy zataczającej się po ulicy. Nie zauważysz moich podkrążonych oczu, zwężonych źrenic, drżących rąk czy przekrwionego nosa. Gdy jestem pod wpływem, nie bełkoczę, nie awanturuję się, nie narobię sobie wstydu ani nie jestem dla nikogo zagrożeniem. Owszem, nie kontroluję się, ale przez mój nałóg nie stracę pracy i przyjaciół, nie narobię sobie długów, nie wpadnę w złe towarzystwo, nie rozpadnie się mój związek. Mój nałóg nie zniszczy niczego, oprócz mnie samej i mojego zdrowia.
Czy wiesz, że moje uzależnienie jest w pełni akceptowane społecznie? Dzięki niemu kwitnie polski handel i światowa gospodarka, prezesi agencji reklamowych dostają niebotycznie wysokie premie za każdą kolejną kampanię, a przemysł farmaceutyczny oraz lekarze i psychiatrzy mają pełne ręce roboty. Kolorowe reklamy na ulicach, w prasie, telewizji i internecie przekonują mnie, że w moim uzależnieniu nie ma nic złego – wręcz przeciwnie! Jest źródłem radości, relaksu, dobrej zabawy i cieszenia się życiem. Podaruj sobie chwilę przyjemności. Jesteś tego warta. Poczuj radość. Zapomnij o całym świecie.

Oprócz tego, że jestem gruba – naprawdę nie wyglądam.
Zwłaszcza gdy się śmieję, wygłupiam i żartuję ze swojej wagi.
Bo niby co mam robić?
Chcę wyzdrowieć.
I nie zamierzam po raz kolejny pierdolić się jak przysłowiowa babcia z łobuzem,
licząc na cud samoschudnięcia w niewyjaśnionych okolicznościach niczym celebrytki stosujące „diety zmieniające rysy twarzy”.
W prawdziwym świecie to się nie dzieje. Także ten… Idziesz na odwyk, lala!
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu






Dodaj komentarz