przerwa w dostawie

Gdy się za bardzo się otworzę, zbyt szeroko rozkraczę i obficie wysypię, w mowie lub piśmie, na siłę przekraczając swoją strefę emocjonalnego komfortu, zacznę się komunikować głośno i wprost, może nawet gestykulując i wdając się w dyskusje, to potem tak się to właśnie kończy: trzask! błysk! zgrzyt! … i nagle cisza, ciemność, zasilanie zostaje odłączone, a ja potykam się o kabel, boleśnie nadeptując na rozgrzaną wtyczkę i padam, dosłownie padam jak długa, gruba i nieżywa. Tym razem zasnęłam na 48h, majacząc i pocąc się obficie. 

Ten stan jest mi dobrze znany i nazywam go czule “ćpiączką”, ale tym razem odcięło mnie na tyle spektakularnie, że przysięgam – tak jak skutecznie wyleczyłam się wiele lat temu z hipochondrii dzięki paroksetynie – tak teraz miałam wrażenie, że w tej dookolnej paranoi epidemiologicznej trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno i oto mam, mam! najprawdziwszego i jeszcze ciepłego koronawirusa z Wuhan. 

Ale jak sobie pomyślałam, że trzeba będzie iść z tym do lekarza, zgłaszać do Sanepidu i kłaść się do szpitalnej izolatki, to panie kochany, daj pan spokój, a idź pan w chuj, stwierdziłam, że: eee, niee, zwykłe osłabienie, no może co najwyżej grypa. 

Kupiłam więc pół kilo kurkumy, miód, imbir i cytrynę, Marcin wymiętosił mi to wszystko w termosie i zostawił do picia, sam zaś udał się do kolegi na piwo. No to ja raz-dwa wyskoczyłam spod kołdry w poszukiwaniu pilota do telewizora, co to go ostatnio w grudniu zeszłego roku włączałam, a znalazłszy – odpaliłam moje guilty pleasure: wieczór zbrodni na Discovery Investigation. 

No i już, widzę, że w trawie leży jak kawałek korpusu i smutna rączka. Moja z kolei bezwiednie wędruje ku otwartym ustom, które w takich chwilach zapominają oddychać, a źrenice rozszerzają się jak spodki. Naciągam kołdrę i oglądam. I tak sobie myślę: ooo, srooogoo… oby Marcinek wrócił przed północą, bo inaczej zaliczę Łowców duchów i Nawiedzone domy, a wtedy zacznie się darcie ryja i wstrzymywanie siku przez pół nocy, bo przecież za drzwiami łazienki czai się zombie wywijający lassem ze swoich jelit i tylko czeka, żeby szepnąć mi coś na uszko.

Teraz pewnie zastanawiacie się, kto pierwszy dotarł do domu: Marcinek czy zombie?

I powiem Wam, że to jest bardzo dobre pytanie, ponieważ około godziny pierwszej moje wkurwienie zaczęło niebezpiecznie rosnąć, gdyż ostatnia kolejka WKD z Warszawy raczyła już wylądować w Pruszkowie, a Marcinek nadal nie. W końcu nie wytrzymałam i zadzwoniłam, a ten – tonem absurdalnie wesołkowatym – informuje mnie, że się zaczytał (uhm, jasne!) i ocknął zaledwie cztery stacje dalej, czyli w Podkowie Leśnej. No pardon, ale chuj jasny mnie strzelił! 

W końcu wrócił. Jak Bohdan Łazuka w “Nie lubię poniedziałku”, dwie godziny później:


Przez tyle lat zdążyłam się już odzwyczaić od facetów, ale Marcinek uczynnie odświeża mi pamięć w kwestii popisowych męskich numerów. Że tej samej nocy zgubił moją kartę do bankomatu, to już nie będę wspominać, bo nie jestem drobiazgowa, kurwa mać.

 

 

 

 

Ciekawe? Podziel się!

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

1 Comment

  1. Joan11 marca 2020

    Świetny tekst ! Dobrze, że można się jeszcze z czegoś pośmiać ;-)
    A co do Twojego stanu i przestoju. To zupełnie normalne. Analizujesz wszystko i mocno przeżywasz i potrzeba na to czasu. To ważna część procesu twórczości. Nie można tylko pisać i pisać. Bo kiedy myśleć? A pisać bez myślenia? To ja dziękuję ;-)
    Pewnie sobie zarzucałaś, że za bardzo się otworzyłaś… Wydaje mi się, że jesteś zdecydowanie nadwrażliwą osobą.
    Większość ludzi nie czuje tyle co Ty.
    Taka pewnie jest też ta Twoja Była (nie znam osobiście, tylko się domyślam z toczących się dyskusji w komentarzach).
    Oni rzeczywiście widzą inne problemy niż ci nadwrażliwi, gdyż myślą inną dominującą półkulą mózgu (lewą).
    Podczas, gdy nadwrażliwcy mają dominującą półkulę prawą. A co za tym idzie – zupełnie inaczej postrzegają świat!
    I każdy ma rację! I nie ma lepszych i gorszych, mądrzejszych i głupszych, złych i dobrych.
    Ciężko się tylko porozumieć tym dwóm różnym światom.
    Ale oba rodzaje ludzi są potrzebne. W obecnym świecie myślę, że powinno się wreszcie zacząć bardziej słuchać tych wrażliwych
    bo ci dominujący lewopółkulowcy niszczą nam świat swoją wydajnością, zyskami, chęcią bogacenia się i zimną logiką.
    Nie musimy zarabiać milionów, żeby móc kupować kolejne plastikowo-elektroniczne gadżety produkowane przez dzieci w Chinach i zaśmiecające naszą ziemię w kosmicznym tempie, nie musimy mieć dzieci, nie musimy wszystkiego robić tylko praktycznie i logicznie.
    Uczucia też są energią tak jak materia i też istnieją i są potrzebne.
    Nadwrażliwcy zajmują się czymś czego nie widać (uczucia, emocje) ale to nie znaczy, że to nie istnieje.
    Jesteś zupełnie w porządku. I oby takich ludzi było jak najwięcej :-)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


The maximum upload file size: 128 MB.
You can upload: image.

Scroll to top