Odchudzanie a psychika: moja osobista historia leczenia otyłości
Odchudzanie przez wiele lat próbowałam sprowadzać do jedzenia, diet i kontroli. Dopiero z czasem dotarło do mnie, że to, co naprawdę decyduje o przebiegu tego procesu, dzieje się dużo głębiej – w psychice, emocjach i sposobach radzenia sobie z napięciem, wstydem i lękiem. Jedzenie bardzo długo było dla mnie narzędziem regulowania emocji, a nie odpowiedzią na głód.
Z perspektywy czasu widzę też wyraźnie, że na ten mechanizm silnie nakładały się epizody nawracającej depresji oraz farmakoterapia, która przez lata wpływała na mój apetyt, energię i zdolność utrzymania jakichkolwiek efektów diet, treningów i starań o powrót do formy.
Ta strona zbiera moją osobistą historię odchudzania i leczenia otyłości: od odżywiania i zajadania emocji, przez pracę z psychiką, po realne decyzje, które podejmowałam na różnych etapach tego procesu. Są tu doświadczenia, wątpliwości, momenty poprawy i cofania się – bez uproszczeń i bez porad w stylu „jak schudnąć”.
Jak zaczęłam tyć: jedno zdanie, które uruchomiło lata odchudzania
W wieku 30 lat, ważąc 52 kg, usłyszałam od mojej ówczesnej Wielkiej Miłości, że jestem… gruba: że mam „wielką dupę i grube nogi” i że „powinnam coś z tym zrobić”. To jedno zdanie wystarczyło, żeby coś we mnie pękło. Nie dlatego, że nagle zobaczyłam w lustrze inne ciało, ale dlatego, że po raz pierwszy zaczęłam je postrzegać jako problem. To wtedy zaczęły się diety. Najpierw niewinne „ograniczanie”, potem coraz bardziej restrykcyjne zasady, głodówki i próby kontroli jedzenia. To wtedy pojawił się lęk przed tyciem, napięcie wokół samego tematu jedzenia i przekonanie, że z moim ciałem jest coś nie tak.
Z perspektywy czasu widzę wyraźnie, że realne tycie zaczęło się dopiero wtedy, gdy zaczęłam się odchudzać. Głodówki i restrykcje uruchomiły mechanizmy, których wcześniej nie było: kompulsywne myślenie o jedzeniu, zajadanie trudnych emocji (których w 10-letnim związku z Wielką Miłością było zadziwiająco dużo), utratę zaufania do własnego ciała, stopniowe rozregulowanie metabolizmu i totalne zaburzenie mojej relacji z jedzeniem. To był początek drogi, która zaprowadziła mnie znacznie dalej, niż mogłam wtedy przypuszczać. Po 3 latach diet kopenhaskich, diet Dukana, Dąbrowskich i zwykłych głodówek ważyłam już 80kg.
Czułam się przegrana, brzydka i niewarta miłości, na którą tak rozpaczliwie próbowałam zasłużyć. Problemy w moim związku pogłębiały się, a razem z nimi pogłębiała się też depresja: cicha, rozlana, bez wyraźnych granic. Coraz mniej było we mnie energii, coraz więcej napięcia i bezradności. Odchudzanie przestało być próbą dbania o siebie, a stało się kolejnym polem walki, na którym i tak byłam z góry przegrana. Jedzenie nie było już tylko odpowiedzią na stres czy smutek, ale sposobem na znieczulenie emocjonalnego bólu, którego nie umiałam ani nazwać, ani unieść inaczej.
Dlaczego przez lata myślałam, że problemem jest jedzenie
Takie myślenie było wygodne: dawało poczucie, że istnieje proste rozwiązanie. Wystarczy znaleźć lepszą dietę, bardziej restrykcyjne zasady albo skuteczniejszy plan. Jedzenie stawało się wrogiem, a jednocześnie jedynym obszarem, nad którym próbowałam sprawować kontrolę. To tam lokowałam winę, wstyd i nadzieję na zmianę. Przy nawracającej depresji ta potrzeba kontroli była szczególnie silna – dieta dawała iluzję sprawczości w momentach, gdy psychicznie wszystko inne się rozpadało.
W kwestii odchudzania przerabiałam już niemal wszystko. Od ryzykownych przygód z najbardziej absurdalnymi głodówkami z internetów, przez żenujące próby wytrwania na dietach układanych przez samozwańczych „specjalistów”, po heroiczne wysiłki w stawianiu sobie w miarę racjonalnych ograniczeń żywieniowych.
Przez ostatnie 15 lat w rozpaczy i desperacji szukałam w internecie najszybszego sposobu na schudnięcie. Znajdowałam diety, głodówki i porady, które w teorii miały przyspieszyć metabolizm i pomóc w redukcji masy ciała, a w praktyce spowalniały przemianę materii, rozwalały gospodarkę insulinową i kończyły się tym, że nie tylko tyłam jeszcze bardziej, ale doprowadziłam się do insulinooporności.
Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów była Lemon Detox Diet, czyli Master Cleanse – jedna z najgłupszych i najbardziej szkodliwych „diet”, jakie kiedykolwiek stosowałam. Później przyszła pora na tabletki rzekomo spalające tłuszcz, w tym keton malinowy, który obiecywał cuda, a zostawił po sobie jedynie kolejne rozczarowanie. Kolejne „cudowne diety” z popularnych portali internetowych doprowadziły mnie do stanu, w którym ważyłam około osiemdziesięciu pięciu kilogramów, przekonana, że to wciąż jeszcze „nie tak źle”, choć byłam już kompletnie zmęczona walką z jedzeniem i samą sobą.
Zajadanie emocji i regulowanie napięcia
Problem polegał na tym, że była to jedyna znana mi forma regulowania emocji. Nie miałam innych narzędzi – nie umiałam rozpoznawać napięcia, zatrzymywać go ani bezpiecznie rozładowywać. Jedzenie było najszybszym i najbardziej dostępnym sposobem, żeby coś z tym zrobić. Nie rozwiązywało problemu, ale pozwalało przetrwać moment.
Depresja zawsze bardzo szybko przenosiła się u mnie na ciało. Nie tylko w sensie nastroju, ale fizycznie: spowolnienie, zmęczenie, trudność w wykonywaniu najprostszych czynności. W takich momentach odchudzanie przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie – nie dlatego, że traciłam motywację, ale dlatego, że walczyłam o przetrwanie na podstawowym poziomie. Ciało nie było „projektem do poprawy”, tylko ciężarem, który trzeba było codziennie unieść.
W końcu, kiedy totalnie straciłam nadzieję, trafiłam na program żywieniowy Metabolic Balance. W marcu 2014 roku całkowicie wyrzuciłam z jadłospisu węglowodany proste, gluten i laktozę. W ciągu kilku miesięcy schudłam dwadzieścia kilogramów. Przez kolejne dwa lata, jedząc względnie normalnie, utrzymywałam wagę w granicach 65–70 kilogramów.
Niestety, problemy osobiste i skłonność do zajadania negatywnych emocji sprawiły, że waga zaczęła ponownie rosnąć. To doświadczenie uświadomiło mi coś banalnego i jednocześnie fundamentalnego: żadna dieta, nawet najlepiej zbilansowana, nie rozwiązuje przyczyn tycia, jeśli problemem jest relacja z jedzeniem i regulacja emocji.
Dlaczego nawracająca depresja cofa mnie zawsze do punktu wyjścia
Jednym z najbardziej niszczących elementów depresji było poczucie winy. Wiedziałam, co „powinnam” robić: jeść lepiej, ruszać się, wracać do wypracowanych schematów. Ta wiedza nie pomagała – przeciwnie, pogłębiała poczucie porażki. Każdy dzień, w którym nie byłam w stanie funkcjonować „jak trzeba”, stawał się kolejnym dowodem na to, że coś ze mną jest nie tak. To błędne koło było trudniejsze niż sama choroba.
Przez długi czas próbowałam traktować odchudzanie jako sposób odzyskiwania kontroli nad życiem, szczególnie wtedy, gdy psychicznie wszystko się rozpadało. Paradoks polegał na tym, że im silniejsza była potrzeba kontroli, tym bardziej proces się rozsypywał. Depresja obnażała to złudzenie bardzo brutalnie: pokazywała, że nie wszystko da się „naprawić wysiłkiem woli”, a ciało nie jest maszyną, którą można zmusić do posłuszeństwa.
Zrozumienie, że depresja i otyłość to choroby, a nie wada charakteru
W tamtym czasie trafiłam też na program oparty na podejściu dr Judith Beck, czyli terapii poznawczo-behawioralnej stosowanej w odchudzaniu. Program dr Beck po raz pierwszy nazwał to, co wcześniej było dla mnie tylko poczuciem chaosu: automatyczne reakcje, impulsy, przekonania i schematy, które uruchamiały jedzenie nie z głodu, lecz z emocji. Uczył rozpoznawania myśli, oddzielania impulsu od działania i budowania choćby minimalnego dystansu między napięciem a sięganiem po jedzenie. To było ważne doświadczenie, bo pokazało mi, że problem nie leży w braku charakteru, tylko w braku narzędzi do regulowania psychiki – nawet jeśli samo w sobie nie wystarczyło, by przerwać ten mechanizm na stałe.
Po zakończeniu dziesięcioletniego związku jesienią 2017 roku moje problemy z jedzeniem osiągnęły apogeum. Przez wiele miesięcy po prostu leżałam, płakałam i jadłam, dobijając w 2018 roku do rekordowej wagi 100 kilogramów. W styczniu 2019 roku rozpoczęłam kolejną próbę odchudzania w klinice wellness – terapię ketogeniczną. Po ponad dwóch miesiącach i dwudziestu zrzuconych kilogramach – przyszło totalne osłabienie, anemia, całkowite rozregulowanie cyklu hormonalnego i utrata połowy włosów do pasa. Efekt jo-jo po drakońskiej terapii ketogenicznej zaskoczył nawet mnie samą – nie minęło pół roku, a znów ważyłam niemal sto kilogramów.
Rok 2020 musiałam poświęcić na odbudowanie zdrowia, które kompletnie mi się posypało przez tę cud-terapię. Odzyskiwanie zdrowia szło łeb w łeb z odrabianiem utraconych kilogramów – pandemia i lockdown, stres z powodu utraty zleceń copywriterskich i ogólna atmosfera tamtego okresu sprzyjała tyciu jak nic innego! Kolejny rok – 2021 – trwała nieustanna walka o zdrowie i życie mojej schorowanej 12-letniej mopsiczki Kumok, zakończona jej odejściem w listopadzie. Wpadłam w głęboką depresję. Dobiłam do 117 kilogramów.
Leczenie otyłości: odżywianie, farmakologia i zmiana priorytetów
Zgłosiłam się na kwalifikację do operacji bariatrycznej i zostałam przebadana przez internistę (bariatrę/obesitologa), dietetyka i psychologa, poddałam się gastroskopii i całej serii badań diagnostycznych, a chirurg zaproponował mi konkretne rozwiązanie operacyjne. I właśnie wtedy stchórzyłam. Nie dlatego, że nie wierzyłam w skuteczność chirurgii bariatrycznej, ale dlatego, że bałam się, że znów próbuję naprawić ciało bez zmierzenia się z tym, co dzieje się w mojej głowie.
Zamiast rękawowej resekcji żołądka zdecydowałam się na farmakologię: przyjmowałam zastrzyki Saxenda/Victoza, potem Ozempic, ale serio – myli się ten, kto uważa, że to pójście na łatwiznę. Owszem, fizyczne hamowanie uczucia głodu analogami GLP-1 łagodzi objawy „odstawienia” nadmiaru jedzenia, ale absolutnie nie rozwiązuje kwestii regulowania emocji za jego pomocą. A to – jak się okazało – jest i było główną przyczyną spożywania przeze mnie nadmiaru kalorii w postaci słodyczy i węglowodanów prostych.
Moment, w którym zaczęłam myśleć o otyłości jako o chorobie, a nie wyłącznie o „efekcie złych wyborów”, był dla mnie przełomowy. Nie dlatego, że nagle wszystko stało się łatwe, ale dlatego, że pojawiła się inna perspektywa. Odżywianie przestało być karą albo testem charakteru, a zaczęło być jednym z elementów leczenia – ważnym, ale nie jedynym. Z kolei farmakologia nie była cudownym rozwiązaniem ani drogą na skróty, tylko narzędziem wspierającym proces, który i tak wymagał pracy na wielu poziomach. Leki nie „rozwiązywały” problemu, ale zmieniały warunki gry: zmniejszały natłok impulsów, ułatwiały kontrolę apetytu, dawały przestrzeń na inne decyzje niż automatyczne sięganie po jedzenie.
Wyzwania, sukcesy i porażki w procesie odchudzania
Kryzys wieku średniego, zmiany hormonalne, zaburzony obraz własnego ciała i poczucie utraty kobiecości. Czyli standard. Oczywiście, że z tego wyszłam, bo zawsze ze wszystkiego wychodzę. Znowu zaczęłam odchudzanie, dbanie o siebie i porządkowanie emocji. W listopadzie 2023 było mnie mniej o 21 kilogramów, a ja dumnie szłam po więcej.
Rok 2024 miał być pełen sukcesów. Miał być. W czerwcu moja niespełna 3-letnia mopsiczka Czuczu poważnie zachorowała. W lipcu okazało się, że to potwornie złośliwy rodzaj chłoniaka. Mimo braku realnych szans na wyleczenie rozpoczęliśmy walkę. Czy ktokolwiek w takiej sytuacji myśli o odchudzaniu? Potworny stres, rozpacz i żałoba związana ze świadomością, że ta historia nie będzie miała happy endu. Zajadanie trudnych emocji osiągnęło swoje apogeum. Intensywna chemioterapia zdołała przedłużyć życie mojej mopsiczki tylko do połowy listopada. Czuczu odeszła, a ja psychicznie spadłam na samo dno.
Chyba nie muszę dodawać, że stracone rok wcześniej kilogramy – w przeciągu kilku miesięcy choroby Czuczu – wróciły z nawiązką? Ktoś mógłby powiedzieć, że znów poniosłam porażkę w odchudzaniu. Sorry, ale dla mnie liczyło się tylko to, żeby przetrwać. I przetrwałam, byle jak, ale przetrwałam.
Depresja i odchudzanie to nieustanne zaczynanie od zera
W marcu 2025 roku odeszła moja ostatnia mopsiczka – stareńka, 14,5-letnia Miszur – i to już do reszty mnie załamało. Poczułam, że skończyła się cała epoka mojego życia, bo mopsy były przez lata całym moim światem, moim domem, moim punktem odniesienia. Na nogi stanęłam dopiero w sierpniu. Jesienią wróciłam do odchudzania i zaczęłam przyjmować zastrzyki Mounjaro. Wyszłam za mąż, a nasza rodzina powiększyła się o wyjątkowego pieska. Czy chudnę? Bardzo powoli, ale chudnę.
Przez lata bardzo chciałam widzieć ten proces w prostych kategoriach: sukces albo porażka. Schudłam = wygrałam. Przytyłam = przegrałam. Taki sposób myślenia porządkował chaos, ale jednocześnie był brutalny i nieprawdziwy. Nie uwzględniał ani mojej psychiki, ani życiowych okoliczności, ani tego, że ciało nie reaguje liniowo na wysiłek i dobre intencje. Z czasem zaczęłam dostrzegać, że wyzwania, sukcesy i porażki nie są oddzielnymi etapami, tylko współistnieją. Moment poprawy często szedł w parze z lękiem przed cofnięciem się. Cofnięcie się nie unieważniało wszystkiego, co wcześniej udało się zbudować. Proces nie układał się w prostą historię „od A do B”, tylko w serię prób, błędów, poprawek, postanowień i powrotów do punktów, które wydawały się już zamknięte.
Dopiero zaakceptowanie tej nielinearności pozwoliło mi myśleć o odchudzaniu i leczeniu otyłości w sposób mniej przemocowy wobec siebie. Bez ciągłego oceniania każdego etapu, bez obsesyjnego liczenia strat i zysków. Nie jako projekcie do zaliczenia z ciągłym odhaczaniem kolejnych jego etapów, tylko jako procesie, który trwa, zmienia się i wymaga uważności oraz łagodności wobec siebie, a nie perfekcji i terroru.
O akceptacji ciała, zdrowiu i granicach ciałopozytywności
Według powierzchownie rozumianej ciałopozytywności „każda kobieta jest boginią” i powinna akceptować siebie bezgranicznie, nie mieć żadnych kompleksów oraz kochać i celebrować swoją cielesną bujność. W tym ujęciu jakiekolwiek niezadowolenie ze swojego wyglądu czy próby schudnięcia bywają uznawane za objaw emocjonalnej niedojrzałości, próżnej pogoni za przemijającym pięknem, a nawet za przyjęcie na siebie jarzma patriarchatu oraz zgodę na seksualizację i przedmiotowe traktowanie kobiet. Czy jakoś tak.
Żeby było jasne: szanuję grube dziewczyny. Podziwiam te, które mówią, że czują się piękne i szczęśliwe w swoich ciałach. Być może nawet im zazdroszczę. Niestety, nie jestem jedną z nich. Jestem sfrustrowaną grubaską, która po raz kolejny próbuje zrzucić około trzydziestu kilogramów – nie z nienawiści do własnego ciała, lecz z troski o zdrowie, sprawność i możliwość normalnego funkcjonowania. Chcę znów być zdrowa, silna i sprawna. Chcę odzyskać komfort życia, który zniknął gdzieś po drodze pod fałdkami tłuszczu.
Nie zliczę, ile razy próbowałam schudnąć, zasięgając porad lekarzy i dietetyków, wykupując diety pudełkowe, programy żywieniowe, suplementy i plany treningowe, pocąc się na podłodze przed wirtualnym obliczem internetowych trenerek. Przez lata ufałam wszystkim i każdemu, bo nie potrafiłam zaufać samej sobie – ani w kwestii ilości jedzenia, ani w kwestii racjonalnego planu żywienia. W tym czasie nasłuchałam się setek teorii na temat tycia i chudnięcia oraz poznałam „sto jeden niezawodnych sposobów na zrzucenie nadprogramowych kilogramów i zachowanie smukłej sylwetki do późnej starości”. Nikt jednak nie zapytał mnie, dlaczego właściwie tyję, co jem i kiedy, co czuję, jedząc, kiedy to się zaczęło, jaką mam relację z jedzeniem, jak postrzegam swoje ciało i dlaczego potrafię schudnąć dwadzieścia kilogramów tylko po to, żeby po chwili przytyć trzydzieści.
Dlatego wszystkim dziewczynom i kobietom, które pytają mnie, jaką najskuteczniejszą metodę odchudzania polecam, odpowiadam dziś inaczej niż kiedyś. Każda dieta będzie dobra tylko pod warunkiem, że zajmiesz się sobą: swoimi emocjami, lękami i kompleksami, relacją z jedzeniem i z ludźmi, swoim otoczeniem, ciałem i głową, myślami i przekonaniami. Wtedy najzwyklejsze jedzenie okaże się najskuteczniejszą dietą, bo będziesz je po prostu jadła, żeby żyć, a nie żyła, żeby jeść. Żeby koić smutki, łagodzić stres, maskować samotność, nagradzać się za sukcesy albo karać za porażki. Zajmij się sobą po to, by jedzenie wróciło na swoje miejsce i znów stało się pokarmem, a nie przyjacielem, kochankiem, powiernikiem, terapeutą, prześladowcą i katem jednocześnie. Ukochanym wrogiem, który wodzi na pokuszenie i powoli niszczy.
Dlatego nie pytajcie mnie więcej, jak najlepiej schudnąć. Od dziś staram się – przede wszystkim samej sobie – odpowiedzieć na inne pytania: jak przestać tyć, jak przestać się objadać, jak zacząć normalnie jeść i jak nie stawać się co chwilę tym samym wielorybem, tylko z nową dietą i nową nadzieją.







