stachanowiec polonistyczny, czyli 200% normy

2002-04-19

Martynka to twardy zawodnik.
Wystartowała do maturalnego wyścigu rozhisteryzowanych szczurów już w październiku.

A że lotnością umysłu nie grzeszyła zbytnio, przeto musiała korzystać z permanentnego wspomagania.
Zaczęła więc jechać na polonistycznym dopingu, czyli na mnie.

Na początku zażywała mej wiedzy jak tabaki, z umiarem (2 razy w tygodniu po 2 godziny),

więc czułam się jak zwyczajny energy-drink, co nie budziło mojego zaniepokojenia,
a raczej pełen satysfakcji uśmiech regularnie dokarmianego portfela.

Jednak już wtedy Martynka wyraźnie zaznaczyła swą obecność

na tle równomiernie przymulonych mas przedmaturalnych,
które szurały nóżkami po mojej wycieraczce i tendencyjnie złorzeczyły światu,
a własnym polonistkom w szczególności.

Hmm, od czego zacząć opis owego indywiduum?
Może od tego, że każde słowo wypowiadane przeze mnie na lekcji

jest skrzętnie przez Martynkę notowane na niezliczonej ilości fruwających kartek.
Głucha na moje prośby o odłożenie długopisu i zaangażowanie obu półkul mózgowych,
reaguje histerycznie, gdy z ust moich pada nieostrożne pytanie o – dajmy na to –
cechy powieści poetyckiej. Oduczyłam się więc pytać.

Tak samo jak wykreśliłam z mego słownika sakramentalne pytanie:

„Przeczytałaś?”, bo jasne jest zawsze, że NIE przeczytała,
i jeszcze się obraża jak o to pytam.

Aaa, no i muszę streszczać jej wszystkie lektury szkolne,

a nawet tłumaczyć z polskiego na nasze (czyli czyje?)
wielce zawiłą składnię szkolnych bryków:
*Łęcka podziwiała wspaniały interes Wokulskiego
*Oniegin spotyka ją w parkowej alejce i stara się jej wytłumaczyć, 
że źródłem jej miłości do niego jest tylko złudzenie i gdyby on się z nią ożenił, 
byłaby nieszczęśliwa, ponieważ on nie jest stworzony do małżeństwa, 
i jest zdolny jej ofiarować tylko miłość braterską, 
a ona nieraz jeszcze będzie zmieniała ulotne sny jak drzewa liście na wiosnę, 
i znów kogoś pokocha, ale trzeba poskramiać serca głos.

no, matkoboskoicórko!

Martynka potrafi wpaść z 15-minutowym poślizgiem i z ciężkim sapnięciem

„ale się zmachałam! paść na moje łóżko,
bezstresowo gniotąc ciałem leżące tam: książki, notatki, torbę, komórkę, itepe.

Z czasem, gdy emocje przedmaturalne przybrały na sile,

Martynka podwoiła dawkę zażywanego dopingu,
przez co zaczynęłam mieć jej serdecznie dosyć, no ale… czego się nie robi dla kasy.

Więc ponadprogramowo (w przerwach między drugą a czwartą godziną naszego spotkania)

w trosce o przegrzewający się i zawieszający twardy dysk mojej maturzystki,
robię Martynce kanapeczki z (cytuję): „trochę szyneczki, ale bez tłuszczu, 
może być żółty serek, i koniecznie ketchup, ma pani Heinza?”,
a do tego herbatkę „słodzoną miodkiem”.
Sama się dziwie mojemu spokojowi, grrr…

Ponadto do Martynki należą oscarowe teksty:

* * *

Mickiewicza robimy:
„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi…”

– cooo?? na co wpłynął? (…) ale płynął czy jechał? (…) po trawie łódką?? (…)

ale jak wozem to czemu po oceanie?! głupek jakiś…

******

– może darujmy sobie ten romantyzm, ja od tego nerwicy niedługo dostanę!
– czemu?
– no bo Ci wszyscy kolesie byli jacyś postukani!!! jeden na chmurze lata [Kordian – przyp. moje], drugi się przepoczwarza…
– nie przepoczwarza tylko tylko przechodzi wewnętrzną przemianę, metamorfozę inaczej [Gustaw-Konrad z III cz.Dziadów] – no mniejsza o to, ale ten co łaził z gałęzią niby że to jego kumpel?!! [Pustelnik-Gustaw z IV cz.Dziadów]a pamięta pani, w Twin Peaks była taka babeczka, co z takim pieńkiem biegała…

******

A gdy po próbnej maturze zapytałam o temat, na który pisała, odpowiedziała beztrosko:
– Napisałam no…, jakiś cytat tam był i ja do tego cytatu napisałam…
– Ale jaki cytat? pamiętasz go?
– No cytat jakiegoś kolesia był…
– Kolesia???!!!! Czyjego kolesia ? – dopytuję się debilnie.
– O Jezu, no jakiś koleś coś tam powiedział i …
– Ale jaki koleś? Jak ten koleś się nazywał? – nie dawałam za wygraną.
– Moment, zaraz się dowiem – Martynka wyjmuje z mini-torebeczki mini-komórkę: „Kaśka? słuchaj, jak się nazywał ten kolo od cytatu? (…) jak? aaa, dobra, no…dzięks, nara!”
I do mnie:
– Juz wiem, jakiś Sandauer… Zna go pani ?

Nogi się pode mną ugięły, ale nie padłam.

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top