klocek do klocka. niech się goni dobranocka!

aktualnie jestem niestabilna i zawirusowana jak nie przymierzając Windows ME.
nos mi katarzy i krwawi, w krtani skrobie, skronie pulsują, oczy bolą, a pod żuchwą wywaliło mi krągłego kosmitę,
który skutecznie utrudnia mi obracanie głową. oczywiście, kiedy Syd mówiła, żebym zakładała czapkę,
brzęczałam zawzięcie, że jestem odporna i niezniszczalna. do czasu, jak się okazało.
rozłożyłam się dokładnie wtedy, kiedy planowałam pobożne pozbieranie się do kupy.

na pocieszenie Syd przyniosła mi dziś rano całą siatę klocków Lego z naszego śmietnika:

klocki_lego_01

kocham nasz śmietnik. znajdujemy tam fajne zabawki, ciekawe książki i wintydżowe meble.
jeszcze chwila, a zacznę podejrzewać, że to wcale nie żaden śmietnik, tylko zakamuflowany gabinet osobliwości
albo tajna terenowa dziupla świętego mikołaja dla ubogich. nic nie cieszy mnie bardziej niż cenne trofeum
znalezione pośród obiektów podłej materii i rudymentów rzeczywistości.

oprócz śmietnikowych znalezisk kocham także klocki Lego miłością wierną, dziecięcą i nieprzemijającą.
z okazji niespodziewanego powiększenia mojej kolekcji o jakiś – mniej więcej – kilogram
postanowiłam oddzielić ziarno od plew i posegregować klocki według prostego klucza: na oryginalne i podrabiane.
ha! bo trzeba wam wiedzieć, że jako dziecko wychowane w przaśnych i siermiężnych czasach PRL-u
swoją klockowo-konstruktorską przygodę zaczęłam od pełnego uroku i topornego niedopasowania
zestawu polskich klocków z topornego plastiku, które wiernie naśladowały – a raczej rozpaczliwie próbowały naśladować –
duńską myśl techniczną. oto one – w pełnej i nieco kostropatej krasie::

klocki_lego_02

z bratem moim rodzonym – niejakim Wojtusiem – spędziliśmy niezliczoną ilość godzin pochyleni nad klockowym placem budowy,
wyławiając z kupy gruzu co atrakcyjniejsze elementy konstrukcyjne i kłócąc się zawzięcie o najbardziej pożądane klocki (tzw. „długasy”),
które stanowiły stabilną podstawę większości naszych konstrukcji.

pamiętam, że w walce o klocki byłam tak zapamiętała, że pewnego razu w przedszkolu –
bawiąc się jeszcze bardziej siermiężnymi klockami niż polskie klony Lego – o takimi [klik!]
tak mocno wcieliłam się w rolę stachanowskiego budowlańca, że zignorowałam wszystkie sygnały wczesnego ostrzegania
przed zbliżającym się strumieniem moczu…
tym sposobem, dobiegłszy w końcu do przedszkolnej łazienki, nie zdążyłam wyplątać się
z przeuroczych granatowych spodni na szelki oraz rajstop. pamiętam jak dziś – machnęłam wtedy ręką na konwenanse
i usiadłam w spodniach i rajstopach na mini sedesiku, po czym dokonałam widowiskowej czynności zsikania się w majty,
a następnie – jak gdyyby nigdy nic – wróciłam na przedszkolny dywanik, by wraz z resztą małoletnich budowniczych
kontynuować czyn społeczny pod hasłem „budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom, Warszawo”.

ale nie tylko ja posikiwałam się z miłości do klocków. brat mój rodzony – niejaki Wojtuś – darzył je miłością równie gorącą.
oto przed wami legendarny i kultowy klocek-podróżnik.
klocek, który przeszedł naprawdę wiele.
a mianowicie – cały przewód pokarmowy niejakiego Wojtusia.

oto on – klocek bohater!

klocki_lego_03

śliczne czerwone drzwi o wymiarach 1cm x 2cm.
drzwi, którymi przez jakiś czas żyła cała nasza rodzina.

a było to tak: siedziałam z mamą w kuchni i wpierniczałam truskawki.
wtem w progu stanął niejaki Wojtuś w kolorze zielono-fioletowym. najpierw dokonał kilkunastosekundowego suspensu,
jak gdyby szukając słów, którymi mógłby nam zakomunikować tę niecodzienną nowinę. ale w końcu skapitulował
i po prostu rozdarł japę w histerycznym:
– Maaaamoooooo!!!!! Poooołknąłem… DRZWIIIIII…. !!!!!!

Matka rzecz jasna wpadła w zwyczajową histerię, aczkolwiek szybko się opanowała,
bo to nie był pierwszy połyk niejakiego Wojtusia.
wcześniej nasz Mister Głębokie Gardło zaliczył 2-centymetrowy metalowy bolec (w wieku lat 3)
oraz stalową ciężką kulkę od łożyska samochodowego.

procedura w takich przypadkach była standardowa:  szybki rentgen na ostrym dyżurze,
a potem kilka łyżek oleju rzepakowego dla niejakiego Wojtusia,
zaś dla mamy plastikowy widelec, którym z poświęceniem dokonywała dogłębnej analizy
Wojtusiowej biomasy fekalnej. cóż, serce matki. oszczędzę wam szczegółów.

koniec końców – legendarny i kultowy klocek Lego,
mimo iż znalazł się w naprawdę gównianej sytuacji –
wyszedł z opresji cało i w pełnej chwale. w domu zapanowała radość.
klocek zaś umyto, odkażono i zwrócono klockowej rzeczywistości,
którą dzisiejszego poranka z radością uzupełniłam nowymi elementami czasu, przestrzeni i materii. i

 

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

20 Comments

  1. marconi14 października 2018

    Czy te drzwi mogły trafić na inny plac budowy ? :)

    Właśnie dzisiaj zakupiłem PRL-owskie, topornie wykonane klocki ala ,, LEGO ” jeszcze w oryginalnym, nieotwieranym opakowaniu. Ależ mnie zakup ucieszył.
    Gratuluję tekstu i pozdrawiam.

    Odpowiedz
  2. jadowita6 kwietnia 2013

    cudny wpis, uśmiałam się :) Dołączam do klubu zasmarkanych bolących główek. A czapkę nosiłam, choć nikt mnie nie pilnował! Mamy całe pudło klocków, niektóre mają ponad 40 lat – czasem dzieci jeszcze do nich zaglądają, ale za nic nie wyrzucę :)

    Odpowiedz
  3. schronienie5 kwietnia 2013

    trafka!

    Odpowiedz
  4. Foksal Księżna Raczyńska5 kwietnia 2013

    bardzo dobry szablon, ja bym już nic nie zmieniała.

    Odpowiedz
  5. Ania4 kwietnia 2013

    :D

    Odpowiedz
  6. agu - unthinkable4 kwietnia 2013

    Podoba mi się ta trawa w tle. Zaraz rozegnę laptopa na płasko i się walnę z kocykiem…
    LEGO kocham. Mam pudło, które kiedyś mam zamiar uzupełniać ^^

    Odpowiedz
  7. Pietrucha2 kwietnia 2013

    No fajno Cię wreszcie poczytać!!!
    Z mojego osiedlowego śmietnika mam krzesło, bufet i stoliczek. Tylko wciąż nie mam czasu i tzw. zmiru żeby je odrestaurować. Z bufetu ściągnęłam na razie farbę i myślę, co dalej.

    Odpowiedz
  8. Jokohana2 kwietnia 2013

    ja nie mogę zbliżać się do LEGO…… usiądę na chwilę o 17.00 i nagle okazuje się, że jest już 4.00 rano, a konstrukcja zaledwie w połowie.

    Odpowiedz
  9. Tutaj2 kwietnia 2013

    Klocki Lego, rany jak ja dawno nie widziałem klocków lego. Dzięki za przypomnienie dziecięcych radości.

    Odpowiedz
  10. iwonaw31 marca 2013

    przedni wpis! Zazie wraca do formy, nanana :)

    Odpowiedz
  11. Ania B.30 marca 2013

    Wielkanocne : „Wszystkiego Dobrego” i pozdrowienia dla Wojtusia :-)))

    Odpowiedz
  12. Ania M.29 marca 2013

    Śmietniki – cała historia. U nas na osiedlu niektóre to prawdziwe zagłębia atrakcji. Właściwie atrakcjami tymi można by urządzić całe mieszkanie. Kultowa zdobycz znajomej to przepiękny mosiężny świecznik (prawdziwie jej tu zazdroszczę).

    Odpowiedz
  13. aga995529 marca 2013

    Piekna i jakże urzekająca gówniannna historia:)
    Pozdrawiam z zasypanego białym gównem Poznania
    Alleluja i takie tam :P

    Odpowiedz
  14. fisza29 marca 2013

    też kiedyś połknęłam klocka. :)

    Odpowiedz
  15. Patti29 marca 2013

    Much nie siada na kloca!! Od dzisiaj Lego – drzwi – kloc!

    Ściskam Was dziewuchy spod stery śniegu nieśmiało wyciągając rączęta!!!
    Właśnie rozpętała się burza śnieżna , świata nie widać!!
    By to szlag!!!

    Odpowiedz
  16. teatralna29 marca 2013

    kloc brzmi dumnie i akuratnie))

    Odpowiedz
    1. iwonaw31 marca 2013

      :) :) :)

      Odpowiedz
  17. futrzak29 marca 2013

    :))))

    Odpowiedz
  18. viki29 marca 2013

    cóż za fascynująca historia ;))
    od teraz o klockach Lego będę tylko myśleć w kontekście Wojtusiowych drzwi :)

    Odpowiedz
  19. schronienie29 marca 2013

    czyli tak zwany kloc :)))))

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top