jestem.

2002-07-10

Wróciliśmy porannym pociągiem. Razem. Jest we mnie spokój i smutek.
Jechałam do K. radosna, ale i pełna lęku, poddenerwowana.
Stęskniona – chciałam mu się rzucić na szyję; i nieufna –
jakbym miała się spotkać z koms obcym.
I rzeczywiście, zmienił się. TO go zmieniło.

Nie rozpoznałam w nim dawnej lekkości. Był cichy, spowolniony, zamyślony, jakby nieobecny.

Jak gdyby widział wszystko i wszystkich przez jakąś gęstą mgłę, zupełnie wycofany do wewnątrz.

Czego się spodziewałam? Że K. zapomni o TYM i będzie tylko ze mną, dla mnie?

Przyjechałam jako niemy widz rozgrywającego się tutaj dramatu.
Mój czarny kot – Egoizm został w domu, co rzadko się zdarza.
Dużo rozmawialiśmy z K, słuchałam cierpliwie. Gryzłam się w język za każdym razem,
gdy chciałam powiedzieć o badaniach, że koniecznie, że natychmiast, że ryzyko.

Długie rozmowy z jego matką – jej bezradność, zagubienie, rozpacz.

Dziwne, ale ani razu nie powiedziała, że go kochała. Jakby chodziło tylko o ekonomię.
Hm, nie powinnam tego oceniać.
Znów usłyszałam od niej pełne zdziwienia pytania: czemu nie chodzę w mini i na obcasach,
czemu nie maluję ust, czemu jestem taka mało kobieca…
Siedziałam na brzegu krzesła i nerwowo skubałam rąbek długiej (!) sukienki,
ze spuszczoną głową i pełnym zakłopotania uśmiechem na nieumalowanych ustach.
Tak, jestem wyjatkowo niekobieca…

Po trzech dniach zaczęłam się cieszyć, że zaraz wyjeżdżamy.

Zauważyłam, że K. też ma już dosyć tej atmosfery, ciągłych monologów matki,
pretensji do wszystkiego i wszystkich, porannych histerii
i złorzeczenia zmarłemu mężowi:”czemu mnie zostawiłeś?! jak ja sobie teraz dam radę?!”

Nie mam prawa jej oceniać, ani tym bardziej obwiniać.

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top