amarcord

2003-03-01

Niechcący pomieszałam imovane z winem. Oczywiście, nie usnęłam, za to u mnie pod stołem

rozpoczęły się przygotowania do jakiegoś przyjęcia. Mnóstwo ludzi, jakaś rodzina,
wszyscy krzyczą i machają rękami jak w ‚Amarcordzie’ Felliniego. Tyle że moja wizyjna rodzinka
jest jakaś skandynawska. Całą wizję podstołową widziałam w kolorach sepii – dokładnie tak jak
„Królestwo” von Triera. Stałam sobie z boku i przyglądałam się ich krzątaninie,
aż wreszcie jakaś opasła kobieta wręczyła mi wieżę białych, porcelanowych talerzy i bez słowa odeszła.
A ja im te talerze to niby na stole miałam rozstawiać.
Pieprznęłam skorupami o podłogę i wkurwiona wyszłam z tego skandynawsko-sepiowego domostwa.
Znaczy się = wylazłam spod stołu i wróciłam do łóżka, gdzie przez następne pół godziny
ćwiczyłam balet wodny – pływanie synchroniczne, a że łóżko mam duuuże duuuże,
to i układ choreograficzny był skomplikowany. W każdym razie rano obudziłam się
w pozycji paralityka dotkniętego atakiem choroby Św. Wita, w poprzek łóżka,
z powykręcanymi rękami.

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top