między anodą a katodą.

są takie rzeczy, z którymi po prostu trzeba nauczyć się żyć – pogodzić się jakoś z ich niewygodnym istnieniem
i przechodzić mimo. z dumnie podniesioną głową. otóż.
nie pierwszy raz okazało się, że jestem idiotką. i pewnie nie ostatni. cóż tym razem?
w zasadzie nic takiego, po prostu elektryczność przemówiła do mnie ze ściany. albo tylko mi się wydawało.
albowiem od kilku dni, wczesnym rankiem, gdy nieśpiesznie próbowałam otworzyć a to prawe, a to lewe oko
uszy moje atakowane były intensywnym i bardzo niepokojącym dźwiękiem. coś jakby bzyczenie, ale takie jakieś metaliczne,
iskrzące, przytłumione – przywodzące na myśl wystrzałowe zabawy z elektrodami w telewizyjnym programie „sonda”.

słysząc to elektryzujące „bzzz…. gzzz…” – zrywałam się na równe nogi, bo przeca wiadomo, że z prundem żartów nie ma.
a zatem prosto z łózka, w samych majtkach, boso i z jednym tylko otwartym okiem, latałam po mieszkaniu i to-tu-to-tam
przykładałam ucho do kontaktu, nasłuchując niechybnie zbliżającego się zwarcia instalacji.
oczami wyobraźni (a raczej tym jednym, zamkniętym, co spało jeszcze) widziałam już pożar, eksplozję i fajerwerki
w moim nieubezpieczonym (!) mieszkaniu, pieszczotliwie zwanym pudełkiem-na-końcu-świata.
rzecz jasna postanowiłam temu zapobiec.
obejrzawszy i osłuchawszy wszystkie gniazdka oraz popodłączane doń urządzenia, przyszło mi stwierdzić, że
– ni cholery, wszystko wygląda ok! … hm. ale przecież słyszę, że prąd nadal mi bzyczy, iskrzy, skwierczy i parska!
– japierdole – myślę sobie – na pewno zwarcie robi się w ścianie, pod tynkiem.
tam też zacznie się palić i rozprzestrzeniać potajemnie,
rozgrzewając ściany do czerwoności i zamykając mnie w płonącym piekarniku. no to czyli trzeba będzie kuć ściany!
ale w którym miejscu…? w którym miejscu, ja się pytam, przykładając ucho do każdej ze ścian.
całą tę scenę, w której elektryczność usiłowała nawiązać ze mną kontakt (i vice versa), obserwował K. –
jak zwykle sceptyczny i jak zwykle: nic nie widziałem, nic nie słyszałem, ja nie wiem, ale osohozi…
czyli znikąd wsparcia i pomocy, a przecież wyraźnie słyszę, że bzyczy prundem,
jakby za chwilę miało wyjebać korki i puścić snop iskier!
jednak tym razem nie dane mi było doprowadzić do końca tej inwestygacji, gdyż-albowiem musiałam wyjść do pracy.
a jak wróciłam wieczorem, to już kurva bzyczeć przestało!
następnego ranka – powtórka z rozrywki, a jakże. i znowu zero efektów śledztwa.
K. nie omieszkał poinformować mnie, że to chyba w głowie mi bzyczy. z nerwów i wrodzonego szaleństwa. jasne, pffff…
z pracy zadzwoniłam do taty, że absolutniekoniecznie muszę zapoznać jakiegoś elektryka, bo mi lada dzień chata eksploduje.
oczywiście załapałam mega-doła, że żyję na tykającej bombie, a świat niechybnie dryfuje ku globalnej katastrofie.
w takim właśnie nastroju, z towarzyszeniem prawdziwej burzy z zajebistymi piorunami, dotarłam do domu
i od razu w progu pokłóciłam się z K. no jasne, elektryczność wisiała w powietrzu i czaiła się po kątach.
bzyczenie oczywiście ustało. ale do czasu! :>
wieczorem K. jak zwykle stukał na kompie w małym pokoju. w pewnym momencie wyszedł stamtąd z zagadkową miną:
– czy ta twoja elektryczność ze ściany to nie wołała do ciebie gdzieś z okolic okna?
– no też mi się tak wydawało! czyli kontakt przy oknie! czyli kujemy ścianę przy szafie! – wykrzyknęłam bojowo.
– a może najpierw obejrzałabyś to okno? – nieśmiało zaproponował K.
no i se kurva obejrzałam.
wielką ważkę uwięzioną między bambusową roletą a szybą okienną.
bzyczała aż iskry szły, a elektryczność wzbijała się ku rozgwieżdżonemu niebu!
japierdolę. ciekawe ile zapłaciłabym elektrykowi za tę krótka lekcję entomologii praktycznej…

* * *

no co?
mówiłam, że z pewnymi rzeczami po prostu trzeba nauczyć się żyć – pogodzić się jakoś z ich niewygodnym istnieniem
i przechodzić mimo. z dumnie podniesioną głową.
jedną z takich rzeczy jest właśnie galopująca paranoja i kretynizm w postaci napadowych aktów strzelistych.
no cóż. pozostaje mi tylko dołączyć tę przygodę z elektrycznością
do mojej bogatej kolekcji zjawisk paranoidalno-katastroficznych.
spoko, przyzwyczaiłam się.
stało się już przecież na wannie i przez teatralną lornetkę obserwowało rozwój monstrualnego grzyba na suficie łazienki,
który to grzyb okazał się potem prześwitującą przez tynk szyną zbrojeniową w stropie.
a już chciałam ścianę kuć i grzyba truć. a jakże.

 

 

 

komentarze ze starego bloga zazie-dans-le-metro.blog.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top