Strona główna » mały głód w wielkim mieście.
, ,

mały głód w wielkim mieście.

kolejny dzień życia Głodzisława nie zapowiadał nic szczególnego… – poranne napieprzanie budzikiem,

złosliwe okupowanie łazienki, rutynowe szturmowanie lodówki oraz upierdliwe naprzykrzanie się domownikom.

nihil novi sub sole, z nudów zwariować można…

przeżuwając leniwie porannego muffina i siorbiąc przesłodzone kakao, Głodzisław wpadł na genialny w swej prostocie pomysł…

pobiegł na przystanek autobusowy i z właściwą sobie gracją napchanego po kokardę trzmiela

wpakował się do autobusu linii E-4 i rozsiadł wygodnie. dla kurażu puścił sobie kilka wiatrów w barwne obicie fotela.

– koniec tego wegetowania na tarchomińskim zadupiu! dosyć plucia przez balkon na przechodzące staruszki

i zrzucania torebek z wodą na matki z dziećmi! starczy juz tego szczania
do skrzynek z pelargonią i rozgniatania much na firance!

czas na prawdziwą przygodę! stolyco, przybywam!!!

– Ehe… ehehe… – podekscytowany Głodzisław trzydzieści sześć razy przejechał się ruchomymi schodami, a następnie…

… przeczołgał się pod bramka biletową, ugryzł w ogon jamnika pani wacławy

i świńskim truchtem pośpieszył na spotkanie z (centy)metrem.

rozpychając się łokciami i sapiąc, zajął strategiczne miejsce w pierwszym wagonie.

kiedy pociąg ruszył, Głodzsław rozpoczął recital piosenki biesiadnej dla pasażerów.

– dobra, wyłażę na powierzchnię!

początkowa niepewność i onieśmielenie wszechobecnym tłumem szybko ustąpiły miejsca prawdziwej naturze Głodzisława…

jak rasowy japoński turysta – nasz bohater z maniakalnym uporem pozował na tle wszystkich napotkanych zabytków

okazał się wytrawnym wielbicielem socrealistycznego monumentalizmu

odkrył także kolejny czakram Ziemi, zlokalizowany pomiedzy energetyczną fontanną PKiN a przenośną toaletą TOY TOY.

fotki z gwiazdami kultury i sztuki

– M jak Mickiewicz… eee… czy piszą o nim na Pudelku?

krótka drzemka na kolanach przystojnego budowniczego polski ludowej.

– O_o… chyba ktoś mnie śledzi…

– Przecisnę się niezauważony…. Kheee…

– Mam koparkę i nie zawaham się jej użyć! – krzyknął Głodzisłąw, wymachując wielką łyżką.

nastepnie przesiadł się do stojącego pod Pałacem Kultury autokaru wycieczki szkolnej ze wsi Boczki pod Łowiczem

kiedy znudziło mu się już eksplorowanie otaczającej go rzeczywistości i zuchwałe anektowanie kolejnych jej elementów,

Głodzisław oddał się refleksjom w cieniu drzew oraz szlachetnym lekturom pism mędrców wschodu…

rzecz jasna najbardziej zafascynował go rozdział poświęcony osiąganiu oświecenia poprzez szczelanie z lyścia w papę

ale i te emocjonujące fragmenty wkrótce go znudziły. zapadł więc w popołudniową drzemkę…

… i przyśnił mu się dziwny, naprawdę dziwny sen…

ale szybko otrząsnął się z niego, wypijając duszkiem pół butelki cytronety

– Akuku, leszcze! Eeehehe…rzondze… – zasapał złowieszczo Głodzisław i spuścił sie po rynnie…

na zapuszczone podwórko. smugi światła pląsające po jego ryju dodawały mu demonicznego uroku

Głodzisław poczuł, że jest w swoim żywiole… przechodził kolejne ogrodzenia, śmietniki i rupieciarnie…

żywo zafascynowała go idea elektryczności oraz struktura cumulusów

chwile później okoliczna roślinnośc pozwoliła mu pozbyć się nadmiaru szkodliwych ładunków dodatnich…

czując dojmujący głód – Głodzisław zdefraudował środki na zakup pożywienia

a kiedy się posilił…

udał się do kina na film moralnego niepokoju

po którym poczuł się nieco niewyraźnie…

nie stracił jednak animuszu i widowiskowo dosiadł narowistego moto-rumaka

którym zaraz wjechał w sam środek parady lokalnych dewiantów…

przydzielono mu obowiązkową chorągiewkę oraz listę haseł do wykrzykiwania…

machał więc zawzięcie i darł się, ile sił w płucach…

czym zjednał sobie szczerą sympatię jednej z mistrzyń ceremonii…

potem wiadomo… – autografy, oklaski, fotki z okolicznymi celebrities z parku łazienkowskiego

oraz czilaut na trawie

jeszcze kilka leniwych ruchów chorągiewką

i rozpaczliwy telefon: – „Halooo… jestem mały, biedny, głodny i do domu daleeeekoooo….”

dotarłszy na „tarchomińskie zadupie”, Głodzisław uzupełnił niedobory prowiantowe

i oddał się poobiedniej sjeście na balkonie

wieczorem poprawił sobie jeszcze nastrój potrójnym cappucino

i pokornie skłonił się świętemu wizerunkowi…

– dziękuję ci, boziu za ten wspaniały dzień… jutro chciałbym pobawić się w strażaka, czy mogłabyś więc podpalić osiedlowy śmietnik…?
__________________________________________________________________________
z tego miejsca chciałabym podziękować Mamie, Tacie, Polsce i Matce Boskiej

oraz Krecikowi, Miszczyni, Blue, Lucy oraz Marcinkowi za pomoc w realizacji mojego kretyńskiego pomysłu.

specjalne podziękowania należą się Pleśniakowi, który nie przydał się absolutnie w niczym, ale mimo wszystko :***

luv ya!


Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x