rano poszłam na rozmowę o życiu. a potem na lody z Lucy.
powiedziała mi, że mam radość w oczach i zapytała, co się stało.
a ja jej na to, że może coś pyli i alergię mam. lipa jakaś albo coś.
no bo przecież według wszelkich norm i definicji nadal powinnam być nieszczęśliwa.
chyba. to znaczy tak myślę. to znaczy myślę, że może powinnam tak myśleć.
tymczasem czuję, że coraz mniej we mnie miejsca na ten dramat w kilku aktach,
a coraz więcej przestrzeni na życie i resztę rzeczy prawdziwych.
w toku rozmyslań tych i owych wpadłam jeszcze na chwilę do pracy,
a potem pojechałam na piąty kraniec świata. do Roz z Oz.
Roz ma na wyciągnięcie ręki las, dom dziecka, burdel, klasztor i dom starców.
normalnie – wdechę sąsiedzi!
w krainie Roz z Oz
zieleń, błękit i siena spalona słońcem. a w oddali – mała i duża dziewczynka.
Głodek pod rządami twardej ręki. rączki. a raczej łapki :)
konceptualna instalacja pt. „mama, tata i ja”
– oj panie władzo, noo… pogoniliśmy co prawda wiewiórę, ale sama się prosiła!
____________________________________________________________________________________________
w drodze do domu
– ty ciulu jeden! przytarłeś mi pojazd!
– to pan mnie przytarł!
– cie przytarłem, bo sie wpierdalasz na mój pas!
piesza pielgrzymka na tarchomin ruszyła niemrawo w pełnym słońcu.
kierowca zmienił jednak zdanie i 200 metrów dalej zapakował nas z powrotem.
czyli bóg istnieje]
____________________________________________________________________________________________
wieczorem
moją bezprzewodową myszkę odwiedził niezapowiedziany gość.
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Dodaj komentarz