nie będę „zapalać” internetowych świeczek z nawiasów, gwiazdek i przecinków.
kiedy w 1991 roku odszedł freddie mercury – miałam 13 lat i ryczałam jak bóbr,
oglądając z bratem w mtv weekend z kawałkami queen. to było coś.
non stop, piosenka po piosence, całe bite dwa dni. jak nabożeństwo.
przez całe dzieciństwo byłam żarliwą wyznawczynią freddiego.
michaela jacksona wielbiłam równie gorąco, choć była to miłość nieco wstydliwa
z racji mało szlachetnego gatunku uprawianej przez niego muzyki.
niepomna jednak przestróg rockowo-ortodoksyjnego ojca i nie mniej radykalnego brata –
kochałam michaela namiętnie i jako siedmiolatka chciałam się z nim całować.
kiedy jako dzieciak pisałam listy do samej siebie „z przyszłości” –
w każdym z nich nieodmiennie pojawiało się pytanie:
„ola, czy umiesz już tańczyć jak michael jackson?”
nie, ola. nie umiem. i nigdy się nie nauczę.
mam 30 lat, a michael właśnie umarł.
nie wypada ryczeć, ale naprawdę mi się chce.
”
„mój tata mówił, że jak będę nonstop
go słuchała, a miałam gramofon bambino i thriller na płycie,
pięć lat i
jedyne co umiałam zrobić to włączyc płytę na adapterze, to majkel mnie
porwie.
i to jest cenniejsze niż wszystkie zapętlone do urzygu i wypełnione po brzegi feelem i beyonce
sztywne playlisty dyrektorka muzycznego, któremu niniejszym składam wyrazy głębokiego nieposzanowania.
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Dodaj komentarz