coś na kształt wstępu do wakacji. walizki spakowane, naburmuszony Kumok zostawiony pod opieką Miszczyni,
a my bladym świtem – dalej jazda! – pociągiem do Krakowa:

przesiaknięty aromatem moczu i precli dworzec główny

gorączkowe poszukiwania drobnych na pociąg do Balic

i pędem na lotnisko. bo oczywiście z warszawy do bristolu nie baudzo. cusz ;/

syd precyzyjnie określa pułap chmur na niebie, gęstość powietrza i inne parametry

usiłuję wzbudzić w sobie głebokie pokłady paniki, bo przecież od zawsze bałam się latać. panicznie strasznie oeza.
o dziwo – kiedy pierwszy raz wzbiłam sie w chmury – przeszło mi kompletnie.

za chwile będziemy juz tylko białym punkcikiem w wielkim błękicie.

być może siedzenie przy oknie i pstrykanie zdjęć kieszonkowym aparatem jest totalnie pszenno-buraczane,
ale prawdę powiedziawszy – mam to gdzieś ;) ważne, że nie mam odruchu klaskania po lądowaniu ;>

suniemy statkiem po morzu bitej śmietany

somnambuliczne akrobacje syd

momentami miałam wrażenie, że lecę na tournee z Monty Python Flying Circus albo przenośnym gabinetem osobliwości

odlotowe trio czuwa nad przebiegiem lotu

stały ląd na horyzoncie!

kłęby cukrowej waty

syd, kup mi chmurkę!

niebo nad Bristolem

o dziwo słonecznie. a chciałam brać kalosze… ;)

i wylądowałyśmy. jeszcze lekko odrealnione.

czilautujemy na trawie

błękit nieba, szum drzew i przelatujące nad nami samoloty.

punkt widzenia zalezy od wysokości kroku w spodniach ;>

fajna trawa do siedzenia. i żadnych debilnych tabliczek w stylu „nie deptać trawników-szanuj zieleń-zakaz-nakaz-stań na baczność”

syd pobiegła po czipsy i czekoladę. piknikujemy w oczekiwaniu na Danusia ;)

iga dymi. procesor jej się przegrzał ;>

zazie przeprowadza wieloetapowy proces fotosyntezy. podobno pomaga na pryszcze.

a oto i Danuś :) pozbierał nas z trawy i wiezie w nieznane

’nieznane’ nazywa się Mountain Ash (po walijsku: Aberpennar) i leży w południowej Walii w hrabstwie Rhondda Cynon Taff

a to jest nasz widok z okna

w Warszawie plucha i ziąb, a w osławionej deszczowej Walii – słońce, błękit nieba i upał.

syd namierza lokalny fish&chips-shop

to co? wycieczka w góry? ;>

eee tam! zakupy w tk-maxxx!!!!! ;P

– wystarczająco trendi? ;>

– to może ja nie będę jadła przez następny miesiąc i jednak kupię ten kapelusik? ;>

joł madafaka, fashion victim! :*

żeńska część rodzinki :)

dziękuję, postoję.

– fish&chips? fish&cheese? chips&chicken? whatever. żeby dostać się do zagrzybionej toalety w lokalnej czipsiarni,
trzeba przeskoczyć przez truchło prababci w ciemnym, wilgotnym korytarzu.

główna ulica Mountain Ash. symetryczna multiplikacja pudełkowa.

tralala, sztuka autoportretu.

wieczorami uprawiamy clubbing.

lokalny pub. nobliwe dywany, wyściełane fotele, galeria antenatów.

joł madafaka, lans!

disko! disko! szafa gra!

teraz my tu rządzimy!

Danuś ubawiony rozmową z barmanem. jest sobotni wieczór. zaraz zamykają ;)

szybka partyjka bilardowa.

martyna z wiosłem. idzie na kajak ;P

syd jak zwykle precyzyjna do bólu.

zazie jak zwykle – chaos wcielony! ziuuuum!

iga skupiona. się stara.

martyna – z wprawą.

komisja sędziowska w składzie – Martyna i Daniel.

popisowy strzał Igi

okurva. jednak nie.

siostra z bratem – czyli – „pomagamy sobie jak umiemy najlepiej” ;)

– jeeeeeeeeeeeee!!!

w przerwie – żonglowanie kijem na stopie ;>

osobliwa dekoracja okienna. generalnie – what the fuck?!
podobnie jak znienawidzone przeze mnie idiotyczne dwa kraniki – do wody wrzącej i lodowatej.
co do lewostronnego ruchu, to anegdota głosi, że za czasów średniowiecza uzytkownicy dróg
musieli mieć wolną prawą rękę, aby powitać nadjeżdżającego z naprzeciwka siarczystym ciosem pięścią, dzidą lub mieczem.

ten uroczy wieczór kończymy na chodniku pod lokalną kebabownią

typowa angielska kolacja ;)

szczęśliwość :*
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Dodaj komentarz