znałam to miejsce z pocztówek i albumów. zapewne więc zabytek tudzież inne dobro publiczne.
ogród podzielony był na symetryczne partycje zieleni układające się w geometryczny labirynt.
w jednym z zaułków przechadzały się pawie. nigdy nie pałałam specjalnym uwielbieniem
dla tych nabzdyczonych przerośniętych kur, które kolorystycznie przypominają plamę rozlanej benzyny.
jednak towarzyszący mi ludzie zaczęli je tradycyjnie obfotografowywać i – nomen omen – piać z zachwytu.
nagle pośród tego zamieszania, zobaczyłam, że z leżącego nieopodal jaja wykluło się pisklę.
było nagie, nieopierzone i niepokojąco podobne do ludzkiego noworodka. a raczej niemowlęcia.
pawiątko miało postać ślicznej małej dziewczynki o przeogromnych mądrych oczach.
stałam tam oczarowana. przepełniał mnie spokój, miłość i radość.
obudziłam się tak szczęśliwa, że miałam ochotę obudzić syd i opowiedzieć jej ten sen.
i pokazać zdjęcia, które zrobiłam pawiookiej. oczami.
Marta powiedziała, że wyśniłam sobie dziewczynkę Mirelli von Chrupek,
którą zaledwie kilka godzin później urzeczona kupiłam na Przetworach.
Matylda pod Grzybkiem była jedną z pierwszych lalek Mirelli,
które parę lat temu spotkałam w sieci i zakochałam się od pierwszego zaniepokojenia.
słodkie, mroczne, czarujące i niebezpieczne niczym poison ivy, otoczone aurą grozy i tajemnicy.

w notce o Przetworach zapytałam, którą z nich typujecie.
Astrid wskazała ją bezbłędnie.
ja: znasz mnie. ale dlaczego grzyb?
astr: nie wiem, generalnie jakoś tak. że z lasu. że muchomorek, że żwirek, że grzybnia,
że pierwotnie, że alicja, że się rośnie, że się maleje. ja Cię tylko znam. nie każ mi Cię rozumieć :)
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.



Dodaj komentarz