jako bardzo początkujący alberto tomba postanowiłam nie dzielić się póki co ze społeczeństwem
moim kunsztem narciarskim podczas uprawiania paralityczno-konwulsyjnego slalomu giganta u podnóża stoku
przy udziale własnych odnóży (w liczbie 2+2) oraz obiektów peryferyjnych w postaci nart i kijków (2+2).
podziękowałam panu Markowi za poświęcony mi czas oraz odmówiłam dalszych prób wtłoczenia mnie
w sztywne ramy elementarnych akrobacji rodem ze szkółki narciarskiej. skoro bowiem nie pozwolono mi
na uprawianie freestylowej ekwilibrystyki – z bólem serca porzuciłam narciarstwo.
z ulgą odpięłam narty i – pozostawszy w betonowych butach – tanecznym krokiem ledwo co ożywionego Frankensteina
dokolebałam się na z góry upatrzoną pozycję – popod lasem. mogłam stamtąd obserwować
żenująco poprawne, wstydliwie skromne oraz pozbawione krzty fantazji zjazdy i szusy moich znajomych.
no cóż, nie każdy nosi w sobie iskrę bożą.piastując przeto czule moje ukryte poczucie potęgi, stałam jako ta sierota, czekając
aż towarzysze moi łaskawie skończę te swoje szkolne popisy.
następnie dałam się zabrać do Kazimierza Dolnego nad Wisłą,
który od Parchatki leży zaledwie rzut beretem tudzież innym sprzętem narciarskim.jaki jest Kazimierz – każdy wie, bo widział albo zobaczy teraz:
obrzydliwie romantyczne uliczki pełne urokliwych kamieniczek, kocich łbów, bram i zaułków
idealnych do lirycznych wyznań, pocałunków, oświadczyn i innych tego typu eventów międzyludzkich.

na szczęście grząski grunt romantyzmu i bagno liryzmu zdrowo równoważone są zmysłowym kiczem –
takim jak na przykład ten oto kogutek z grubo ciosanego gównolitu, który naprawdę mnie zachwycił i
zarazem zmylił. jego rozmiar przywiódł mi bowiem na myśl Pana Twardowskiego ujeżdżającego znarowiony drób,
więc zaczęłam szukać w pamięci jakiejś kazimierskiej legendy tłumaczącej owo zagęszczenie kogutów na metr kwadratowy.
niestety jak się później okazało żaden basza nie wjechał w bramy miasta na osiodłanym dziobaku, ale historia była równie zacna.
o czarnym kogucie, co diabła przechytrzył, stając się lokalnym bohaterem i mężem opatrznościowym.
tutaj właśnie przed legendarną piekarnią Sarzyńskiego rodacy wznieśli mu pomnik z bardzo umownego spiżu.

piekarni towarzyszy winiarnia, w której jak sama nazwa wskazuje
zjedliśmy pieczoną karkówkę i kopytka z sosem grzybowym.

właściwie to powinnam pomyśleć o zmianie mojego kilkuletniego i wysłużonego kieszonkowego minikompaktu canona na coś nowszego.
ale cóż poradzę, że kocham tego ixusa, którym zrobiłam już chyba miliard zdjęć i wybaczę mu każdą morę, szum i inne oznaki niedomogi czułych parametrów.

syd jako rasowy histeryk sztuki omówiła tę kamienicę od fundamentów aż po kurek na kominie. zaz jako teoretyk literatury
usiłowała wykrzesać z siebie jakąś stosowną dykteryjkę, ale za cholerę nic nie przychodziło jej do głowy.

ożywiła się dopiero na widok choinki usranej światełkami i fosforyzującego aniołka naturalnej wielkości.

o wiele ciekawszą opcją niż poetyka i teoria literatury jest bowiem dla zaz zagadnienie czy:
czy da się wejść pod ‘kopułę’ aniołka? czy można go przestawić w inne miejsce?
starczy kabla? a gdzie jest wtyczka zasilająca? da się wykręcić żaróweczkę?

wnikliwa analiza ozdób choinkowych: trąbka, pompka i lewarek

oraz obiekty ze spienionego polistyrenu zwanego potocznie styropianem

a tutaj za tą choinka robiliśmy sobie potem romantyczne zdjęcia,
ale ich akurat nie pokażę, bo będzie siara, że niby pluje na liryzm,
a sama go potem pokątnie uprawiam.

o, i taki nastrojowy widoczek.

studnia na kazimierskim rynku – zdrój uliczny nr 1 – obiekt czci wycieczkowiczów i ulubiona miejscówka handlarzy pamiątek
typu mucha zatopiona w bursztynie z plastiku

i szeroki plan
no dobra, ale to mi się na serio podoba. może dlatego, że nie wiem, co to jest…
komentarze ze starego bloga zazie-dans-le-metro.blog.pl
Dodaj komentarz