nawet ninja miewa czasem gorszy dzień…

dopiero teraz mogę napisać o tym na spokojnie. choć gdy patrzę na zdjęcia zrobione komórką “już po wszystkim”,
to nadal chce mi się płakać. 

zwyczajna wizyta u zaufanego weta. jedna z wielu, do których – mając mopsy – zdążyłyśmy już przywyknąć, 
a nawet je polubić. grunt to trafić na właściwego człowieka. ale nie o naszym wecie dzisiaj będzie, tylko o tym, 
co się nam przydarzyło. zupełnie niespodziewanie, nagle i piorunująco szybko.

o tym, że Kumok ma alergię pokarmową i problemy ze skórą wiemy od dawna. 
dostaje specjalną hypoalergiczną karmę i preparaty dermatologiczne, zero gównianych smakołyków dla psów 
i tym podobnych wynalazków. od czasu do czasu konieczny jest jednak steryd, 
po którym niestety gruba mopsia parufka nie czuje się najlepiej. 
o dziwo – głównie psychicznie. staje się wtedy autystyczną, rozdrażnioną mimozą, 
która nie daje się przytulać i trwa w swym stuporze średnio przez tydzień, 
okazując głęboką pogardę całemu światu. innych objawów brak. 
dlatego od jakiegoś czasu sterydom zaczęłyśmy mówić stanowcze “nie”

tym razem do standardowej alergii przyplątało się jeszcze zapalenie gruczołu ogonowego 
i trzeba było podać antybiotyk. z tymi akurat nigdy nie miałyśmy złych doświadczeń, 
więc bez zbędnych ceregieli zaaplikowano Kumokowi zastrzyk. 
jak się potem okazało – z penicyliny krystalicznej. jak dla mnie – luz, 
przecież wychowałam się na penicylinie, ampicylinie i vibramycynie.

po zastrzyku Kumok raźno spacerowała sobie po gabinecie, zaglądając ciekawsko we wszystkie kąty. 
Miszur tymczasem wierzgała kopytami, próbując odgryźć wetowi głowę. czyli standard.
po skończonej wizycie zapakowałysmy mopsią garmażerię do samochodu i ruszyłyśmy w drogę powrotną. 
po kilku minutach jazdy, kiedy już zdążyłysmy wpakować sie w największy poranny korek, 
Kumok zaczęła się niespokojnie wiercić na siedzeniu i drapać łapą po ryju. niby nic, często tak robi. 
ale tym razem znacznie mocniej i znacznie dłużej. i coraz bardziej nerwowo.

w pewnym momencie zobaczyłam, że fałda nosowa Grubego Dziecka robi się… purpurowa i coraz większa. 
– ej, Kumok… co jest? – potem akcja potoczyła się w tempie raczej zawrotnym – Syyyyyd!!! zawracamy!!!
w ciągu trzydziestu sekund – nie, nie przesadzam – Kumok powiększyła swoje gabaryty co najmniej dwukrotnie, 
ze średniej wielkości mopsa stając się pokaźnym shar-peiem ze zwisającymi fałdami spuchniętej skóry 
pokrytej krwistymi wybroczynami, które z chwili na chwilę stawały się coraz bardziej wypukłe i gorące
gałki oczne osiągnęły wielkość piłeczek ping-pongowych całkowicie schowanych pod monstrualnie spuchniętymi powiekami.
pies, nabrawszy koloru sionoczerwonego, zaczął rozpaczliwie ziać, a po chwili regularnie się dusić. 
był w amoku.my też. 

syd pędziła 150 km/h środkiem ulicy, cudem unikając jakiejś drogowej masakry. 
ja rozpaczliwie usiłowałam ratować Kumoka, wdmuchując jej w paszczę raz po raz duże porcje powietrza, 
a przerażona Miszur zamarła w bezruchu, wczepiwszy się kurczowo pazurami w moją kurtkę. 
tak jak zwykle przesadzam, uwierzcie mi, że teraz nie – ale Kumok wyglądała jakby właśnie walczyła o życie. przerażona i bezbronna.

kiedy dojechałyśmy w pobliże lecznicy, wyskoczyłam z samochodu i z Kumokiem na rękach 
biegłam przez trawniki. drzwi gabinetu otworzyłam chyba z kopa i zatrzymałam się na stole zabiegowym. zdążyłyśmy.

wet nie miał wątpliwości. pies dostał wstrząsu anafilaktycznego po antybiotyku
natychmiast zaaplikowano leki i podłączono ją do kroplówki. teoretycznie była juz bezpieczna, 
ale minęło dużo czasu zanim organizm zaczął reagować. 
ale kiedy w końcu zareagował, zmiany cofnęły się tak samo szybko, jak wcześniej gwałtownie się pojawiły. 

Kumok znowu zaczęła przypominać najpiękniejszego i najjaśniej umaszczonego mopsa świata.
to zdjęcie zrobiłysmy jej już “po wszystkim” – po trzech godzinach podawania leków i pompowania w nią kroplówek:

Kumok po wstrząsie anafilaktycznym

wymęczona i osłabiona, ale… żywa.
jak wyglądała wcześniej właściwie nie da się opisać, choć próbowałam powyżej.
tego widoku nie zapomnę do końca życia. nie będę tutaj pisać, co czułam. bo to banał, ale żadne – absolutnie żadne słowa nie oddadzą także tego, co wtedy przeżywałyśmy. łącznie z Miszurem
która – będąc na co dzień żywym srebrem i czerwoną rtęcią – nie potrafi usiedzieć 3 minut w spokoju, 
a podczas kilkugodzinnej walki o Kumoka wisiała uczepiona mojej szyi i prawie się nie ruszała. 
była przerażona i nie spuszczała z niej wzroku.

Kumok po kilkugodzinnej kroplówce

moje małe, grube i najukochańsze mopsiątko świata. mój skarb. moje grube dziecko.
moja miłość na czterech krótkich nóżkach. maue biaue boa. mój prozac z zakręconym ogonkiem.

pies rasy mops po wstrząsie anafilaktycznym

moja najsłodsza włochata buzia



* * *

wszystkim, którzy w komentarzach mieliby ochotę oświecać mnie swoją wiedzą weterynaryjną
spieszę donieść, że wstrząs anafilaktyczny jest reakcją nie do przewidzenia i raczej trudno jej zapobiec.
jesteśmy szczęśliwe, że lekarze uratowali Kumoka i wdzięczne naszej małej parufce, że tak dzielnie walczyła.
harmonia we wszechświecie trwa i kwitnie :)

wszystko inne niniejszym przestaje mieć znaczenie.



komentarze ze starego bloga zazie-dans-le-metro.blog.pl




0 0 vote
Oceń tę notkę
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Scroll to top
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x