które spadły na naszą planetę.

Po upływie setek tysięcy stuleci próbujemy przywrócić Ziemi
jej niegdysiejszy naturalny wygląd, odbudowując jej pierwotną ziemską skorupę
z plastiku i z cementu, i z blachy, i ze szkła, i z emalii, i z dermy. Ale daleko nam do tego.

Nie wiadomo, jak długo jeszcze skazani będziemy na nurzanie się w odchodach Księżyca,
przegniłych od chlorofilu i soków gastrycznych, i rosy, i tłuszczów nawozów azotowych, i śmietany, i łez.

Teraz chcielibyście zapewne wiedzieć, po co, u diabła, wyprawialiśmy się na Księżyc,
i ja wam to zaraz wyjaśnię. Chodziliśmy tam zbierać mleko za pomocą dużej łyżki i kubełka.
Mleko księżycowe było bardzo gęste, coś w rodzaju twarożku. Tworzyło się w zagłębieniach
pomiędzy łuskami drogą fermentacji rozmaitych substancji pochodzenia ziemskiego,
ulatniających się z łąk, lasów i wód, nad którymi się satelita unosił.
Składało się to mleko głównie z soków roślinnych, żabiego skrzeku, smoły,
ziaren soczewicy, pszczelego miodu, kryształków krochmalu, ikry jesiostra, pleśni,
pyłku kwwietnego, substancji galaretowatych, robaków, zywicy, pieprzu, soli mineralnych,
materiałów opałowych. Dość było zagłębić łyżkę pod łuski pokrywające
zaskorupiałą powierzchnię Księżyca, aby wyciągnąć ją pełną tej cennej dla nas papki.
Zanieczyszczeń było sporo, w toku fermentacji nie wszystkie ciała uległy stopieniu;
niektóre pozostawały w papce w stanie stałym: paznokcie i chrząstki, gwoździe,
koniki morskie, pestki i ogonki owoców, skorupy naczyń, haczyki od wędek,
czasem trafiał się nawet grzebień. Tak więc zebrana papkę mleczną
trzeba było jeszcze oczyszczać, przepuszczać przez sito.

Mieliśmy ją zawsze tuż nad sobą, tę Lunę, nieprawdopodobnie ogromną – a w czas pełni – noce były wtedy jasne jak dzień, ale światło jakieś żółtawe, koloru masła – wydawało się, że nas przygniata.

Bywały noce podczas pełni, kiedy Księżyc wisiał tak nisko, a morze tak bardzo się wzdymało,
że było włos od zamoczenia się. No włos jak włos, ale niewiele metrów.
Czyśmy nie próbowali się tam dostać? No jakże, pewnie.
Wystarczyło podpłynąć łodzia pod sam Księżyc, postawić drabinę i wdrapać się po niej.

Miejsce, w którym Księżyc opuszczał się najniżej, było na morzu, na wysokości Skał Cynkowych. (…)
Woda była w owe noce bardzo spokojna, połyskiwała srebrzyście jak rtęć, a fioletowe ryby,
nie mogąc się oprzeć przyciąganiu księżycowemu, wypływały wszystkie na powierzchnię,
podobnie jak ośmiornice i meduzy szafranowej barwy. W powietrzu unosiło się zawsze mnóstwo różnych
drobnych stworzonek – maleńkich raczków, kałamarnic, leciutkich przejrzystych alg i małych gałązek koralu,
które odrywały się od powierzchni morza i dolatywały aż do Księżyca,
zwisając u jego wapiennego sklepienia, bądź też zostawały w powietrzu tworząc fosforyzujące obłoki,
od których opędzaliśmy się, wymachując bananowymi liśćmi.

Nasza praca wyglądała tak: na łódź zabieraliśmy drabinę; jeden ją trzymał, drugi wchodził na sam jej szczyt,
trzeci wiosłował, podprowadzając łódź jak najbliżej Księżyca. Ten, który stał na szczycie drabiny,
wołał przestraszony, kiedy łódź zbliżała się do Księżyca:
– Stać, stać! Uderzę w niego głową! (…)
Rzeczywiście ze szczytu drabiny, stojąc prosto na najwyższym szczeblu,
można było wyciągniętymi rękami dotknąć Księżyca.
Dużej ostrożności i rozwagi wymagał jedynie sam sposób dotknięcia tej powierzchni rękami.
Wybierałem łuskę, która wydawała mi sie dostatecznie mocna (na Księżyc wchodziliśmy wszyscy kolejno,
z ekipy pięciu czy sześciu osób), uczepiałem sie jedną ręką, potem drugą i w tej chwili czułem,
jak drabina i łódź uciekają spode mnie, a ruch Księżyca uwalnia mnie od przyciągania ziemskiego.
Tak, Księżyc miał jakąś siłę, która cię porywała, czułeś to wyraźnie w momencie przechodzenia
z jednej strefy przyciągania w drugą. (…) Powierzchnia Księżyca nie była pokryta łuską jednolicie,
były tam również nieregularne pasma gołej, śliskiej, bladej glinki…

W przestrzeni między Ziemią a Księżycem walczyły dwa równoważne, a przeciwne prądy.
Powiem więcej: każde ciało schodzące z satelity na Ziemię przez jakiś jeszcze czas pozostawało naładowane
siłą przyciągania księżycowego i opierało się przyciąganiu naszego globu.
Ja także, choć byłem duży i gruby, za każdym razem, kiedy stamtąd wracałem, przez jakiś czas jeszcze
musiałem na nowo przywykać do ziemskich kategorii „góry” i „dołu” i towarzysze musieli
chwytać mnie za ramiona i przytrzymywać z całych sił, uwieszeni na kształt winnego grona w rozkołysanej łodzi,
podczas gdy ja, głową w dół, wyciągałem się nogami ku niebu.

Te nasze noce na pełnym morzu na wprost Skał Cynkowych cechował jakiś szczególny nastrój – wesoły, owszem,
ale niejako zawieszony w przestworzach, jakbyśmy czuli w naszych czaszkach zamiast mózgu rybę,
która wypłynęła na powierzchnię przyciągana przez Księżyc. Tak więc żeglowalismy sobie, grając i śpiewając…

Stanowczo coś niezwykłego działo się tamtej nocy. Powierzchnia morza, która zwykle podczas pełni była napięta
i niemal wygięta łukiem ku niebu, dziś wydawała się jakaś rozluźniona, odprężona, jakby magnetyzm księżycowy
nie działał na nią ze zwykłą mocą. Nawet światło nie wydawało się takie samo, jak przy innych pełniach,
ciemność jak gdyby zgęstniała.

Drążąc przez całą noc ksieżycową masę, zdołaliśmy na powrót ujrzec jasność.
Świtało; nawałnica meteorów ustała; Ziemia wokół nas była nie do poznania (…)
Księżyc oddalał się na niebie, blady, on także nierozpoznawalny: wytężywszy oczy,
można go było dostrzec, jak sunie, pokryty gęstą warstwą skorup i odłamków,
i okruchów, lśniących, ostrych, nieskazitelnych.

Mówi się, że niezawodne, ówczesne surowce można znaleźć tylko na Ksieżycu, bezużyteczne i leżące odłogiem,
i że warto by się tam wybrać choćby po to, by je odzyskać. Nie chciałbym odgrywać roli tego,
kto zawsze mówi rzeczy przykre, ale dobrze wiemy, w jakim stanie jest obecnie Księżyc,
narażony na kosmiczne burze, całkiem dziurawy, skorodowany, zużyty…
Księżyc obiegł naszą planetę dokoła i oto znaleźliśmy się znowu nad Skałami Cynkowymi.
Rozpoznałęm je z prawdziwym przerażeniem; nawet w najczarniejszych przewidywaniach
nie przypuszczałem, że ujrzę je tak bardzo zmniejszone wskutek odległości.

Po czarnej kałuży morza snuły się łodzie naszych towarzyszy, już bez drabin,
teraz całkowicie bezużytecznych. Sterczał natomiast z tych łodzi
las długich żerdzi czy lanc.

Każdy dzierżył w ręku jedną taką lancę, zakończoną czymś w rodzaju harpuna czy haka, może w nadziei,
że uda się jeszcze ostatni raz zeskrobać trochę księżycowego twarogu,
a może po to, żeby przyjść z pomocą nam, nieszczęsnym.
Pewnej nocy obserwowałem, jak zwykle, niebo za pomocą mego teleskopu.
Zauważyłem, że na galaktyce odległej o sto milionów lat świetlnych sterczy jakiś plakat.
Było na nim napisane: WIDZIAŁEM CIĘ.
Zrobiłem w myśli szybkie obliczenie: światło z galaktyki potrzebowało stu milionów lat,
żeby do mnie dotrzeć, a ponieważ to, co się tu działo, tam widziano z opóźnieniem stu milionów lat,
chwila, w której mnie widziano, musiała sięgać dwustu milionów lat wstecz.
Nim jeszcze zajrzałem do terminarza, żeby sprawdzić, co takiego robiłem owego dnia,
ogarnęło mnie mrożące krew w żyłach przeczucie: właśnie przed dwustu milionami lat,
ani o dzień wcześniej, ani o dzień później, przydarzyło mi się coś,
co zawsze starałem się trzymać w tajemnicy […]

Najlepszym wyjściem z sytuacji było udawać, że nic nie zaszło,
bagatelizować znaczenie tego, co mogli o mnie wiedzieć.
Toteż nie tracąc czasu, umieściłem dobrze na widoku plakat,
na którym napisałem po prostu: I CO Z TEGO?

Dodaj komentarz