przybieżeli do stajenki i opadły im szczENki…

acha, zapomniałam Wam napisać, że jakiś czas temu – w połowie sierpnia – zupełnym przypadkiem wylądowalismy nad morzem.
a było to tak: z okazji wizyty SuperBadiego zamarzył nam się weekend na łonie przyrody, trawa do kolan, szum drzew
i obłoczki sunące po niebie niczym stado puchatych baranków. acha, no i żeby było blisko Warszawy, bo nie mamy czasu na podróże.
padło na agroturystykę w okolicach puszczy kampinoskiej. że niby malownicza stadnina koni, stajnia dorado, szumiący las,
błękitne jezioro, przytulne domki holenderskie, miejsce na ognisko, spacery, rowery oraz „kochamy pieski, przybywajcie!”.
no to zapakowaliśmy pół Lidla i ćwierć Tesko do bagażnika – i przybywamy! ihaaaaa! :)
i oto stała sie jasność. w temacie.
pokonawszy przepisową ilość kilometrów – stanęliśmy u bram. przez chwilę mieliśmy jeszcze nadzieję, że GPS sie pomylił.
ale niestety nie.
wjechaliśmy więc na zasrane podwórko pełne wałęsających się bezpańsko i ujadających psów. acha, faktycznie – „kochamy pieski”.
po lewej rozwarta na oścież stodoła ziejąca zakwasem przemoczonego siana, po prawej – kanciapy, pakamery, drewutnie i bałagan.
z tyłu duszne i brudne stajnie pełne bzyczących much i odoru końskiego łajna.
ejno, nie przyjechaliśmy przecież do uzdrowiska w Rabce, no luuuuz – damy radę!
wysiedliśmy z samochodu. wokół żywego ducha. w oddali majaczy się smętna wysepka wydeptanego piachu,
po której snuje się smętny konik z równie smętnym jeźdźcem na grzbiecie. muchy bzyczą w słońcu. komary rypią.
ja pierdolę i chcę wsiadać do samochodu, ale Syd powstrzymuje mnie groźnym spojrzeniem. czyli że mam nie marudzić.
dobra, sami zobaczycie! – myślę sobie i burmuszę się w sobie.
po kwadransie nawoływania żywej duszy – pojawia się niechętnie jakaś pani, która mówi, że owszem – malownicza stadnina koni,
stajnia dorado, szumiący las, błękitne jezioro, przytulne domki holenderskie, miejsce na ognisko, spacery, rowery…
proszę, niech państwo podjadą, tam… nad jezioro… domek już czeka!
podjeżdżamy więc. błękitne jezioro z plażą okazuje się mętną kałużą pośród gęstych chaszczy, gdzie nie dociera ani jeden promień słońca.
piaszczysta plaża to kilka wiader żółtego piachu wysypanego nad brzegiem brejowatej kałuży. komary rypią tu sto razy bardziej.
przytulny domek holenderski (w narracji właścicielki: „dwie sypialnie i salonik” 160pln/doba + 40pln/doba za dwa psy = 200pln)
okazuje się zatęchłą przyczepą kempingową z lat 80-tych (dwie rozkładane leżanki dla krasnoludków,
sufit na wysokości ramienia SuperBadiego, wszystko lepkie z brudu i starości)
nad którą nieudolnie wiatę ze starych desek i doczepiono z boku Toi-Toi.
ohyda.
ogarnął nas pusty śmiech. w ciągu 5 minut przeszliśmy ekspresowy kurs asertywności i… wsiedliśmy z powrotem do samochodu.
nie wiem, czy bardziej zrozpaczeni byliśmy na okoliczność zmarnowanego weekendu
czy na okoliczność zmarnowanych 2 kilogramów kiełbasy na ognisko.
póki co – uciekaliśmy. chmara komarów goniła nas przez kolejne kilometry,
postanowiliśmy jednak jechać. gdzieś. żeby ta kiełbasa się nie zmarnowała.
Syd kartkowała od niechcenia samochodowy atlas Polski. nagle spomiędzy stron wypadła karteczka z numerem telefonu
pana Jacka z Wyspy Sobieszewskiej, gdzie spędziłyśmy ostatnie święta wielkanocne. no wiecie – morza szum i rezerwat ptaków.
tyle że 350 kilometrów dalej. wzdychamy. ja oczywiście wzdycham najgłosniej i najbardziej znacząco.
Syd patrzy na Daniela siedzącego za kierownicą. ja zaczynam podskakiwać.
Syd wystukuje numer do pana Jacka, który mówi, że… oczywiście! pamięta nas! zaprasza! ma dla nas domek!
130 pln/dobna + psy gratis. ja: piszczę z radości.
JEDZIEMY! po chwili wszyscy piszczymy z radości. Kumok puszcza bączka na wiwat.
polskie drogi. toczymy się miarowo bez zbytnich szaleństw. na miejsce docieramy w nocy.
a mieliśmy tylko skoczyć do stajni i z powrotem ;P
– Cy bendzie wydawane jedzenie?
– Ciap, ciap, ciap… mlask!
– Kanapka tes moze być…
– Wujek! Tfoje ocy robiom siem cienszkie… bardzo ciemszkie… tfoja renka opada… a tfoja kanapka…
SuperBadi jest mientki i daje muflonom wylizać talerzyk.
Miszur twierdzi, że „som na wuju okruszki i Misur musi popszontać!”
tymczasem Kumok wykonuje pas-de-deux przed lodówką, Miszur wyje z urojonego głodu, a my idziemy spać.

2011-08-19

—————————————————————

archiwalne komentarze z zazie-dans-le-metro.blog.pl

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top