get off of my cloud!

piątek-piątek, festiwal mapeciątek. oto dobiega końca tydzień obfitujący w ciekawe zwroty akcji,
przewroty i protuberancje, nowe twarze, mopsie historie, deszcze ze śniegiem i pierwsze wiosenne burze.
niewątpliwie – zaliczyłam szalony bieg na wątpliwą orientację, pełen uników, zuchwałych skoków przez płot
i przypadkowo rozprutych rękawów. siedzę oto sama w domu, mopsy pochrapują miarowo, gdzieś w oddali szumi pomnik lotnika.
wypijam kolejne litry soku pomidorowego, przerabiam rozdział za rozdziałem i modlę się o rychły koniec.
długoterminowe zlecenia doprowadzają mnie do szewskiej pasji. podszywanie się pod cudzą składnię przyprawia mnie o mdłości.
nie, nie piszę prac magisterskich. fabrykuję glitter bullshit i opakowuję go starannie w szeleszczące sreberko.
myślę sobie, że w ramach ektrawagancji piątkowej nocy położę się zaraz spać
i wstanę jutro o szóstej porannej, by ponownie zabrać się do pracy.
i będzie to ostatni weekend, który sama sobie zjebałam. na własne osobiste i pobożne życzenie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

3 Comments

  1. May23 maja 2012

    ja również w kwestii plakaciku – doprawdy, jest prima sort:)

    Odpowiedz
  2. zakurzona21 kwietnia 2012

    jak ja lubię to, że czasem piszesz dokładnie to, co Ci w głowie siedzi. to bardzo mi bliskie i często sama nie wierzę, że coś napisałam i jeszcze upubliczniłam :D

    Odpowiedz
  3. viki21 kwietnia 2012

    słitaśny plakacik:) chciałabym taki sobie nad biurkiem powiesić) zazie, produkuj plakaciki i sprzedawaj:)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top