neon neonem, ale
powiem Wam szczerze, że wkurza, zniesmacza i smuci mnie ta cała akcja z warszawskimi „słoikami”
i durnymi podziałami na „my – rodowici” i „wy – przyjezdni”. niby że „nam się należy, bo jesteśmy u siebie”,
a tymczasem „wy nam zabieracie miejsca pracy, pracujecie za najniższe stawki, a podatki płacicie w swoim Ciućmielowie Górnym”.
oraz: „nie podoba ci sie w Warszawie to wypierdalaj, a nie pracujesz tu i narzekasz”,
a także: „ja jebie, neonowym symbolem stolicy zostały warszawskie słoiki?! no nieee…, pora umierać!”
no doprawdy. jakże mi was zajebiście szkoda, moi ziomkowie warszawscy, arystokracjo stołeczna z Żoliborza i Mokotowa,
moi lordowie blokowisk z sygnetami rodowymi Ursynowa i Woli, ksenofobiczne trzęsidupki z Saskiej Kępy i Muranowa –
wstydzilibyście się!
życzę wam serdecznie i z bezinteresowną złośliwością, żebyście to samo
usłyszeli na swój temat w Londynie, Berlinie, Amsterdamie, Barcelonie, Paryżu
czy gdziekolwiek tam jeszcze chcecie jechać „się lansować” i zażywać światowego życia –
z polską kiełbasą w plecaku, warszawskim dowodem osobistym i światopoglądem ze szlacheckiego zaścianka.
czy naprawdę macie aż tak małe fiutki i jeszcze mniejszy rozumek, by poprawiać sobie nadwątlone ego
zaglądaniem w cudze dowody osobiste i skrobaniem brudnym pazurem pod korą prowincjonalnych drzew genealogicznych?
srsly? naprawdę czujecie się aż tak zagrożeni?
że oto do warszawskiego korytka ustawia się długa kolejka prosiąt wygłodniałych sukcesu i pieniędzy,
gotowych – waszym zdaniem – pokornie ssać każdą korporacyjną lochę, byle by tylko pożyć i umrzeć w wielkim mieście.
i dla was, biedniutkich warszawiaczkuff, już nie starczy cukierków, tak?
ojoj.
może ja też powinnam zacząć się bać?
jestem rodowitą warszawianką, urodzoną u schyłku lata roku 1978,
z rodzinnymi historiami z Powstania Warszawskiego, stołeczną tradycją bla bla bla i resztą miejskich legend.
och, jak cudownie jest obtaczać się niczym pączek w cukrze-pudrze w tej swojej drogocennej „stołeczności”.
och, teraz noszę się warszawsko i nonszalancko,
choć jako smarkacz kolana i zęby wybijałam sobie na podłych ulicach Szmulek i Targówka.
tymczasem rozglądając się pośród najbliższych przyjaciół i znajomych – z satysfakcją muszę stwierdzić,
że od ponad 10 lat obracam się w środowisku samych „słoików” :D
zaczęło się na studiach, a potem to już… poszły konie po betonie! ;)
a raczej – po warszawskim bruku.
rodowitych i dumnych „Warsiawiakuff” wśród moich przyjaciół mogę policzyć na palcach jednej ręki.
ooops!
a więc to tak. to wszystko ich wina. to pewnie dlatego mam depresję, problemy i brakuje mi kasy.
to oni zabierają moje pieniądze, moje awanse, moje przywileje, moje warszawskie splendory i śródmiejskie lanse!
Wrocław! Kłodzko! Bielsko-Biała! Łomża! Zamość! Nowy Sącz! Białystok! Lublin! – to wasza wina :)))
moje wy Słoiki najulubieńsze :*
co ja bym bez Was… :)))
xoxo

a skąd się wzięły te nieszczęsne „słoiki”, które – po weekendzie w rodzinnych stronach – zwykły tachać do stolycy domowy bigos, pierogi mamusi
i gołąbki w sosie pomidorowych, których smak śni się nam jeszcze przez wiele nocy?
jesienią 2012 roku dumny warszawski kierowca autobusu linii 510
na trasie: Dworzec Centralny – Nowodwory (czyli na mój ukochany Tarchomin!)
zwyzywał pewnego zagubionego młodziana, pragnącego zakupić „bilecik do kontroli”:
– Wy przyjezdni, słoiki, to wiecznie macie problem! Tylko na Tarchomin ciągle ktoś ode mnie kupuje bilety.
Mógł pan sobie kupić bilet wczoraj, a nie zawraca mi teraz głowę.
Wy to w ogóle jesteście jacyś dziwni – miał powiedzieć kierowca.
tja.
bo MY-RODOWICI WARSZAWIACY to z mlekiem matki wysysamy
nawet bilety autobusowe.
nie mówiąc już o światowym obyciu, tolerancji i kosmopolityzmie.
oł jee.
– – – – – – – – –
Prago, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto chłodnik jadł w Rusałce.
Dziś piękność Wileńskiej w całej ozdobie
Widzę i opisuję, gdy tak sobie chodzę.
Matko Boska Szmulkowska,
Co stoisz u mnie w bramie! Ty, co żulom drobne
Na wino pomagasz znaleźć.
Jak narkomanów do zdrowia powróciłaś cudem,
Tak nas powrócisz cudem na Starej Pragi łono.
Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych kamienic, jeszcze nie spalonych
Szeroko nad Stalową, Strzelecką rozciągnionych;
Do tych ulic malowanych zbirem rozmaitem,
Wyzłacanych dresiar, posrebrzanych nitek;
Gdzie jak w morde dostajesz, to nie darmo
Gdzie panieńskie rumieńce umilają noc parną
A postacie barwne dyskutują o głupotach
A ja siedzę na ławce w klapkach Kubota.
autor: Fifti z Wileńskiej [link]
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Dodaj komentarz