łkałam ostatnio na blogusiu, jak głęboko mnie upokorzyła oraz gwałtownie sponiewierała
trwająca przeszło tydzień grypa żołądkowa, w ramach której zaliczyłam:
spazmy na łazienkowym dywaniku, nirwaniczne omdlenia i majaczenie,
konwulsje na sedesie i jodłowanie wprost z trzewi do plastikowej miski.
och, no nie byłabym sobą, gdybym zataiła przed światem tak malownicze sceny rodzajowe,
jednak winna wam jestem oficjalne przeprosiny i publiczne dementi. gdyż skłamałam.
to nie była grypa żołądkowa w środku lata.
o nie!
to było coś o wiele bardziej zaskakującego.
oświeciło mnie dopiero w poniedziałek – po weekendowej przerwie od całotygodniowego rzygania –
zwłaszcza, że sobota i niedziela dały mi wolne także od codziennej owsianki
z najzdrowszymi na świecie i cudownie odżywczymi jagodami goji,
pełnymi witamin, antyutleniaczy, eliksirów długowieczności i magicznych mocy.
wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po poniedziałkowym goji-śniadanku –
najpierw zgięło mnie wpół i wykręciło w chińskie osiem,
a potem – kiedy już odzyskałam władzę w nogach i dowlokłam się do łazienki –
sponiewierało mnie po stokroć bardziej niż ostatnio i praktycznie “wyćwarzyło” na drugą stronę.

wat da hell iz dat?!!
płatki owsiane pozostawały poza wszelkimi podejrzeniami.
spazmatyczne skurcze żołądka i spektakularne torsje nie ustawały
dopóki nie zwróciłam rzeczywistości ostatniego czerwonego ziarenka.
trującym winowajcą okazały się niestety jagody goji.
cudowne, życiodajne, super zdrowe, wychwalane w internetach i w chuj drogie.

WTF?!! – to po pierwsze.
czyżbym była uczulona? mam jakąś cholerną nietolerancję na eliksir życia?
oraz: czy te królicze bobki na pewno są zdrowe?
a po drugie – o co właściwie chodzi z tymi jagodami?
dlaczego wszyscy szaleją na ich punkcie i płacą dziesiątki złotych za kilogram suszu w zgrzanej w folii?
i w ogóle – co mnie z nimi podkusiło?
ach pamiętam! najpierw Czmuda, a potem moja własna Matka:
– że oto świat odkrył cudowne panaceum na otyłość brzuszną, depresję endogenną, twarde stolce,
nietrzymanie moczu, refluks żołądkowy, zaburzenia osobowości, swędzenie nadgarstków, niepewną orientację seksualną,
tiki nerwowe, słaby metabolizm, kurzą ślepotę i kulawiznę. tak w dużym skrócie.

oraz że piszą o tym wszystkie magazyny dla pań i panów, trąbią telewizje śniadaniowe,
celebryci już dawno zamienili się w mobilne przetwórnie jagód goji na piękno i urok osobisty,
a serwisy internetowe prześcigają się w zamieszczaniu udokumentowanych (before&after) uzdrowień.
oh please, gimme that shit!

świetnie! – przyklasnęłam wtedy – a zatem wpierdalajmy jagody goji! garściami!
no i mnie pokarało.
a gdy emocje opadły, pył na pobojowisku-rzygowisku osiadł równą warstwą, a ja ostatkiem sił
zebrałam się do kupy – wtedy też puknęłam się ostro w ten głupi pusty łeb i postanowiłam sprawdzić,
czym ja się właściwie zatrułam… i to na własne życzenie.
Wittgenstein mawiał, że „granice mojego języka oznaczają granice mojego świata” –
od siebie dodam tylko, że aktualnie granice świata danej jednostki ludzkiej wyznaczają także
ustawienia użytkownika przeglądarki internetowej oraz opcje szukania w googlach.
tyle wiemy o świecie, ile nam wyskoczy w wynikach gugla.
w kwestii „jagód goji” polski internet – oprócz zdawkowej zajawki,
że „kolcowój pospolity, inaczej szkarłatny, bla bla bla…”

karmi nas głównie czystą poezją
(jestem pewna, że niebawem styl goji stanie się nową odmianą haiku):
czerwone diamenty
owoce długowieczności
eliksir zdrowia z Tybetu
o dziwo, na pierwszym miejscu w wynikach wyskakuje wysoko pozycjonowany blog,
na łamach którego anonimowa blogerka – będąca jak mniemam początkującą “pisarką” treści reklamowych
i precli za grosze – kleci peany i legendy na temat goji:
“pochodzi z gór Himalajów, stamtąd wraz ze sztormem, jej nasiona przeniosły się do Ameryki Północnej
i dalej do Europy. (…) Chińczycy oddają hołd tej niezwykłej roślinie. (…) Goji już od zamierzchłych czasów
tworzy niepodzielną część jadłospisu obywateli gór Himalajów. (…) Li Qing Yen, który żył on 252 lat i codziennie spożywał goji. (…)
Li Qing Yen w wieku 11 lat spotkał 3 mędrców, którzy mieli ponad 300 lat. Nauczyli oni go sztuki długowieczności,
odpowiedniej diety i zielarstwa. Później, gdy miał 50 lat spotkał innego mędrca, który żył 500 lat.
Li nauczył się od niego, codziennego spożywania zupy z jagód goji”
dalej blogerka przedstawia równie ezoteryczną analizę składu cudownych jagód:
* 6 podstawowych witamin
* 11 podstawowych mikroelementów
* 22 dietetyczne pierwiastki śladowe
* 18 aminokwasów
* 8 polisacharydów
* 6 monosacharydów
* 5 nienasyconych kwasów tłuszczowych (niezbędne kwasy tłuszczowe, kwas linolowy i alfa-linolowy,
beta-sitosterol oraz inne sterole roślinne).
* 5 karotenoidów, w tym beta-karoten i zeaksantynę, luteinę, likopen i beta-kryptoksantynę, ksantofil
wiele pigmentów fenolowych
statystycznie rzecz ujmując – zajebiście. tyle że poproszę o konkrety!
niestety konkretów brak. mamy za to całe akapity o tym, że nie wolno kupować goji na allegro,
bo zamiast “czerwonych diamentów” sprzedadzą nam spleśniałe bobki wiewiórki, wilcze jagody
lub w najlepszym wypadku brykietowany węgiel drzewny, który i tak połkniemy bez popitki,
bo jesteśmy przecież głupi i naiwni.
na szczęście anonimowa blogerka (która – jak się okazuje – prowadzi także innego bloga o nasionach konopii)
spieszy nam z pomocą i w każdym akapicie podlinkowuje adres www do sklepu internetowego
jednego z głównych importerów i dystrybutorów goji na polskim rynku.
niestety na stronie sklepu dowiadujemy się niewiele więcej ponad to, że:
“owoce goji pod względem wartości odżywczych zaszeregowane są
między najbardziej wartościowe owoce naszej planety”
nosz kurwunia! cud! panaceum! kwiat paproci! bierzem w ciemno!
i od razu 1 kg za 65 zł, a resztę składu doczytamy sobie później – w oczekiwaniu na życiodajną przesyłkę z zabrza.
kiedy poczta polska czyni swoją powinność, możecie spokojnie oddać się lekturze „fachowej literatury” na temat jagód goji.
a wiadomo, że w Polsce tylu fachowców i specjalistów, ilu użytkowników podłączonych do internetu.
zawzięłam się i przekopałam większość polskich stron zachwalających uzdrawiającą moc jagód goi
oraz mnóstwo ofert zakupu tychże po wyjątkowo promocyjnych cenach.

„lycium barbarum” czyli faktycznie ten kolcowój pospolity. bardzo zdrowy. pomaga na wszystko.
wszystkiego ma bardzo dużo. suszony na słońcu.
a, a tu już po prostu: owoce długowieczności i czerwone diamenty. bez łaciny, bo i tak nikt nie zrozumie…

o, ma witaminy A i E. zupełnie jak marchew, papryka i pomidor. ciekawe, czy była suszona na słońcu?
nie wiadomo, ale na pewno zakonserwowali ją siarką.
hmmm… ani słowa o witaminie C, której goji ma ponoć pierdyliard tysięcy jednostek na ziarenko. dziwne.
a gdzie wzmianka o aminokwasach, polisacharydach i tajnych mocach tybetańskich mnichów?
a tu nie ma żadnej wzmianki. bo po co?

każdy je goji i mu „stoji”. wystarczy.
jagody goji. oni som z Chin. oni majom atest numer zerosiedemset.

kup. jedz. spożyj przed 2014. bądź active.
ej mała, łykaj tabletki, szybciej zadziała!

jagoda licyjska to Lycium barbarum, o co takie larum?!

o taaak, Lycium Barbarum! bardzo zdrowe!
c*uja tam zdrowe! jagody goji to przecież Lycium chinense!

oni som od wszystkiego! od głowy bolenia i kuśki stojenia!
jedyne oryginalne goji Lycium chinense:

prosto z Chin!
wal się na ryj!! goi berry jedyne prawdziwe od chłopa:

Lycium barbarum, co ma small shiny red oval berries, stoi jak byk napisane!

ja się naprawdę nie chcę czepiać o to, że jedni twierdzą, że goji ma 2500 jednostek witaminy X,
a drudzy, że nieprawda, bo 25.000 tychże jednostek tejże witaminy.
w dupie mam, czy goji jest malowniczo suszona na słońcu
czy może raczej płukana w sodzie oczyszczonej, a potem konserwowana dwutlenkiem siarki.
zwisa mi, czy bardziej pomaga na żylaki odbytu przy grupie krwi AB Rh+ czy może wzmaga produkcję żółci.
naprawdę wali mnie to, że wszelkie badania mające na celu udowodnienie
zdrowotnego oddziaływania jagód goji – prowadzone były na standaryzowanych ekstraktach owoców,
czyli sproszkowanych wyciągach zawierających substancje czynne, a nie na prawdziwych owocach
wchłaniających się w przewodzie pokarmowym człowieka.
naprawdę mniejsza o to.
no to o co mi właściwie chodzi?! w czym problem?!
że się zatrułam i przez tydzień rzygałam, mdlałam i wiłam się w konwulsjach?!
czy to jest sprawa domagająca się powszechnej uwagi?!
z żalem przyznam, że niestety nie.
natomiast problemem jest według mnie fakt, że międzynarodowa nazwa handlowa „goi berry”
odnosi się do dwóch różnych (!), lecz blisko spokrewnionych ze sobą,
gatunków rośliny psiankowatej o nazwie “kolcowój” (łac. Lycium).
– cudowną “jagodą goji” jest więc według sprzedawców zarówno:
KOLCOWÓJ CHIŃSKI – Lycium chinense (z chiń.: 枸杞 pinyin: gǒuqǐ) –
który pochodzi z obszarów południowych, a jego owoce (czerwone jagody o długości do 2 cm)
w tradycyjnej medycynie chińskiej są ważnym lekiem stosowanym jako środek pobudzający,
zwiększający wytrzymałość, osłaniający wątrobę i poprawiający wzrok.
jak również:
KOLCOWÓJ POSPOLITY (in. szkarłatny) – Lycium barbarum (z chiń.:寧夏枸杞 pinyin: níngxià gǒuqǐ)
który uprawiany jest na północy (przede wszystkim w Autonomicznym Regionie Ningxia Hui,
który jest jednym z najuboższych i najbardziej zanieczyszczonych obszarów Chin),
jego owoce są niemal identyczne (czerwone podłużne jagody o długości do 2 cm),
ale cała roślina w klasyfikacjach botanicznych jest określana jako trująca, a szczególnie jej mało dojrzałe owoce.
Przypadki zatrucia przypominają zatrucie atropiną i solaniną. Opisane są w literaturze śmiertelne zatrucia u cieląt i owiec,
zatrucia zdarzają się też u dzieci i młodzieży. U zatrutych zwierząt stwierdza się porażenie układu nerwowego,
paraliż mięśni i zaburzenia w funkcji przewodu pokarmowego.
Badania na zawartość atropiny w owocach kolcowoju prowadzone w Tajlandii i Chinach wykazały zmienną zawartość alkaloidu,
nie przekraczającą wszakże 19 ppb, co jest stężeniem dalekim od toksycznego.
nie, nie twierdzę, że Kolcowój pospolity (Lycium barbarum) jest groźną trucizną.
wszak Chińczycy radośnie gotują sobie z niego zupę.
ale to Chińczycy – zaprawieni w gastrycznych bojach o przetrwanie gatunku.
choć być może nie dość głośno mówi się o tym, że skażenie powietrza i żywności w Chinach jest alarmujące –
do tego stopnia, że naukowcy z Uniwersytetu w Tianjinie opracowali domowy test
pozwalający przeciętnemu konsumentowi wykryć ponad 60 rodzajów trucizn występujących
w powszechnie dostępnych produktach żywnościowych.
ciekawe dlaczego żaden z propagatorów “uzdrawiającej jagody goji” nie zastanowił się,
na ile “organiczne i ekologiczne” mogą być rośliny uprawiane w najbiedniejszym przemysłowym regionie północnych Chin,
tuż nad najbardziej zanieczyszczoną Żółtą Rzeką, której 33% wód według badań z 2007 roku klasyfikuje się poniżej “poziomu 5”
jako niezdatna do picia oraz nienadająca się dla rolnictwa i rybołówstwa.
nie jestem specjalistką, nie znam się za cholerę, ale tak na zdrowy chłopski rozum… – no sami pomyślcie?!
w anglojęzycznym internecie jak byk stoi informacja, że do przemysłowej hodowli “jagód goji” w Chinach
wykorzystuje się nie Lycium chinense, ale odporniejsze na klimat i większe krzewy Lycium barbarum,
których owoce są tak delikatne, że muszą być strząsane z krzewów, aby ich nie uszkodzic podczas zbiorów.
niestety same owoce kolcowoju pospolitego są podatne na atak owadów i szkodników,
dlatego na plantacjach cudownej “goji berry” używa się ton insektobojczych pestycydów
(w tym fenwaleratu, cypermetryny i acetamipryd) oraz środków grzybobójczych (np. triadimenol i izoprotiolan).
oczywiście chińskie standardy przemysłowe i zdrowotne dopuszczają używanie tych substancji
i zezwalają na wysoki poziom “pozostałości” tych trucizn w owocach przeznaczonych do spożycia,
ale już amerykański departament rolnictwa USDA nie dopuszcza jagód goji z niektórych plantacji do obrotu na terytorium USA.
niestety polscy dystrybutorzy jagód goji nie podają na opakowaniach informacji o tym,
z jakiej dokładnie rośliny pochodzą suszone owoce. nie załączają żadnych certyfikatów o “organicznych plantacjach”.
nie informują także, jakie dokładnie substancje chemiczne zawarte są w cudownych jagodach;
nie podają również żadnych ostrzeżeń odnośnie zalecanej ilości spożywanych owoców,
ograniczeniach wiekowych i zdrowotnych oraz ewentualnych objawach ubocznych.
okazuje się, że nie jestem jedyną ofiarą toksycznej mocy jagód goji –
czytelników zainteresowanych pełnym spektrum możliwych objawów ubocznych odsyłam TUTAJ.
ja rozumiem, że mogę być nadwrażliwa na niektóre substancje czynne Lycium barbarum,
(zwłaszcza przy moim skopanym i wyczulonym układzie nerwowym)
ale może jednak nam – konsumentom – należałaby się bardziej rzetelna informacja,
z czym tak naprawdę mamy do czynienia w ramach tej ogólnej histerii na cudotwórstwo jagód goji?!
zwłaszcza, że nie zdobywamy ich pokątnie w czarodziejskim sklepie nielegalnego imigranta z Chin,
który, szepcząc zaklęcia, odsypuje nam tajemnicze ziarenka z wiekowej szkatuły –
tylko kupujemy ten gówniany szuwaks za ciężkie pieniądze w supermarketach i sklepach „organic eko food, cud & miód”
w opakowaniach firmowanych przez oficjalnych i czołowych producentów „zdrowej żywności”,
którzy na rynku pozycjonują się jako odpowiedzialni, świadomi i godni zaufania.
ale wiecie co?
rzygam na wasza zdrową żywność i sram na egzotyczne diamenty życia.

wracam do jedzenia kaszy jaglanej i buraków.
przynajmniej są tańsze.
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.



Dodaj komentarz