Nieznani mi mieszkańcy odosobnionej konstelacji

[Italo Calvino, Wszystkie opowieści kosmikomiczne]

Lata świetlne

„Im bardziej jakaś galaktyka jest odległa, tym szybciej się od nas oddala. Galaktyka, która by się znajdowała o 10 miliardów lat świetlnych od nas, uciekałaby z prędkością równą prędkości światła – 300 tysięcy kilometrów na sekundę. Niedawno odkryte quasi-gwiazdy są zapewne bliskie tego progu.
Pewnej nocy obserwowałem, jak zwykle, niebo za pomocą mego teleskopu. Zauważyłem, że na galaktyce odległej o sto milionów lat świetlnych sterczy jakiś plakat. Było na nim napisane: Widziałem cię. Zrobiłem w myśli szybkie obliczenie: światło z galaktyki potrzebowało stu milionów lat, aby do mnie dotrzeć, a ponieważ to, co się tu działo, tam widziano z opóźnieniem stu
milionów lat, chwila, w której mnie widziano, musiała sięgać dwustu milionów lat wstecz.

Nim jeszcze zajrzałem do terminarza, żeby sprawdzić, co takiego robiłem owego dnia, ogarnęło mnie mrożące krew w żyłach przeczucie: właśnie przed dwustu milionami lat, ani o dzień wcześniej i ani o dzień później, przydarzyło mi się coś, co zawsze starałem się trzymać w tajemnicy. Miałem nadzieję, że z biegiem czasu epizod ten ulegnie zapomnieniu; był on w jaskrawej
sprzeczności – tak mi się przynajmniej wydawało – z moim postępowaniem sprzed tej daty i po niej; toteż gdyby nawet ktoś próbował odgrzebać tę starą historię, czułem się w prawie zaprzeczyć jej z całym spokojem sumienia, nie tylko dlatego że nikt nie zdołałby mi tego udowodnić, ale i dlatego że fakt wywołany okolicznościami tak dalece wyjątkowymi, nawet jeśli wydarzył się rzeczywiście, był w gruncie rzeczy tak nieprawdopodobny, że ja sam w najlepszej wierze mogłem go uznać za niebyły. A tymczasem okazuje się, że ktoś mnie wtedy dojrzał z jakiegoś dalekiego ciała niebieskiego, i cała historia ni stąd, ni zowąd ma wyjść na jaw. Oczywiście mogłem wytłumaczyć to wszystko, co się wtedy stało, i w jaki sposób mogło do tego dojść, mogłem mój postępek, jeśli nie usprawiedliwić, to przynajmniej uczynić zrozumiałym.

Pomyślałem, żeby natychmiast odpowiedzieć, także za pomocą plakatu zawierającego jakąś formułę obronną, w rodzaju: „Pozwólcie sobie wytłumaczyć” albo: „Chciałbym was widzieć na moim miejscu”, ale to nie byłoby wystarczające i trzeba by było napisać więcej niż krótką, syntetyczną wypowiedź, dającą się odczytać z tak wielkiej odległości. A przede wszystkim musiałem być ostrożny, nie zrobić fałszywego kroku, nie podkreślać jawnym przyznaniem się do słusznego zarzutu, do którego owo: Widziałem cię, czyniło zaledwie aluzję. Zanim zdecydowałbym się na jakie bądź deklaracje, należało dowiedzieć się dokładnie, co mianowicie z tamtej galaktyki widziano, a czego nie widziano. W tym celu trzeba było wystawić plakat z zapytaniem: „Ale czy
widziałeś wszystko czy tylko trochę?” albo: „Przekonajmy się, czy mówisz prawdę: co ja robiłem?” – a potem odczekać czas potrzebny na to, by stamtąd zobaczono mój plakat, a potem drugie tyle, żeby przeczytać odpowiedź i przystąpić do koniecznych sprostowań. Wszystko to zabrałoby dalszych dwieście milionów lat, a nawet kilka milionów więcej, skoro podczas
przeprowadzania tej korespondencji, przesyłanej z szybkością światła, galaktyki nie przestawały się od siebie oddalać, a więc i tamta konstelacja nie znajdowała się już tam, gdzie ją widziałem, tylko trochę dalej, a obraz mojego plakatu musiałby ją gonić. Jednym słowem była to procedura bardzo powolna, zmuszająca mnie do odgrzebywania incydentu sprzed przeszło czterystu milionów lat – incydentu, o którym pragnąłem jak najprędzej i jak najzupełniej zapomnieć.

Najlepszym wyjściem z sytuacji było udawać, że nic nie zaszło, bagatelizować znaczenie tego, co mogli o mnie wiedzieć. Toteż nie tracąc czasu, umieściłem dobrze na widoku plakat, na którym napisałem po prostu: I co z tego? Jeżeli ci z tamtej galaktyki liczyli, że mnie wprawią w zakłopotanie swoim: Widziałem cię, mój spokój powinien zbić ich z tropu i powinni dojść do
przekonania, że nie ma co się nad tym incydentem zbytnio rozwodzić. A w razie, gdyby tamci mieli w ręku jakieś dowody obciążające, to takie niezobowiązujące zapytanie: I co z tego? spełniłoby rolę ostrożnego sondażu co do rozciągłości ich stwierdzenia: Widziałem cię. Dzieląca nas odległość (od tamtego miejsca odległego o sto milionów lat świetlnych galaktyka musiała już odsunąć się o jakiś milion stuleci, pogrążając się w ciemność) mogłaby uczynić mniej oczywistym związek mojego pytania: I co z tego? z ich oświadczeniem: Widziałem cię sprzed dwustu milionów lat, ale nie wydawało mi się wskazane umieszczanie na plakacie bardziej szczegółowych wyjaśnień. Bo jeżeli pamięć tamtego dnia po upływie trzech milionów wieków nieco już przybladła, to nie zależało mi wcale na tym, by ją odświeżać. W gruncie rzeczy opinia, jaką mogli sobie o mnie wyrobić przy tamtej szczególnej okazji, nie powinna mnie była tak znów bardzo obchodzić. Późniejsze fakty z mojego życia na przestrzeni lat, stuleci i tysiącleci, przemawiały – przynajmniej w znacznej większości – na moją korzyść, mogłem więc śmiało pozwolić, by fakty mówiły same za siebie. Jeżeli ktoś z tego dalekiego ciała niebieskiego widział, co robiłem przed dwustu milionami lat, to zapewne widział mnie także nazajutrz i przez szereg innych
dni i przypuszczalnie stopniowo zmienił tę negatywną opinię, jaką sobie mógł o mnie wytworzyć, osądzając mnie pochopnie na podstawie jednego odosobnionego epizodu. Wystarczało pomyśleć o tej ogromnej liczbie lat, jakie upłynęły, odkąd słowa: Widziałem cię zostały napisane, aby nabrać pewności, że tamto ujemne wrażenie dawno już się zatarło, ustępując miejsca ocenie według wszelkiego prawdopodobieństwa pozytywnej, a zarazem bardziej odpowiadającej prawdzie. Jednakże ta wyrozumowana pewność nie wystarczała, żeby przynieść mi prawdziwą ulgę. Czułem, że dopóki nie będę miał dowodu zmiany tej opinii na moją korzyść, nie pozbędę się niemiłego poczucia, że zaskoczono mnie w żenującej sytuacji i niejako do niej
przygwożdżono.

Powiecie mi, że doskonale mogłem gwizdać na to, co o mnie myślą nieznani mi mieszkańcy odosobnionej konstelacji. Rzeczywiście, przedmiotem mojej troski była nie tyle opinia o mnie, krążąca w zasięgu tego czy owego ciała niebieskiego, ile podejrzenie, iż konsekwencje faktu, że mnie stamtąd dostrzeżono, mogą wręcz nie mieć granic. Dokoła tamtej galaktyki istniało wiele innych, niektóre z nich w odległości mniejszej niż sto milionów lat świetlnych, i wszędzie tam mogli czuwać obserwatorzy z dobrze otwartymi oczyma. Napis: Widziałem cię, zanim jeszcze ja go dostrzegłem, został z pewnością odczytany przez mieszkańców innych ciał niebieskich, a później stopniowo to samo mogło następować na innych, bardziej odległych konstelacjach. Nawet jeżeli nikt nie mógł wiedzieć dokładnie, do jakiej szczególnej sytuacji ta uwaga się odnosiła, niejasność ta na pewno nie była dla mnie korzystna. A nawet, jako że ludzie skłonni są zawsze dawać wiarę wersjom najgorszym, to, co w rzeczywistości udało im się zauważyć z odległości stu milionów lat świetlnych, było niczym w porównaniu z tym wszystkim, co na ten temat sobie zmyślili. Ujemne wrażenie, jakie mogłem na kimś wywrzeć w owej chwili nierozwagi sprzed dwóch milionów stuleci, rozrastało się, olbrzymiało, odbijając się we wszystkich galaktykach wszechświata, i nie mogłem go zdementować, jeśli nie chciałem pogorszyć sytuacji, gdyż nie mając pojęcia, do jakich krańcowo oszczerczych dedukcji mogli dojść ci, którzy mnie bezpośrednio nie widzieli, nie wiedziałem, od czego powinienem rozpocząć i na czym zakończyć swoją obronę.

W tym stanie ducha każdej nocy niezmordowanie rozglądałem się wokoło przez teleskop. I trzeciej z kolei nocy spostrzegłem, że i na innej jeszcze galaktyce, odległej o sto milionów lat i jeden dzień świetlny, ktoś wystawił plakat: Widziałem cię. Nie miałem cienia wątpliwości, że napis ten odnosił się do tego samego epizodu – to, co zawsze starałem się utrzymać w tajemnicy,
zostało odkryte nie tylko przez jedno ciało niebieskie, ale i przez drugie, usytuowane w zupełnie innej strefie przestrzeni. I nie na tym koniec, w ciągu następnych nocy zobaczyłem dalsze plakaty z napisem: Widziałem cię, ukazujące się na coraz to nowych konstelacjach. Z obliczeń wynikało, że ów moment, w którym mnie widziano, był zawsze ten sam. Na każde z tych
oświadczeń odpowiadałem nowym plakatem, nacechowanym wzgardliwą nonszalancją w rodzaju: Ach, tak? to bardzo miło, albo: Dużo mnie to obchodzi, a nawet w tonie prowokacyjnie aroganckim, jak: Tant pis, czy: A kuku, to ja! zawsze jednak z pewną ostrożnością, nie chcąc się zbytnio zagalopować.

Jakkolwiek logika faktów kazała mi patrzeć w przyszłość z uzasadnionym optymizmem, to jednak zbieganie się tych wszystkich: Widziałem cię w jednym jedynym punkcie mojego życia – niewątpliwie przypadkowe, wywołane specyficznymi warunkami międzygwiezdnej widoczności (jedynym wyjątkiem było pewne ciało niebieskie, na którym wciąż w odniesieniu do tejże daty ukazał się napis: Ni cholery nie widać) – sprawiało, że siedziałem jak na szpilkach.
Było to tak, jak gdyby w przestrzeni zawierającej wszystkie galaktyki obraz tego, co zrobiłem tamtego dawno minionego dnia, padał na wewnętrzną stronę kuli rozszerzającej się nieustannie z szybkością światła: obserwatorzy ciał niebieskich pojawiających się kolejno w promieniu kuli mogli więc widzieć to, co się wówczas stało. Z kolei każdy z tych obserwatorów znajdował się także niejako w centaim kuli, również rozszerzającej się z szybkością światła i rzucającej odbicie plakatu z napisem: Widziałem cię na wszystkie strony.

Jednocześnie wszystkie te ciała niebieskie wchodziły w skład galaktyk, które oddalały się od siebie w przestrzeni z szybkością proporcjonalną do odległości, każdy wiec obserwator, który dawał znak, że wiadomość otrzymał, zanim mógłby otrzymać następną, był już w zupełnie innym punkcie przestrzeni, oddalając się wciąż z rosnącą prędkością. W pewnym momencie najdalsze z tych galaktyk, które mnie widziały (bądź też widziały napis: Widziałem cię, na którejś z bliższych nam galaktyk, względnie napis: Widziałem twoje „Widziałem cię”, na którejś z bardziej oddalonych), miały osiągnąć granice dziesięciu miliardów lat świetlnych, a z chwilą jej przekroczenia zaczęłyby się oddalać z prędkością trzystu tysięcy kilometrów na sekundę, czyli szybciej niż światło, i żaden obraz nie mógłby ich dogonić. Istniało więc niebezpieczeństwo, że pozostaną przy swojej początkowej mylnej opinii o mnie, opinii, która z tą chwilą stałaby się ostateczna, niemożliwa do sprostowania, bezapelacyjna, a tym samym, w pewnym sensie, słuszna i odpowiadająca prawdziwemu stanowi rzeczy. Konieczne więc było niezwłoczne wyjaśnienie tego nieporozumienia. (…)”

 

Przepraszam. Wybacz mi. Kocham Cię. Dziękuję.

skomentuj przez Disqus ↑    lub    zjedź na sam dół strony ↓ i skomentuj ‚normalnie’ ;)

5
Opublikowany w *all

Jedna myśl na temat “Nieznani mi mieszkańcy odosobnionej konstelacji

Dodaj komentarz