Koniec litości dla otyłości

Jasne, że są ważniejsze rzeczy niż mój jedzenioholizm i otyłość 2 stopnia

ale bądźmy szczerzy: jeśli tusza zaczyna być dla mnie psychiczną przeszkodą w wychodzeniu z domu i normalnych kontaktach towarzyskich, to sprawa zaczyna być nieco bardziej poważna.

To, że w mojej szafie aktualnie wiszą jedynie dwie plandeki, w które jestem w stanie się zmieścić – to jedno. Ale fakt, że zaczynam wstydzić się siebie i unikać nawet najbliższych znajomych – to drugie. Trzecie jest to, że moje ciało nie radzi już sobie z tym nadmiarem i zaczyna stwarzać konkretne problemy.

I błagam, nauczmy się odróżniać nadwagę od otyłości a ciałopozytywność (body positivity) od promowania patologii:

Tak, wiem, że muszę działać i to szybko, bo po przekroczeniu setki – kilogramy zaczynają przyrastać w tempie lawinowym. Wiem też, że wszystko zależy ode mnie, silna wola to podstawa, zdrowe jedzenie, małe porcje, bla bla bla…

Szkopuł w tym, że w obliczu mojej masy-mutant jestem totalnie bezradna. I nie mogę nikogo poprosić o pomoc, bo nikt nie traktuje mojego problemu poważnie. “No bo jak to? Po prostu mnie żryj!”. Jasne, już się robi! Dzięki za radę!

Gdybym piła albo wciągała, stanęłabym zapewne na najwyższym szczeblu drabiny palących problemów społecznych i zostałabym objęta specjalnym programem, odwykiem, wsparciem. Znajomi patrzyliby na mnie zatroskanym wzrokiem, kibicowaliby mojej walce i gratulowali każdego miesiąca abstynencji. Niepijący alkoholik i czysty narkoman stają się bohaterami success stories. I słusznie. Bo walka, którą stoczyli i toczą nadal jest prawdziwie heroiczna. Tymczasem

zwykły grubas traktowany jest z politowaniem i lekkim zażenowaniem

“No po prostu nie jedz tyle…”. Jedzenie nie jest trucizną jak alkohol, narkotyki czy papierosy. Każdy je. Musi jeść, by przeżyć. A to że niektórzy jedzą więcej, to znaczy, że się nie kontrolują, nie panują nad sobą, a ich głód jest silniejszy niż wszelkie zasady, zdrowy rozsądek i składane obietnice. Czy nie tak brzmi opis każdego -holizmu?

Dlaczego nikomu nie przyjdzie do głowy, że nałóg jedzenioholizmu równie mocno niszczy ciało i psychikę, co dragi i alko, sprowadzając nas do roli pół-zwierzęcia dyszącego na widok pajdy chleba.

Wszyscy oburzają się kampanią AMS’u “Jedz ostrożnie” – a że upokarza chorych na otyłość; a że wpędza w poczucie winy; a że wulgarny i agresywny przekaz; a że to i tamto. No błagam. Serio? Dlaczego o innych uzależnionych

tak łatwo przychodzi nam powiedzieć: pijak, ćpun, moczymorda, ale już grubas i tłuścioch jest obraźliwe?

Bądźmy sprawiedliwi. Jeśli twierdzimy, że chcemy “otrzeźwić” uzależnionego i uzmysłowić mu, jak bardzo patologiczny jest jego stan, to niby czemu społeczeństwo nie może nam-grubasom uświadomić naszego faktycznego położenia?

Kampania AMS „Jedz ostrożnie”

 

O ileż bardziej wolałabym, żeby ktoś wprost – patrząc mi w oczy – powiedział: “Olga, jesteś w dupie. Widzę, że się spasłaś do monstrualnych rozmiarów, bo nie kontrolujesz swojego apetytu. Masz problem i to poważny. Trzeba ci pomóc, ale przede wszystkim ty musisz sama sobie pomóc…” – zamiast błądzić wzrokiem dookoła i słodko-kwaśnym tonem mówić: “Nie przejmuj się, nie widać po tobie. Zresztą grube tę jest piękne! A jak zechcesz to na pewno schudniesz raz-dwa!”.

Otóż kurwa nie. Żadne zechcesz i żadne raz-dwa. Bo chcę obsesyjnie i od kilku lat. Chudnę, tyję, chudnę, tyję… Tego nie widać na zewnątrz, ale

całe moje życie od dawna kręci się wokół jedzenia

I bardzo, ale to bardzo pragnę, żeby ktoś lub coś wytrąciło mnie z tego błędnego koła. Mówi się, że alkoholik/narkoman musi osiągnąć dno, by zacząć się leczyć. Co jest dnem dla jedzenioholika? Nie demoluję mieszkania po ruskich pierogach, nie założą mi niebieskiej karty z powodu permanentnego przejadania się, ani nie wyląduje na ulicy z racji tego, że podaż węglowodanów w mojej diecie 10-krotnie przekracza normę. Co jest dnem? Moment kiedy sprzedam się za paczkę czipsów? Wyrwę staruszce siatkę z ciastem drożdżowym? Zabiję kolesia za batonika? Gdzie jest ta granica, po przekroczeniu której jedzenioholik przytomnieje i spostrzega, w jak głębokim bagnie się znalazł…

Ta granica nie istnieje. Dlatego jestem za tym, by na głowy jedzenioholików, grubasów, tłuściochów, otyłych, spaślaków i kolubryny – wylewać wiadra najbardziej lodowatej wody. Póki jeszcze jest czas. Póki nie sprzątnęła ich cukrzyca, miażdżyca, zawał serca, wylew czy rak. Nie znam innego sposobu.

Nie znam go, bo – sama będąc osoba otyłą – nie doświadczyłam nigdy zrozumienia i potraktowania mojego problemu poważnie, jako realnego zagrożenia dla mojego zdrowia, życia i psychiki. Znam tylko uprzejmą pobłażliwość i bagatelizowanie sprawy – z jednej strony. Z drugiej zaś – upokarzanie, wpędzanie w poczucie winy, zawstydzanie. Nie dziwcie się, że wybieram drugą opcję.

Bo wszystko jest lepsze niż fałsz, obłuda, zamiatanie pod dywan i zwykła ludzka obojętność.

 

Nie twierdzę, że kampania AMS’ jest dobra. Bo nie jest. A przede wszystkim nie jest kampanią społeczną, tylko zwykłym konkursem na plakat i wizualną wariacją pt. „jak problem otyłości widzą graficy w zaciszu swoich pracowni”. I tyle. Nie dorabiajmy do tego ideologii. Nie mieszajmy w to nastolatków z anoreksja i bulimią, ani chorych na Zespół Williego-Pradera. Miejmy w końcu odwagę przyznać, że otyłość jest stanem patologicznym i po prostu jest chorobą.  Ale żeby pacjent z otyłością zaczął się leczyć, nie wystarczy mu powiedzieć: „Schudnij odrobinkę, przecież dasz radę!”. Zamiast traktować otyłych jak „śmierdzące jajo” i odsuwać dyskretnie na margines („Schudnąć to nic trudnego, trzeba tylko chcieć! Popatrz na tę laskę z telewizji, schudła chyba z 50kg!”) – wstrząśnijmy nimi i powiedzmy wprost: nieleczona otyłość spowodowana uzależnieniem od jedzenia grozi śmiercią. Tak jak alkoholizm i narkomania.

A to, czy owo uzależnienie od jedzenia, jest kompulsywnym objawem psychiki nie radzącej sobie z emocjami; czy zaburzeń w równowadze chemicznej mózgu; czy po prostu symptomem permanentnego niedożywienia na poziomie komórkowym – to już inne kwestia. Ale każdą z przyczyn otyłości da się leczyć. I trzeba ją leczyć.

Nie zgadzam się na to, żeby lekarz – do którego idę z problemem zdrowotnym, o którym wiem, że jest związany z moją wagą – w odpowiedzi rozkładał ręce, mówiąc: „No nie wiem, najpierw musi pani schudnąć. Proszę przyjść jak zrzuci pani 20kg”. No geniusz! Cudotwórca! Uleczył mnie swą odkrywczą diagnozą, że jestem gruba i mam nie być gruba! A gdy proszę go o wykonanie badań krwi celem sprawdzenia, dlaczego mój organizm funkcjonuje tak a nie inaczej, internista wzrusza ramionami, że: „Teraz to wyniki i tak wyjdą złe, bo musi pani schudnąć”. No trzymajcie mnie!

Dlaczego wszystkim się wydaje, że schudnięcie to wyłącznie kwestia silnej woli i racjonalnego wytłumaczenia sobie: „Olga, musisz mniej jeść i lepiej trawić, bo otyłość jest szkodliwa”. To tak jakby mówić osobie pogrążonej w depresji: „Weź się w garść! Wyjdź na spacer! Poimprezuj ze znajomymi!”. Serio?  Nie oczekuję od społeczeństwa zaawansowanej świadomości w temacie leczenia otyłości, ale już internista mógłby cokolwiek kumać. Bo nie wierzę, że jedyna odpowiedzią współczesnej medycyny na problem otyłości jest: albo bariatria (chirurgiczne zmniejszenie żołądka, które nie leczy przyczyn, a minimalizuje skutki), albo złota rada: proszę schudnąć, zdrowa dieta, więcej ruchu.

Gdyby to było takie proste, nie ważyłabym teraz 100kg z BMI=37,2.
I nadal z jednej strony słyszę: nie wyglądasz, szybko schudniesz, dasz radę, głowa do góry.
A z drugiej: ciałopozytywność, zaakceptuj siebie, pokochaj swoje ciało, fałdki są piękne, jesteś bujną boginią obfitości.

Nie. Po prostu: NIE.

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

13 Comments

  1. Pau20 stycznia 2019

    Wiem, że zaburzenia odżywiania o charakterze nałogu były kiedyś leczone w IPiN. Nie każdemu odpowiada formuła anonimowych objadaczy. Warto jest czytać, żeby znaleźć swoje zaburzenie. Na ogół idzie w parze z jakimś innym zaburzeniem, np potrzebą kontroli albo surowością wobec siebie i karaniem siebie za błąd jeszcze większym błędem lub czymś innym. Mnie kiedys pomogło czytanie i miesięczny pobyt w szpitalu z unieruchomieniem – znakomity odwyk na ortopedii. Znalazłam wtedy spokój i łagodność wobec siebie.

    Odpowiedz
  2. Anna19 stycznia 2019

    Mam za sobą 12 lat walki z nadmiernymi kilogramami. Zajadałam wszystko. Stres, smutek, radość, spotkania ze znajomymi, pochłaniałam ogromne ilości jedzenia. Mój rozmiar w maju 2018 to 44-46. W czerwcu okazało sie, że mam nowotwór. Agresywny, ale pierwszy stopień, czyli jest nieźle.
    Po usunięciu zmiany zupełnie przestawiłam tory mojego odżywiania. Mięsa i nabiału nie jadłam od lat, więc tu nie było problemu, ale wyrzuciłam z jadłospisu wszystkie rzeczy przetworzone; cukier won!, Biała mąka, gotowe pieczywo, ciacha won! Gotowe produkty kupowane w sklepie, półprodukty, soki, woda w plastikowej butelce- do śmieci! Tłuszcz do minimum. Miałam tak silną motywację że we wrześniu wymieniłam ciuchy na rozmiar 38-40.
    Utrzymuję wagę, bo wiem, że dziadostwo we mnie może czaić się i zaatakować, jak odpuszczę.
    Motywacja to najlepszy trener i dietetyk. U mnie motywacja ma na imię strach.

    Odpowiedz
  3. Joan19 stycznia 2019

    Zaczynam właśnie nieśmiało próbować dietę dobrych produktów Ewy Bednarczyk-Witoszek. Zakupiłam książkę a wcześniej poznałam zasady tej diety z wielu filmików na YouTube. Wydaje się całkiem rozsądna. Nie rezygnujesz z niczego na siłę tylko rotujesz rodzaje produktów co któryś dzień. No i jest dzień wolności, w którym możesz jeść wszystko na co masz ochotę. Czy nie brzmi cudownie jak na dietę ? ?

    Odpowiedz
  4. Al19 stycznia 2019

    Czytając te wszystkie komentarze uświadomiła sobie że nie jestem sama ze sobą z moim problemem. Dziękuję wam wszystkim za szczerość, teraz wiem że nie jest łatwo schudnąć jak ma się problemy z tarczyca czy insulina. Sama po sobie wiem że oszukujmy się, nie chcemy widzieć problemu, lepiej się z niego ponabijac niż faktycznie komuś pomóc! Ja całe życie byłam szczupła nigdy na diecie, a urodzenie dziecka wszystko zmieniło! 3 lata po ciąży zaczęłam tyc nie wiedziałam dlatego. A po kolejnych 3 latach mam BMI 30? I tak po problemach zdrowotnych doszłam do zawału. Szok to mniej zmusiło do poszukiwań, walki o sobie. Trafiłam na Panią Agnieszke z metabolic balance w Szczecinie. I dzięki niej zaczynam nowe życie. Dzisiaj jestem na początku bo dopiero 16 dni ale 5,5 kilo mniej. Polecam koszty się zwruca w drowiu. Pozdrawiam serdecznie wszystkich.

    Odpowiedz
  5. K.17 stycznia 2019

    Przyglądam się Twoim zmaganiom z wagą od początku, sympatyzuję i dlatego chciałam zwrócić uwagę na jedną rzecz. Metabolic Balance, jak każda zresztą dieta bazująca na tak ogromnym deficycie energetycznym, jest skazana na porażkę. Myślę też, że przyczyniła się do obecnej sytuacji (NIE twierdzę natomiast, że jest jedyną przyczyną — myślę, że sytuacja jest złożona i Ty wiesz najlepiej, co się na tę sytuację składa). Mi w unormowaniu relacji z jedzeniem bardzo pomogło uświadomienie sobie, że jeść TRZEBA, tzn. trzeba odżywiać organizm i zaspokajać swoje zapotrzebowanie energetyczne. Kiedyś, przy jednym z poprzednich wpisów o odchudzaniu, podrzucałam tu linka do bloga dziewczyny, która wyszła z zaburzeń odżywiania, a teraz pomaga innym. Śledziłam jej wpisy i kanał na YT przez 1,5 roku i, naprawdę nie ściemniam, przestałam wymiotować i w znacznym stopniu unormowałam swoją relację z jedzeniem [choć uczciwie muszę przyznać, że nie ze wszystkim się zgadzam, np. z umniejszaniem roli terapii w zaburzeniach odżywiania]. W każdym razie, w tej chwili już nie mam nawet potrzeby czytać jej bloga i być na bieżąco. Może spróbuj, poczytaj? Aha, i nie chodzi tylko o bulimię, ale całe spektrum zaburzeń. Można zacząć np. od tego: http://wilczoglodna.pl/jak-jesc-normalnie-odchudzanie/.

    Odpowiedz
  6. banga17 stycznia 2019

    Jak dobrze, że znowu piszesz…Nikt i nic mnie tak nie motywowało do odchudzania, jak Twoje wpisy. Od dwóch tygodni powróciłam na MB, jeszcze nie przyzwyczaiłam się do tych maciupkich porcyjek, od trzeciej godziny przerwy między posiłkami chodzę głodna i w*iona i jeszcze waga stoi w miejscu od 3 dni, więc mam ochotę rzucić to wszystko i nażreć się do oporu…Powstrzymuje mnie tylko to, że ja też nie wierzę w tę samooakceptację grubasów, że grube jest piękne, bla, bla, bla…Ja chcę ważyć 60-65 kilo, bo w takiej wadze czuję się najlepiej…I tym razem musi się udać…

    Odpowiedz
  7. UK17 stycznia 2019

    Dla mnie to jest tak, że wychodzenie z uzależnienia od jedzenia może być przyjemne, albo nieprzyjemne, zależnie od tego, kto jakim sobie ten proces zrobi ;)

    Będzie przyjemne, jeśli osoba rzucająca dopieszczanie się za pomocą jedzenia, skoncentruje się na pozaspożywczych przyjemnościach i przez cały czas „diety” będzie sfokusowana na dbaniu o siebie (czyli dostarczaniu sobie wszelkiego rodzaju przyjemności: ciepła, troski, rozrywki, zabawy, ruchu, innych gratyfikacji). Wówczas po prostu zastąpi dysfunkcyjne dbanie o siebie (za pomocą jedzenia), „normalnym” (tj. nieszkodliwym) dbaniem o siebie.

    Będzie nieprzyjemne – i zajebiście trudne – jeśli będzie jechało wyłącznie na „silnej woli”. Po pierwsze dlatego, że wówczas potrzeby na które jedzenie odpowiadało, nie zostaną zaspokojone, a po drugie dlatego, że w ogóle poziom silnej woli jest zależny od poziomu glukozy, więc dieta akurat jest najtrudniejszym wyzwaniem dla silnej woli, bo brakuje paliwa (Siła woli, K. McGonigal – świetna książka).

    Innym aspektem jest to, że wg moich źródeł (np. niejedyny, ale bardzo dobry, dr Jason Fung; kanadyjski lekarz koncentrujący się na pracy z osobami z cukrzycą typu 2; można go wyjutiubować, albo sięgnąć po książki w EN) dieta „5-6 małych posiłków w ciągu dnia” jest nieskuteczna, m.in. ze względu na insulinoodporność osób z nadwagą i otyłością, oraz fakt, że 5-6 posiłków w ciągu dnia, to 5-6 wyrzutów cukru/insuliny. Mi o wiele łatwiej jest nie jeść wcale niż jeść mało, więc dla mnie sprawdzają się posty (np. jedzenie w oknie 6 h w ciągu dnia i dzielenie tego na 3 posiłki). Robiłam również 4 dniowe głodówki (okej, dla mnie to dieta sportowa, a nie walka z otyłością) i wytrzymywałam za pomocą kawy, bulionu warzywnego i listy rzeczy, które sprawiają mi przyjemność – jakkolwiek to brzmi ;)

    W każdym razie: powodzenia!

    Odpowiedz
  8. taleyah16 stycznia 2019

    Jak dla mnie nadrzędną wartością ciałopozytywu powinno być zdrowie. Na zasadzie wyglądaj jak chcesz póki nie zagraża to Twojemu zdrowiu. A ani skrajnie szczupłe ani skrajnie pulchne ciało w mojej opinii nie ma nic wspólnego ze zdrowiem.
    I tak naprawdę marzy mi się dietetyk współpracujący bezpośrednio z psychologiem. Taka kompleksowa terapia.

    Odpowiedz
  9. Agata La16 stycznia 2019

    Nie wiem czy kiedyś byłyście na lekach… To nie jest w głowie. Głód fizyczny, którego nie da się zaspokoić.

    Oczywiście lekow nie da się odstawić trzeba tylko dobrać odpowiednie.

    Odpowiedz
  10. Magda16 stycznia 2019

    Nie czytałam jeszcze tak mądrego tekstu o chorobie otyłości. Niestety wszystko siedzi w głowie. Trzymam kciuki za znalezienie metody na osiągnięcie celu! Podobno jak się chce to się znajdzie sposób. Powodzenia!!!!

    Odpowiedz
  11. Kasia malkama16 stycznia 2019

    Wszystko to siedzi nam w głowach. Jestem po szkole gastronomicznej, całe życie studiuję diety i doskonale wiem, co należy robić. A jednak zaglądam do szafki po kryjomu i staram się dogrzebać do jakiejś zeschnietej, zapomnianej, niekochanej krówki półrocznej, żeby jej nie było przykro…a jak już ją zjem to stwierdzam, że w zasadzie nie było mi to potrzebne…i tak do następnego razu. Nierówną walkę podejmuję jednak codziennie, codziennie wierząc, że dziś się uda!

    Odpowiedz
  12. rysunkowy16 stycznia 2019

    Raz w życiu trafiłam na lekarkę z powołania, internistkę, młoda, z Warszawy. Kiedy zobaczyła mnie i mój brzuch (chociaż poszłam już sama nie wiem, z czym, ale nie z nim), bez pytania dała:
    – skierowanie na pełną morfologię z profilem lipidowym i tarczycą;
    – skierowanie na test obciążenia glukozą;
    – skierowanie do diabetologa (do którego już będę miała wyniki powyższych badań);
    – zalecenie, żeby niezwłocznie udać się do ginekologa;
    – zalecenie, żeby przez tydzień rano i wieczorem mierzyć ciśnienie i temperaturę, zapisywać i z dzienniczkiem zgłosić się do niej.

    Leczenie otyłości, CHOROBY, jaką jest otyłość, zaczyna się od gruntownego poznania stanu organizmu. Do zbadania jest mnóstwo. Lekarze, którzy tego nie wiedzą albo udają, że tego nie wiedzą i zbywają grubą pacjentkę (w domyśle: traktując ją jak fleję, która nie potrafiła o siebie zadbać), są zwykłymi nieukami albo draniami.

    I jeszcze jedno: wiedząc już, że jest się CHORĄ, trzeba od razu zdać sobie sprawę, że ma się przed sobą miesiące, a nawet lata wychodzenia z tej choroby. Że będą wzloty i upadki, że samopoczucie może się czasami potwornie pogarszać, bo ciało będzie się czuło koszmarnie źle. Bo nie jest tak, że już od pierwszego zrzuconego kilograma jest tylko lżej, piękniej, energetyczniej. Zanim cały człowiek dojdzie do równowagi po długim czasie życia w tłuszczu po szyję, minie dużo czasu. Zanim ciało, wszystkie jego narządy i psychika, ze wszystkimi jej zakamarkami zaczną harmonijnie pracować, minie bardzo dużo czasu. Dlatego zawsze najlepszym momentem na rozpoczęcie tej pracy, tego długiego marszu do zdrowia jest: DZISIAJ.

    Odpowiedz
  13. Agata La16 stycznia 2019

    Szkoda, że niewielu lekarzy dobierając koktajl medyczny nie zwraca uwagi jak te środki wpływają na metabolizm (najczęściej spowalniając) i łaknienie (ciągły głód). A przecież przyrost wagi to gorsze samopoczucie

    Więc nie obwinajmy się, za skutek na który tak na prawdę mało mamy wplywu

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top