ostatni bastion atrakcyjności

Jeśli sądzicie, że rura w żołądku oraz rura w dupie były kulminacyjnymi punktami mojej desperacji odchudzaniowej, stanowiąc zarazem szczyty absurdu i wyżyny głupoty – to jesteście w błędzie i jeszcze nie wiecie, na co mnie stać. Musicie wiedzieć, że skłonna jestem (a raczej byłam) do najbardziej cyrkowych popisów woltyżersko-fakirskich połączonych z połykaniem ognia i sraniem żarem. Dobra, koniec metafor.

Wytrawni czytacze bloga Zazie zapewne pamiętają moje hopsztosy z odchudzającym ketonem malinowym, który przyprawił mnie o palpitacje serca, a romans z nim o mały włos nie zakończył się pozwem od producenta. Dlatego też postanowiłam sobie, że nie będę opisywać wam moich przygód z metforminą i innymi substancjami powszechnie uznawanymi za pomocne, życiodajne i cudowne. Bo po co.

Chcę wam jednak oznajmić, że w pewnym momencie popierdoliło mnie do tego stopnia, iż gotowa byłam zażywać – za przyzwoleniem, zaleceniem i receptą lekarza specjalisty od otyłości (żeby było jasne!) – lek, którego skutkiem ubocznym jest utrata apetytu i chudnięcie, do tego stopnia, że jest on z powodzeniem stosowany w leczeniu skrajnych przypadków otyłości. Czego chcieć więcej…?

Niestety równie częstym objawem ubocznym podczas stosowania tej substancji jest upośledzenie funkcji poznawczych. Pacjenci skarżą się na spowolnienie intelektualne, trudności w kojarzeniu faktów, zapominanie słów, problemy z koncentracją i zapamiętywaniem. Wśród amerykańskich pacjentów krąży nawet powiedzenie,: “Ten lek naprawdę uczyni cię modelką: chudą i głupią”.

Czy mnie to odstraszyło? Oczywiście, że nie! Taki ze mnie kozak, że zamiast zacząć od przepisanych 25mg łyknęłam od razu 50mg. I dopiero po kilku dniach (ha! więc jednak – spowolnienie!) przyszła refleksja:

Czy ciebie, Zaz, do reszty pojebało?!! Jesteś gotowa zajebać swój ostatni bastion atrakcyjności? Jedyny przyczółek charyzmy? Matecznik wszelkiego uroku? No umówmy się nieskromnie, ale intelekt zawsze był moją mocną stroną, a obecnie – w czasach wielkiego kryzysu, kiedy z urody, figury i włosów nie zostało już nic – stanowi wątłą ostoję mego ego. Bez którego nie ma go. I o.

No sorry, cokolwiek bym o sobie kiedykolwiek mówiła – nigdy fałszywie nie zarzucałam sobie braku inteligencji. Byłoby to po prostu niesmaczne! Dlatego teraz nie mogę jej oddać walkowerem, w zamian za chudą dupę, która i tak jest wartością niepewną, być może chwilową, a najpewniej nie rozwiązującą moich życiowych problemów ani też nie uszczęśliwiająca mnie w pełni. I tak doszłam do sedna problemu, gdzie jedyną rozsądną decyzją było puknięcie się w ten głupi Zazowy łeb i odstawienie tabletek redukujących kilogramy wraz z intelektem, który i tak po latach prosperity stanął teraz pod znakiem zapytania, skoro dopuścił do połknięcia pierwszej tabletki tego gówna. Ale na chuj drążyć temat.

Oczywiście, że nadal chcę być szczupła. Ale jakoś mądrzej.

 

PS. Wybaczcie, ale celowo nie podaję nazwy tego leku, bo nie chcę, żeby którakolwiek z Grubych Intelektualistek narażała na szwank swoje szare komórki. Tylko spokój nas uratuje, drogie Siostry w Otyłości!

 

 

 

 

Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu

     

 

 

Ciekawe? Podziel się!

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

21 Comments

  1. Anka17 lutego 2020

    Zazie, qrwa mać, nie kombinuj! Już ta rura w gardle była przegięciem. I żeby było jasne: wychodzenie z kompulsywnego jedzenia nie jest łatwe, wiem, znam to z autopsji. Nadal z tym walczę, ale z głową. U mnie sprawdziło się przede wszystkim: 1. wiedza na temat mechanizmów kompulsji i uzależnienia (przeczytałam milion tekstów na ten temat) 2. jedzenie prawdziwego jedzenia, a nie przetworzonego shitu 3. obcięcie węglowodanów, dołożenie tłuszczy. 4. wywalenie mąki pszennej i cukru (niestety). Nadal mam od czasu do czasu ciąg, ale widzę różnicę, jest o niebo lepiej! Poczytaj też bloga: Eat like a normal person, tam jest o metodzie Carra. Może jest nieco kontrowersyjna, ale mnie pomogła! Po prostu Kochana, musisz spiąć poślady. Czytam Cię od lat i wierzę w Twą inteligencję, dasz radę.

    Odpowiedz
    1. Joanna17 lutego 2020

      Z jednej strony masz rację – bo prawda jest taka, że za nas nikt po prostu nie wykona tej pracy, więc to do nas należy ten krok. Zacząć. Kontynuować, Nie poddawać się. A z drugiej – mówienie osobie w głębokiej depresji: musisz spiąć poślady – wkurwia niesamowicie. Żeby nie było, że teoretyzuję: 45 lat, 100 kilo wagi/160 cm wzrostu, hashimoto, IO, depresja, ogólne szambo życiowe, miłość do cukru i mąki. Ja WIEM, że trzeba spiąć poślady. Wiem. I wiem wszystko o tym, jak to działa – cukier, węgle, kompulsy, przyjemność itd. Ale niech ktoś powie JAK zrobić ten pierwszy krok, jak wytrwać, jakieś sposoby, triki, nie wiem.
      Olgo, i kiedy tak się zastanawiałam nad tym, oczywiście odpowiedź znam: bo jedząc zapełniam swoje puste zbiorniki miłości (przede wszystkim swojej do siebie), że sprawia mi to przyjemność, że przyjemność stawiam wyżej od zdrowia (więc durnam), że to wypełniacz czasu, uspokajacz itd. itd.
      Ale też zdałam sobie sprawę, że nie jest to do końca zależne ode mnie. Nie – skoro udowodniono, że cukier i gluten uzależniają, to ja nie mam nic do gadania. Rządzi mną nałóg i jak z każdym nałogiem trzeba tak samo postępować. A więc – odstawiamy do końca życia. Nie ma innej opcji. Oczywiście w głowie ktoś mi mówi: ale jak to, do końca życia już żadnej chałeczki? batonika? kluseczek? makaronu? chlepka z masełkię? Większości owoców?
      I znowu refleksja: mówię i myślę jak pijak o wódce. On też płacze, że nie będzie mógł się już napić!
      Teraz więc czytam o mechanizmach nałogu i o tym, jak długo organizm się odzwyczaja od tego, co go uzależnia. Czytam więc, że pierwsze trzy miesiące są kluczowe, potem będzie już ok. Co więc pozostaje innego? Zrozumieć, że to naprawdę koniec. Dalej już jest ściana. Swoje już “przeżarłam”, za pięć innych osób. I nie ma innej drogi. Inni jedli normalnie i nie uzależnili się. Ja nie miałam umiaru (i nie jest istotny powód w sumie, tzn. jest istotny, ale nie dla dalszego postępowania) i się uzależniłam. Tak jak inni piją sporadycznie, od święta i mogą sobie pozwolić na lampeczkę szampana czy toast, a inni nie mogą już do końca życia ani kropki. Tak samo jest z cukrem i glutenem, czas mi to zrozumieć.
      Inną kwestią jest dobre traktowanie siebie. Dobrze jest sobie siebie wyobrazić, jako np. małą siostrzyczkę czy po prostu ukochaną osobę. Która przychodzi do nas mieszkać i mówi: ale wiesz, ja odstawiłam cukier i gluten. Czy możesz gotować dla mnie bez tego? I co? Czy postawimy przed taką osobę talerz leniwych z cukrem? Damy ciasta, pączków i chipsów? Nie, bo kochamy i chcemy pomóc. No. To teraz tak muszę o sobie pomyśleć. I sobie pomóc, a nie złośliwie podtykać śmieciowe jedzenie z tekstem: oj tam, oj tam. Jutro zaczniesz. Od jednego cukierka dupa ci nie urośnie, nic ci nie będzie.
      Kurde, nie mogę być łajzą dla samej siebie. Nie chcę.
      Przepraszam, że rozgadałam się.
      Ja to bym chętnie zrobiła jakąś wirtualną grupę wsparcia i po prostu zaczęła od mądrego wspierania siebie nawzajem, zanim po prostu poczujemy, że same dla siebie powinniśmy być największą podpórką. Nie tylko w dietach. Ściskam!

      Odpowiedz
      1. zazie.com.pl17 lutego 2020

        Joanna, podpisuję się pod każdym Twoim zdaniem! Bardzo poruszyl mnie Twój komentarz, totalnie się w nim odnajduję. A pomysł z grupą jest genialny, właśnie ją tworzę! :D

        Odpowiedz
        1. Joanna18 lutego 2020

          Ale super!!! <3

          Odpowiedz
    2. zazie.com.pl17 lutego 2020

      Anka, wszystko prawda, z zastrzeżeniem, że “spiąć poślady” to jest ten etap, kiedy już radzisz sobie z emocjami, które doprowadzają Cię do kompulsywnego objadania się. Bo w innym przypadku to kolejna WALKA z samą sobą. Owszem, można ją podjąć, ale ja wolałabym siebie zrozumieć jak przyjaciela, któremu chcę pomóc. A jak zrozumiem, to wtedy faktycznie, “spiąć poślady” i działać według planu, żeby nie zboczyć z ustalonego kursu :)

      Odpowiedz
    3. zazie.com.pl17 lutego 2020

      Anka, a podrzucisz proszę namiary na jakieś ciekawe teksty? <3

      Odpowiedz
      1. Anka18 lutego 2020

        Dziewczyny, załóżcie grupę i podzielmy wiedzą. Bardzo chętnie przystąpię. Ja wiem, że te poślady brzmią źle, jak człowiek w depresji i w ciągu narkotycznego żarcia. Nie chcę nikogo pouczać, urazić, ani zranić, tym bardziej, że sama jeszcze sobie z tym wszystkim nie radzę. Po prostu w moim przypadku stany depresyjne są wynikiem braku kontroli nad jedzeniem, nie odwrotnie. Nie zrzucam też wszystkiego na emocje, bo jak już się jest w nałogu to emocje nie mają znaczenia. Zagrzewam się do walki, a nie rozczulam. Rozumiem, że nie ma jednej metody dla wszystkich. Jednak w każdej metodzie jest ten moment, kiedy włączasz własną pracę i tu nie wygrasz bez spięcia (już symbolicznych) pośladów. Zazie, sporo się dowiedziałam z Twoich tekstów, metoda dr Beck jest najczęściej polecaną w terapii eating disorders. Ponadto słynna Kathryn Hansen i jej Brain over binge. Metoda Carra, o której pisałam.
        Joanna, nie stawiaj się pod ścianą! Nie bój się jedzenia, będziesz mogła kiedyś jeść naleśniki z bitą śmietaną, cukrem, serio. Nie jesteśmy uzależnione od jedzenia, ale od objadania się. To wielka różnica.
        Działamy, kobiety. Niech moc będzie z nami. Dzisiaj.

        Odpowiedz
        1. Joanna18 lutego 2020

          Aniu, nie chcę się jakoś rozpisywać, ale tylko dopowiem, że w moim przypadku nie do końca chodzi o objadanie się. Bardziej o to, że jem niewłaściwe rzeczy, Ilościowo nie jest tego dużo, ale kalorycznie i składnikowo fatalnie. Coś na zasadzie – jeśli jestem z kimś na obiedzie, oboje wypijemy tyle samo – szklankę napoju. Ale on wypija wodę – zero kalorii, a ja szklankę coli – milją kalorii. I tak to u mnie wygląda. Wdrukowane mam, że po obiedzie był słodki kompocik. Deserek. Pijak mówi: “To tylko jedno piwo dziennie, wszystko jest dla ludzi, mało z umiarem można”. No… nie. Jeśli cukier i gluten są substancjami o charakterze uzależniającymi tak jak alkohol (a cukier uzależnia 8 razy szybciej od kokainy), to nie ma “raz na jakiś czas” dla kogoś, kto już jest w nałogu. A ja jestem. Na dietach nie brakowało mi zwykłego jedzenia, a słodkich napojów, pieczywa, makaronu. Tylko tego pragnę i pożądam. Cukru i glutenu. Oba tuczą, rozwalają gospodarkę węglowodanową, powodują IO, rozwalają pracę trzustki, wątroby itd. Trzeba to całkowicie odstawić, jak truciznę. Bo de facto są tym – jakby nie było. Tak myślę, że nie mogę sobie ustawić celu: schudnąć. Schudnę na pewno – ale co dalej? Każdy kto choć raz się odchudzał wie, że samo schudnięcie to pryszcz. Ale weź to utrzymaj dalej. Potrzebne mi jest długofalowe postępowanie, cel: zmiana sposobu odżywiania się, uwolnienie się od nałogu. Schudnięcie będzie efektem ubocznym, nie ma takiej opcji, żebym nie schudła. Ale zmieniając już na stałe myślenie o jedzeniu cukru i glutenu jak o substancjach uzależniających i odstawienie w ogóle, tak jak pijak alkohol, tylko tak mam szansę na utrzymanie wagi. Ja nie chcę marzyć o naleśnikach z bitą śmietaną, chcę być wolna od takich zachcianek. Naleśniczki raz na jakiś czas mogą jeść osoby wolne od nałogu. Ja już nie. I nie chcę być z tego powodu smutna! Teraz mi smutno, bo jestem uzależniona, to nałóg budzi we mnie te smutki, martwię się, jak będzie wyglądało moje życie bez tej przyjemności. Co będzie mnie cieszyło? Jak się będę czuła? Liczę, że totalny detoks i poważne podejście do tego tematu, da mi tę wolność. Myślę, że jak powstanie grupa, to będzie o wiele łatwiej, bo będziemy się mobilizować i podtrzymywać na duchu. PS U mnie depresja ma podłoże tarczycowe.

          Odpowiedz
        2. Joanna18 lutego 2020

          Jeszcze dodam, że walka z nałogiem cukrowym i glutenowym jest z jednego powodu trudniejsza od innych. Ze społecznego powodu – jeśli mogę to tak wyrazić. Wyobraźmy sobie narkomana czy alkoholika, który oświadczył bliskim – że kończy z nałogiem. Co słyszy? Brawo! Gratulacje, trzymaj się.
          Nikt mu nie powie: super, ale wiesz – jak już wyjdziesz z nałogu, to raz na jakiś czas odrobinka ammfetaminki nie zaszkodzi. Nikt nie powie: super, że nie pijesz, ale za miesiąc mam wesele i musisz się ze mną napić.
          Cukrowym nałogowcom ludzie, bliscy, rodzina, “mamusie” powiedzą: oj tam, oj tam, wymyślasz. Od kawałka czekolady nic ci nie będzie. Tak, tak, odchudzaj się dziecko. Masz tu krówki na drogę.
          Będzie trudno, ale cóż.

          Odpowiedz
          1. Tola18 lutego 2020

            Joanno,w punkt! jakbym słyszała mojego tatę z jego słynnym : “musisz schudnąć dla zdrowia “..ale też : “nie udawaj,ze tak tak mało jesz , “to sa imieniny,przecież nie utyjesz od jednego kawałka tortu”itp.itd
            Podobno grób swoim bliskim ukochane”,mamusie”najskuteczniej kopią łyżką.

            Odpowiedz
      2. Hr-Franczeska18 lutego 2020

        Grupa wsparcia -najlepszy pomysł ever! Chcę do grupy ♥

        Odpowiedz
  2. warewolf16 lutego 2020

    I Don’t Own My Past | by Ajahn Brahm | 03 May 2013 – YouTube https://www.youtube.com/watch?v=UcSaCfuH-GU

    Odpowiedz
  3. warewolf16 lutego 2020

    Don’t Own My Past | by Ajahn Brahm | 03 May 2013 – YouTube https://www.youtube.com/watch?v=UcSaCfuH-GU

    Odpowiedz
  4. aska16 lutego 2020

    ale wlosy masz piekne i urode tez niczego sobie

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl17 lutego 2020

      dziś rano stwierdziłam, że mam fryzurę jak stara Ozzy’ego Osborne’a

      stara

      Odpowiedz
  5. M.16 lutego 2020

    “What you pay attention to, grows” – To, nad czym się skupiasz, to rośnie – jak powiedział Deepak Chopra, amerykański pisarz, filozof i lekarz hinduskiego pochodzenia. Zazie może po prostu trzeba odpuścić, zapomnieć na chwilę o odchudzaniu? Przynajmniej na miesiąc dać sobie odpocząć. Nie pisać o tym, nie myśleć. Jeść co się chce i jak bez poczucia winy. Starać się polubić swoje ciało za to, że jest zdrowe. Że brzuch zdrowy, że ręce i nogi sprawne. Zadbać o nie. Ubrać się ładnie nie tylko w pracy ale i w domu. Iść do dobrego fryzjera a nie osiedlowego. Choćby to miała być Jaga Hupało:) Pozwolić sobie na to bo na to zasługujesz. Porozpieszczać się. Trudno, kosztuje ale to też można potraktować jako formę terapii. Jak polubisz siebie minimalnie to będziesz miała więcej siły, żeby zadbać o zdrowsze jedzenie czy regularne pory posiłku. Bo to co jest teraz z tym jedzeniem to taka autoagresja. Wyrafinowana forma sprawiania sobie bólu. Nie pozwalasz sobie na szczęście. A nikt nie jest tego bardziej wart niż Ty. Pewnie jest to związane z myśleniem magicznym o którym pisałaś i wiem jakie to trudne wszystko. Ale nie masz innego wyjścia jak walczyć o siebie. Pokochać Zazie. Marcin, Miszur i Kumok też tego bardzo chcą. Twoje szczęście to ich szczęście. Pisałaś kiedyś o babciach. Nie poddawały się tak łatwo, prawda?

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl17 lutego 2020

      Ostatnio widziałam na Instagramie fotkę Deepaka Chopry z Paris Hilton – oboje w filtrze makijażowym :D Tak, masz rację, Deepak też. Tylko w przypadku kompulsywnego jedzenia – popuszczenie cugli skutkuje zjazdem po równi pochyłej: fazę “osiędbania” i rozpieszczania się (w postaci wysypiania się, odżywiania, odpoczywania, chodzenia na spotkania z terapeutą raz w tygodniu) zaliczyłam w grudniu, a nadal nie potrafię się podzwignąć z obżarstwa, w które to “selfcare” niepostrzeżenie się przerodziło. Masz rację, to forma autoagresji, zadawania sobie bólu…

      Odpowiedz
      1. Hr_Franczeska19 lutego 2020

        Ja jak widzę jego dziwne fotki, to tłumaczę sobie- “nie, to na pewno nie TEN Deepak Chopra”

        Odpowiedz
  6. Taleyah16 lutego 2020

    I bardzo dobrze bo bez Twois wpisów byłoby pusto

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl16 lutego 2020

      Kochana, ale ja nie twierdzę, że przestałabym pisać! :D Tyle że moje wpisy mogłyby wyglądać tak:

      analfabeta

      Odpowiedz
      1. Taleyah16 lutego 2020

        No miałoby to swój urok 😂 próby rozszyfrowania mogłyby dać ciekawe rezultaty.

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


The maximum upload file size: 128 MB.
You can upload: image.

Scroll to top