Próbując poradzić sobie z zaburzeniami odżywiania i ogólnym życiowym rozpierdolem, rozpoczęłam w grudniu intensywną psychoterapię, którą jednak w styczniu musiałam jak niepyszna zakończyć ze względu na brak kasy. Moim priorytetem – jak wiadomo – są wydatki na zdrowie mopsów, więc z własnym muszę poradzić sobie sama. Sytuację komplikuje nieco fakt, że aktualnie nie posiadam ubezpieczenia NFZ, a z prywatnego abonamentu w Lux Medzie zrezygnowałam już wiele miesięcy temu. No i tak. Umiesz liczyć, licz na siebie. W sumie to dobrze, bo nikt inny mnie nie uratuje, jeśli ja sama sobie nie pomogę. Skorzystam więc z własnych zasobów. Mam w zanadrzu trochę mądrych (oraz: mniej mądrych i tych zupełnie odjechanych) książek; mój umysł pracuje nie najgorzej; czas się znajdzie, bo musi się znaleźć. I tyle. Zatem do roboty!
Oczywiście, że nie będę całej tej przykrej wiwisekcji od A do Z uprawiać na blogu, ale zamierzam się tutaj dzielić tym, co akurat może się Wam przydać w ogarnianiu siebie, swojego życia, odżywiania i wagi. Będę wdzięczna, jeśli w zamian podzielicie się ze mną w komentarzach swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniami i przemyśleniami na tematy, o których będę pisać. Bo ten blog żyje od lat nie tylko dzięki mojemu stukaniu w klawiaturę, ale także dzięki Wam i Waszym komentarzom. I szczególnie teraz – kiedy stoję w korku na wylotówce z Czarnej Dupy – fajnie byłoby czuć, że nie jestem tu sama. Oczywiście nie zachęcam Was do przebywania ze mną w Czarnej Dupie, ale z radością będę czytać Wasze pocztówki i telegramy ze świata ludzi normalnych. Tych popierdolonych też. Więc z góry i z dołu – dziękuję :)
Nie przedłużając: proces mojego “zdrowienia” z zaburzeń odżywiania (i nie tylko) rozpoczęłam od zanurkowania w otchłani pamięci i dokopania się na osi mojego życia do pierwszych oznak tycia: ile miałam lat, co robiłam, z kim żyłam, co czułam. Okazało się, że do 29 roku życia moja waga i uroda nigdy nie stanowiły dla mnie problemu: byłam totalnie pogodzona z tym, jak wyglądam. Zresztą nie było to trudne, bo ważyłam raptem 52 kg, mierząc 164 cm.

I wtedy poznałam “Wielką Miłość”, od której usłyszałam – oprócz zapewnień o gorącym uczuciu na forever – że: jestem zbyt pulchna, mam wystający tyłek, szerokie biodra, niemodną fryzurę, niefajne ciuchy, zbyt mało stylowe okulary, tandetną spinkę do włosów, ogólnie noszę się “jak stara cyganka” i nie potrafię zachowywać się z klasą. Ale Wielka Miłość chętnie mi pomoże “wyjść na ludzi”, gdyż “mnie kocha i chce dla mnie jak najlepiej”. No grzech nie skorzystać, deal życia.

No i się zaczęło: wymuszony “miłością” pełen upokorzeń proces przemiany i metamorfozy, z kopciuszka z przedmieścia w wielkomiejską damę; z tarchomińskiego brzydkiego kaczątka w hipsterskiego łabędzia. Pierdolone lekcje stylu i pokory, trening naginania kręgosłupa i łamania charakteru. Ej, sama chciałam! Z miłości! Skoro mogłam być lepsza, piękniejsza i mądrzejsza, a przez to bardziej chciana i kochana? Która z Was odrzuciłaby taką propozycję? Niech pierwsza rzuci kamieniem i podniesie rękę ta, która siebie kocha, lubi i szanuje; która w siebie wierzy i uważa, że jest WYSTARCZAJĄCA – i wcale nie musi być chudsza, lepsza, mądrzejsza, fajniejsza, modniejsza, bardziej stylowa i światowa, żeby zasługiwać na akceptację, sympatię, szacunek i miłość? Lasu rąk nie widzę. Same rozumiecie.
I tak oto dałam się złapać w pułapkę “życzliwej krytyki”, która w doprowadziła na skraj psychicznej przepaści. Najpierw zaczęłam tyć. Z braku akceptacji, rozpaczy, frustracji, złości. Chwilę później wpadłam w depresję i poooooo-szłooooo… w ciągu roku przybyło mi 30 kilogramów. Później było już tylko gorzej, co zresztą możecie prześledzić we wpisach na blogu. Dlaczego to tyle trwało?
Ponieważ popełniłam jeden kardynalny błąd: przyznałam Wielkiej Miłości 100% racji, a wszelkiego błędu szukałam w sobie. I nie, nie twierdzę teraz, że jest odwrotnie, ale że świat nigdy nie jest czarno-biały. I jeśli ktoś wmawia Ci, że ważąc 52kg – jesteś gruba i niezbyt ładna, to wybacz, ale wątpię, żeby cię kochał i chciał dla ciebie “jak najlepiej”.
Pytanie: dlaczego w to uwierzyłam?
and so the outside, it bashes us in
bashes us about a bit
feel it tugging you, ploughing you flat
then feel it filling your sails
and warm on your back
and blessed are those who see and are silent
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.



Dodaj komentarz