ODCHUDZANIE – dzień 14 – chirurgicznie? anorektycznie? … kretynicznie!

oprócz tego, że za dużo jem – bo na jedzenie, tak jak na wszystko inne
apetyt mam nieposkromiony – zdecydowanie za dużo rozmyślam,
doprowadzając się tym samym na szczyty absurdu, nonsensu i głupoty.
nie wiem, jak to napisać, by nie zabrzmiało jeszcze bardziej kretynicznie
niż w rzeczywistości, ale – tak, owszem rozważałam przez chwilę
operację bariatryczną. czyli po prostu chirurgiczne i trwałe zmniejszenie żołądka –
tak, by jednorazowo mieściła się w nim zaledwie garstka pożywienia.

dads-10

oczywiście żaden lekarz nie zakwalifikowałby mnie na taki zabieg,
bo mojemu BMI daleko jeszcze do magicznej 40-tki,
a i sama bym pewnie stchórzyła, w ostatniej chwili uciekając spod skalpela –
ale pomarzyć dobra rzecz. sami przyznacie, że efekty są spektakularne!

karen-bariatric-338

 

swego czasu – w akcie desperacji – obsesyjnie czytałam blogi i fora dyskusyjne
dla “porcelanowych motyli”, po cichu licząc na to, że “złapię bakcyla” anoreksji,
albo przynajmniej spróbuję przyswoić filozofię życia pro-ana, niejedzenia i chorego perfekcjonizmu.
nie, nie żartuję. nigdy nie smiałabym kpić z tak poważnej choroby,
ale w tamtym okresie, gdy sama przechodziłam głęboką depresję i tyłam na potęgę,
wydawało mi się, że – w obliczu mojej uogólnionej życiowej niemocy –
głodowanie będzie jedynym skutecznym wyjściem z sytuacji.

 

thinisaskill
choć moja depresja (z grubsza przynajmniej) minęła,
to nadal wydaje mi się, że drastyczne i szybkie schudnięcie
rozwiązałoby wszystkie moje życiowe problemy.
jest mi strasznie ciężko utrzymać się w żywieniowych ryzach –
jem kiedy jestem smutna, zła, sfrustrowana, przestraszona…

 

feedme

 

i chociaż piszę na blogu, że jestem świadoma i gotowa
na długi, ciężki i pełen wyrzeczeń proces odchudzania –
tak naprawdę przeraża mnie to jak jasna cholera,
zaś odległy i niepewny cel – [no bo ile kg tak realnie mogę schudnąć?
nie sądzę, bym wróciła do wagi 55kg…] – odbiera mi wiarę
w sens i sukces całego przedsięwzięcia.

 

tumblr_m3kyqlo2ON1r1s7izo1_500

 

od kilku dni boję się wchodzić na orbitrek. przeraża mnie zmęczenie,
pot, niewygoda i zmaganie się z własnym ciałem. przeraża mnie
żywieniowa asceza, przerasta mnie milion reguł dietetycznych
do zapamiętania, wdrożenia i codziennego i przestrzegania.
kończy się przeważnie na tym, że w swojej chorej wyobraźni
biorę do ręki wielką maczetę i kilkoma wprawnymi ruchami
bezlitośnie ociosuję swoje ciało z fałd tłuszczu i nadmiarowych kilogramów –

i oto jestem: … szczęśliwa?
chuj mnie tam wie.

before-and-after

dzisiaj zdecydowanie nie wierzę w odchudzanie.
będę gruba do końca życia.

 


gruba, brzydka i głupia?
oraz leniwa?

Never-GIF

dobra, wyżaliłam się.
już mi lepiej. już mi przeszło.
idę się odchudzać.

 

 






 

 

Dołącz do Zazie na Facebooku!

 

więcej na:

http://zazie.com.pl/odchudzanie/

odchudzanie_banner

 

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

24 komentarze

  1. Nie chcę się wymądrzać (ALE BĘDĘ ;D). Z perspektywy osoby która ma problemy z nadwagą całe życie, już trzy razy skutecznie chudła po ponad 20 kg i właśnie jest w trakcie czwartej takiej akcji, mogę powiedzieć jedno – nie istnieje coś takiego jak 'zdrowa dieta odchudzająca'. Niektórzy tak mają, geny, tryb życia, apetyt na przyjemności i jeżeli się nie pilnujesz codziennie to waga powoli ale nieubłaganie leci do góry. Ja średnio chudnę w 6-8 miesięcy do mojego ideału a potem waga wraca w 3-5 lat. Cóż cóż, to każdego wybór osobisty na ile chce być 'piękny medialnie' a na ile korzystać z życia ;). W ramach pomocy między-okrąglakowej dwie sprawy: 1. Wyrzuć za okno wszystkie diety z pisemek 'dla kobiet' i poczytaj fora kulturystyczne, serio. 2. Wybierz dietę na której będziesz w stanie wytrzymać pół roku. W miesiąc głodówki tłuszcz nie zniknie za to minerały, witaminy i woda tak. Lepiej łagodniej bo mniej wyniszczająco dla organizmu, a z nastawieniem na long term. 3 w ramach bonusa: Jeżeli trenujesz to masz o wiele łatwiej. Ja jestem na diecie bez węgli i wiem jak boli cukrowy detoks te pierwsze pare dni, ale jeżeli trenujesz, możesz raz na dwa tygodnie zrobić sobie dzień rozpusty, (ja już mam zaplanowane pizza hut na walentynki i loooody pistacjowe, omg :D) tyle że następnego dnia lecisz na siłkę i robisz ostry trening obiegowy na całe ciało. 4, juz ostatnie aj promis: Nie waż się! Mierz obwody! ;)

  2. Z rozepchanym żołądkiem nie jest tak źle – sama taki miałam, ale pewnego dnia na śniadanie zjadłam mało, bo więcej nie chciałam, podobnie z obiadem i kolacją. Mimo, że mogłabym zjeść jeszcze dwa razy tyle, ja tego nie robiłam. Małe kroki są podstawą do sukcesu. Trzeba uwierzyć, że jednak się da! Nie trzeba się bardzo ograniczać w jedzeniu, wystarczy po prostu stosować dobre połączenia np. nie łączyć mięsa z ziemniakami, a zamiast ziemniaków zjeść trochę kaszy gryczanej, albo zamiast 3 kanapek zjeść półtorej + pomarańczę za pół godziny. Jesteś piękna teraz, będziesz piękniejsza jak schudniesz? Może, ja tego nie wiem. Ważne jest jak się sama ze sobą czujesz. Zacznij racjonalne odżywianie i lekkie ćwiczenia na początek. Stawaj codziennie przed lustrem i mów : Jestem piękna. Następnego dnia także: Jestem trochę piękniejsza niż wczoraj i zapierdalaj do parku na truchcik. Po treningu człowiek czuje się lepiej – jeśli wytrwasz miesiąc, to wytrwasz także kolejny i kolejny -wszystko jest w twojej głowie.
    Pewien mądry człowiek powiedział, że ‚ideą fitnessu nie jest intensywność, a systematyczność i czas poświęcony na trening’ oraz ‚to co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj’.
    Najpierw się zważ i zmierz w biodrach oraz talii. Jedz racjonalnie i zacznij ćwiczyć (bez ruchu nie schudniesz). Po miesiącu zmierz się i zważ jeszcze raz. Zobacz gdzie i ile ubyło – to jest chyba największa motywacja. Jeśli wyniki nie są zadowalające – nie załamuj się – w następnym miesiącu będzie lepiej NAPRAWDĘ!
    Trzymaj się cieplutko :)

  3. Droga Zazie nie możesz myśleć ‚odchudzam się, ale i tak nic z tego nie będzie’! Będzie, bo z tym jest tak jak ze wszystkim – jeśli nie ma chęci w sobie, to nie będzie sukcesu. A takową chęć można znaleźć we wszystkich bliskich osobach, w mopsach, w dobrym samopoczuciu. Wiem, na własnym przykładzie, że nie jest łatwo, ale naprawdę nie jest też to takie trudne. Nie jestem też zwolenniczką diet. Trzymam się prostej zasady ŻM – żreć mniej (idzie za tym także racjonalne dobieranie posiłków oraz ostatni posiłek ok. 18.30). Radziłabym również chodzić na dłuższe spacery – tutaj motywacją są psy oraz próbować powoli wdrożyć jakieś ćwiczenia. Na początku lekkie np. 10 nożyc, 10 przysiadów oraz 10 – 15 brzuszków. Jak już nabierzesz troszkę formy to może spróbuj coś z chodakowską. WAŻNE, ŻEBY BYŁA W TYM WSZYSTKIM SYSTEMATYCZNOŚĆ I CHĘĆ – OD RAZU KRAKOWA NIE ZBUDOWANO.
    PS Chcę za niedługo zobaczyć zdjęcie szczęśliwej i dobrze czującej się ze sobą Zazie – trzymam kciuki i jestem z Tobą :)

  4. Dear Zazie-dans-le-metro,

    robiłam porządek na dysku (kręgosłupa vel tożsamości) i się okazało, że zazie nadal jest i pisze.

    Urocza, jak zwykle, w swojej skrzętnie uchylanej dzięcięcości (jest takie słowo?), małej złości, kobiecości?
    Tak se patrze na Ciebie, się uśmiecham, nadal jesteś: bystra, niepokorna, ładna, a obecnie kobieca jakaś.
    To miłe taką Cię zastać, tak z mojej perspektywy, czyli z północy patrząc na warszawę. To twoje miasto trochę jak małe NYC, nadaje rytm, krój, szyk i wymaga, eh.

    Tak patrzę, że różni dają radę.
    Ja też Ci coś dam (:

    https://www.youtube.com/watch?v=xpo6aCZ0dXk

    Ha det bra och dans, zazie, dans.

    M.

  5. Z perspektywy osoby, której zdrową dietą i ćwiczeniami udało się zejść z 87 kg do 64 w ponad pół roku, powiem tak (żeby nie było kolorowo, pofolgowałam sobie i część tego wróciła – przestałam się ruszać, od kilku dni wróciłam do starej diety): da się, ale jest w chuj trudno, ludzie którzy chcą Ci pomóc często bardziej wkurzają niż motywują. Jeżeli chodzi o rozepchany żołądek przed dietą, to również to przeszłam – sposób znalazłam o tyle ciekawy, że faktycznie skuteczny: raz-dwa razy w tygodniu miałam dzień płynny, był to dzień, na który gotowałam sobie gar niespaśnej zupy, którą jadłam kiedy chciałam. Do tego soki pomidorowe, herbata, 2 kawy, jogurty pitne. W takie dni oczywiście nie można było ćwiczyć. Sprawdziło się zajebiście – po kilku tygodniach faktycznie czułam, że coś to działa i nie mam potrzeby wpierdalania jak dziki knur. Oczywiście w dni płynne chodziłam zła, wszyscy mnie irytowali i nienawidziłam świata, ale niestety coś za coś.

    Nie ćwiczyłam codziennie – byłam na aerobiku max. 2-3 razy w tygodniu.

    Dietę przepisał mi dietetyk, była to droga impreza ale skończyłam z 14 tygodniami przepisów na każdy dzień – gotowałam co 2 dni, więc przy okazji się podszkoliłam w tym łapiącym-mężów-skillu. Przepisami mogę się podzielić, chociaż były układane stricte pode mnie – więc nie ma tam jedzenia, którego nie lubie (brukselka :X).

    Tak więc ja również trzymam kciuki i służę pomocą, bo mi się już raz udało.

    Czeko

  6. hmm:) jak pisałam dwa posty wcześniej – tak idzie stracić 25 kg w rok:). No mam przykład codziennej obserwacji mojej najbliższej koleżanki. Dzisiaj się zapytałam jak schudłaś. Powiedziała, że schudła bo naprawdę na niczym innym jej tak nie zależało. Więc jedna wizyta u dietetyczki i tyle.Przestrzegała zasad, a było jej łatwo, bo jak mówi, bardzo BARDZO jej zależało, bardziej niż wspaniale rozpuszczająca się czekolada na języku :):). Dasz radę Sylwia

  7. Zazie, chyba zartujesz, chcesz sobie odciac kawal zoladka a prostych wczasow odchudzajacych nie mozesz sprobowac? Juz Ci kiedys o tym pisalam, wiec nie chce sie powtarzac, ale skoro temat tez sie u Ciebie powtarza… Nie wiem, czy kazde wczasy, ale znam jedne sprawdzone. Nie musisz nic robic zeby schudnac, tylko tam jesc co podane (duzo warzyw) i chodzic na zajecia ruchowe, marsze.

  8. Justyna M. Domańska – LOVE!
    Tymczasem, Zazie, IMHO liznęłaś prawdziwy problem tym przedostatnim obrazkiem.. No ale moje zdanie znasz, więc powtarzać się nie będę.

  9. Karolina Oniszk To już tam zależy co na kogo działa. Ja np. jak przypomina mi się, że jestem gruba zbywam to uśmiechem na miejscu, a potem płaczę w domu w poduszkę i … wpierdalam jeszcze więcej.

    Zanim się znajdzie swój sposób, trzeba wypróbować różne, może mój, a może Twój, a może obydwa zmiksowane pomogą w jakiś sposób Zaz? :3

  10. przeczytałam to. i powiem Ci, że zgadzam się z tym tylko częściowo – trzeba znaleźć motywację. ja znalazłam kumpla, który dzwonił do mnie rano i wyskakiwał z tekstem: 'biegałaś już grubasie?'
    ewentualnie sms: 'włosy,makijaż,kalorie' , zamiast dzień dobry.
    Non stop zdjęcia wielorybów, fok i innych niedźwiedzi na mailu. W pewnym momencie myślisz sobie, dobra, poodchudzam się dla świętego spokoju, a potem już jakoś samo leci, bo sie przyzwyczajasz :)
    ograniczenie jedzenia? nie do końca jest potrzebne – wystarczy więcej ćwiczyć, nie wiem czy pamiętasz, ale jak się poznawałyśmy, byłam szczupła, nie dlatego bo mało żarłam, tylko dlatego bo to co zeżarłam, to spaliłam ćwiczeniami. A jak nie możesz znaleźć w sobie motywacji do np. biegania, to znajdź sobie jakieś posuwadło – przyjemne, a kalorie lecą! :p

    1. hehe, też bym chciała takiego kumpla ;)))
      nie sądzę jednak, żeby komuś się chciało mnie w ten sposób motywować.
      niestety udział Syd w takim przedsięwzięciu odpada, bo bym sobie tego „wieloryba” wzięła do serca i się obraziła ;)

  11. Na wstępie tego elaboratu napiszę, że trzymam za Ciebie kciuki i cieszę się każdą kalorią zrzuconą na tym zjebanym orbitreku, każdym gramem z Twojego tyłka mniej. Może nie koniecznie biegam naokoło i okazuję to wsparcie, ale jeśli Tobie to pomaga w jakiś sposób – zacznę popierdalać z pomponami i napisem na cyckach "GO ZAZ".

    Moim zdaniem niesłusznie z góry zakładasz, że 55kg jest nieosiągalne. Małe kroki do sukcesu. Uważam, iż powinnaś zastosować etapowe chudnięcie.
    Najpierw wyznacz sobie 5 kilo w dół. Potem kolejne i kolejne. Bo dużo przyjemniej i lżej się myśli "Dobra, 5kg razy tam np. cztery czy sześć przede mną" niż "jezuskurwamać 30kg muszę schudnąć". I wizualizujesz sobie te 30kg jako spory karton w którym znajduje się te 30 paczek np. cukru i strzela Cię jasny chuj, bo patrzysz na siebie i myślisz tylko "no ja pierdolę" i idziesz wpierdolić pączka z lukrem, bo i tak nie ma już dla Ciebie nadziei.

    To taki sposób, który tam gdzieś kiedyś znalazłam, może u Ciebie się sprawdzi.

    Też marzy mi się i to naprawdę operacja zmniejszenia żołądka. Chuja warta jest zasada 40BMI tak na marginesie. Ja ważę 90kg i mam rozepchany żołądek i po prostu nie potrafię zmusić się do niejedzenia, żeby się obkurczył. Poza tym jestem praktycznie pewna, że rozciągnę go spowrotem i znowu moja waga będzie mnie dobijac i powodować frustrację.

    "Zapisz się na siłkę! Żryj mniej! Wpierdalaj sałatę! Jedz zdrowiej! Ruszaj się!" – takie pierdolenie przychodzi tak łatwo tym wszystkim osobom z (mniej lub bardziej) prawidłową wagą, lub osobom bez żadnego problemu zdrowotnego, co najwyżej z za wysokim metabolizmem, które płaczą Ci, jak bardzo nie mogą przytyć i chętnie by się z Tobą zamieniły!". OH KURWA NO PEWNIE. Albo inne grube osoby zniechęcające Cię do diet/chudnięcia, bo przecież musisz pokochać swoje ciało i skoro jesteś gruba to po prostu zajebistość Twoja nie mieści się w mniejszym ciele. Ja sobie tak cały czas wmawiam łkając rzewnie nad fotkami wychudzonych mniej lub bardziej piczy w internetach i zagryzając to wszystko wspomnianym pączkiem i zapijaniem colą. I płaczę, że jestem gruba. Bo nikt mi nie wmówi, że waga 90kg przy wzroście 174 to waga prawidłowa, albo "leciutka" nadwaga. Zastanawiam się, jak to jest rzygać po każdym posiłku i nawpierdalać się a potem po prostu zwrócić wszystko i być fabulous. Ale nie, za bardzo cenię sobie jedzenie. Lubię jeść. Kurwa, lubię. Sprawia mi to radość i przyjemność. I całe życie zmagam się z tym, czy wolę wyglądać dobrze, czy wpierdalać… potem patrzę na siebie, zaklinam pod nosem wygląd zgrabniutkiego walenia i idę żreć, bo nic innego mi w życiu nie daje radości.

    Jestem gruba bo żrę. Żrę, bo jestem gruba. Koło się zamyka, amen.

    1. Agata, dzielenie ogólnej masy do zrzucenia na mniejsze „porcje” ma sens, ALE nie zmienia faktu, że do zrzucenia mam 30 kg, a nie 5 kg. nie chcę sobie mydlić oczu, że „póki co 5 kg wystarczy”, bo to nie załatwia sprawy :(

  12. Na wstępie tego elaboratu napiszę, że trzymam za Ciebie kciuki i cieszę się każdą kalorią zrzuconą na tym zjebanym orbitreku, każdym gramem z Twojego tyłka mniej. Może nie koniecznie biegam naokoło i okazuję to wsparcie, ale jeśli Tobie to pomaga w jakiś sposób – zacznę popierdalać z pomponami i napisem na cyckach "GO ZAZ".

    Moim zdaniem niesłusznie z góry zakładasz, że 55kg jest nieosiągalne. Małe kroki do sukcesu. Uważam, iż powinnaś zastosować etapowe chudnięcie.
    Najpierw wyznacz sobie 5 kilo w dół. Potem kolejne i kolejne. Bo dużo przyjemniej i lżej się myśli "Dobra, 5kg razy tam np. cztery czy sześć przede mną" niż "jezuskurwamać 30kg muszę schudnąć". I wizualizujesz sobie te 30kg jako spory karton w którym znajduje się te 30 paczek np. cukru i strzela Cię jasny chuj, bo patrzysz na siebie i myślisz tylko "no ja pierdolę" i idziesz wpierdolić pączka z lukrem, bo i tak nie ma już dla Ciebie nadziei.

    To taki sposób, który tam gdzieś kiedyś znalazłam, może u Ciebie się sprawdzi.

    Też marzy mi się i to naprawdę operacja zmniejszenia żołądka. Chuja warta jest zasada 40BMI tak na marginesie. Ja ważę 90kg i mam rozepchany żołądek i po prostu nie potrafię zmusić się do niejedzenia, żeby się obkurczył. Poza tym jestem praktycznie pewna, że rozciągnę go spowrotem i znowu moja waga będzie mnie dobijac i powodować frustrację.

    "Zapisz się na siłkę! Żryj mniej! Wpierdalaj sałatę! Jedz zdrowiej! Ruszaj się!" – takie pierdolenie przychodzi tak łatwo tym wszystkim osobom z (mniej lub bardziej) prawidłową wagą, lub osobom bez żadnego problemu zdrowotnego, co najwyżej z za wysokim metabolizmem, które płaczą Ci, jak bardzo nie mogą przytyć i chętnie by się z Tobą zamieniły!". OH KURWA NO PEWNIE. Albo inne grube osoby zniechęcające Cię do diet/chudnięcia, bo przecież musisz pokochać swoje ciało i skoro jesteś gruba to po prostu zajebistość Twoja nie mieści się w mniejszym ciele. Ja sobie tak cały czas wmawiam łkając rzewnie nad fotkami wychudzonych mniej lub bardziej piczy w internetach i zagryzając to wszystko wspomnianym pączkiem i zapijaniem colą. I płaczę, że jestem gruba. Bo nikt mi nie wmówi, że waga 90kg przy wzroście 174 to waga prawidłowa, albo "leciutka" nadwaga. Zastanawiam się, jak to jest rzygać po każdym posiłku i nawpierdalać się a potem po prostu zwrócić wszystko i być fabulous. Ale nie, za bardzo cenię sobie jedzenie. Lubię jeść. Kurwa, lubię. Sprawia mi to radość i przyjemność. I całe życie zmagam się z tym, czy wolę wyglądać dobrze, czy wpierdalać… potem patrzę na siebie, zaklinam pod nosem wygląd zgrabniutkiego walenia i idę żreć, bo nic innego mi w życiu nie daje radości.

    Jestem gruba bo żrę. Żrę, bo jestem gruba. Koło się zamyka, amen.

    1. Agata, dzielenie ogólnej masy do zrzucenia na mniejsze „porcje” ma sens, ALE nie zmienia faktu, że do zrzucenia mam 30 kg, a nie 5 kg. nie chcę sobie mydlić oczu, że „póki co 5 kg wystarczy”, bo to nie załatwia sprawy :(

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.