tears dry on their own


czy da się dzisiaj napisać notkę bez słowa “norwegia” lub “amy winehouse”?
facebook zaroił się od czarnych wstążek oraz grup współczucia i solidarności, a listy przebojów znów należą do amy.
tyle że kobiet na skraju załamania nerwowego jest więcej. ofiar też.niezależnie od tego, co czuję, 
z zaskoczeniem stwierdzam, że moja odporność na dramat skurczyła się ostatnimi czasy do rozmiarów naparstka.
kiedyś byłam naczyniem bez dna, zdolnym przyjąć wszystkie problemy, rozterki i wielogodzinne zwierzenia
przyjaciół, znajomych i zupełnie przypadkowych ludzi. byłam gąbką, która cierpliwie chłonie cały ten ból,
międzyludzki syf i osobiste rozpacze. sama byłam chodzącym dramatem, pląsającą histerią
i egzystencjalnym rozpierdoleniem na atomy traum, zranień i lęków.
to nie mija. o tym się nie zapomina. trzeba nauczyć się z tym żyć. spokojnie. 
nie ma innego sposobu. nikt nas nie zbawi. nikt nas nie naprawi.nie mogę już słuchać kolejnych świadectw rozpieprzenia. nie daję rady.

po pierwszych słowach kurczę się w sobie i rozsadza mi głowę. 
nie jestem w stanie nikomu pomóc, a słuchanie boli. choć bezradność bardziej.

i rośnie we mnie złość, że ludzie kręcą się szaleńczo wokół własnej osi, zamiast zacząć żyć. 

i docenić to, co mają. luksus oddychania. ej, zmieniłam się.

dawniej zuchwale myślałam, że potrafię rozumieć ludzi. dzisiaj już nie. dzisiaj jestem zmęczona. 

operuję frazami najprostszymi – ‘tak’ oraz ‘nie’.

tak, możesz na mnie liczyć.

nie, nie będę razem z Tobą spadać w dół.


25-07-2011
————————————-

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top