strona główna > codziennik > mopsy > kumok > miszur > czuczu
Wychowana w sterylnych warunkach, karmiona odżywkami, faszerowana antybiotykami,
zabezpieczana szczepionkami – wyrosłam na alergiczkę-astmatyczkę,
która na widok futrzaka dostawała ataku duszności i galopujących suchot.
Siłą rzeczy od czworonożnych istot trzymałam się z daleka.
Miły piesek, słodki kotek – ale dziękuję, postoję w bezpiecznej odległości.
która żwawo i radośnie popierdalała świńskim truchtem za swoją elegancką pańcią po trotuarze Nowego Światu.

Stałam i śmiałam się do rozpuku, pokazując palcem owego Cudaczka Quentinowi i pstrykając mu zdjęcia.

pomiędzy lewą a prawą komorą serca i przycupnąwszy sobie cichutko, odzywała się we mnie co jakiś czas
swoim prosięcym śmiesznym głosikiem – zawsze wtedy, gdy było mi smutno, samotnie i źle.
Tak minął 2006, nadszedł 2007, przecierpiałam cały 2008…
I w końcu w pewną zimową niedzielę – 18 stycznia 2009 –
w pierwszy dzień Naszego Wspólnego Życia z Syd –
gdzieś w Łodzi przyszło na świat maleńkie mopsiątko.
Ostatnia z miotu, najsłabsza. Dziewczynka, mała Smonia…
Rzecz jasna – nawet nie podejrzewałyśmy jej istnienia, bo niby skąd. I w ogóle ani słowa o psie.
Tymczasem Mała Smonia przechodziła ostrą szkołę życia. Silniejsze rodzeństwo odpychało ją od mleka Mamy,
jej skóra stopniowo pokrywała się coraz większą ilością zadrapań i ugryzień,
a Mała Smonia – karmiona białym serem i rozmoczonym chlebem – chudła w oczach i była coraz bardziej smutna.
Jej rodzeństwo szybko znalazło nowe domy, ale Małej Smoni nikt nie chciał pokochać.
Bo taka mała, chuda i słaba. Pewnie chorowita. Z takim psem będą same kłopoty.
Bo przecież pies to kłopoty, odpowiedzialność, spacery bladym świtem i późną nocą, i tak dalej…
Może kiedyś, później, nie teraz. Zresztą Ola ma alergię na sierść, a do tego początki astmy…
No właśnie. Aż pewnego razu, gdzieś pod koniec kwietnia, gdy gościł u nas SuperBadiDani,
włączyłam pewien filmik z youtube, który przyplątał się do mnie kilka dni wcześniej…
Trochę zwariowałysmy z Sydem na punkcie tego video, za którym lawinowo posypały się kolejne.
Z mopsami rzecz jasna. Aż w końcu któraś z nas wypaliła w żartach:
– Jak będziemy już dorosłe i odpowiedzialne, to kupimy sobie mopsa!
Hahaha, jassssne… :D My i pies, hehehehe, dobre sobie! ;)))
I temat rozszedł się po kościach. My tymczasem pojechałysmy sobie do Ołomuńca na dłuugi majowy weekend,
a SuperBadiDani wpadł na szatański pomysł…
Co prawda o mopsach wiedział tylko tyle, że mają cztery krótkie nóżki, płaski dziób i ogonek zakręcony jak świnka.
Tyle wystarczy. Resztę zrobiło google. I szczęśliwy traf.
SuperBadiDani w ciągu długiego weekendu obdzwonił wszystkie ogłoszenia z AleGratka.pl,
poszukując jakiejś Małej Mopsiej Dziewczynki gotowej do wydania “w dobre ręce”.
Aż w końcu trafił na ogłoszenie pewnej hmm… domowej pseudohodowli mopsów i yorków…

przy mopsiej Smoczycy została jedna jedyna Dziewczynka…

ostatnia z miotu – niechciana przez nikogo…

Prawdę powiedziawszy nikt z nas w owym czasie – a tym bardziej SuperBadiDani – nie zdawał sobie sprawy,
czym różni się hodowla od pseudohodowli i dlaczego w ogóle rodowód psa rasowego ma tak wielkie znaczenie.
Ot, mops to mops – jaki jest, każdy widzi.
Z Wrocławia pojechał po nią do Łodzi. Z Łodzi przywiózł ją do Warszawy.
Była chyba 1.00 w nocy, gdy Daniel zadzwonił do naszych drzwi – tuląc zawiniątko ze spranego ręcznika frotte.
Po chwili na podłodze stanęła maleńka chudzinka na trzęsących się nóżkach…
Wygłodniała, zmęczona, przestraszona…
Byłyśmy z Syd…
PRZERAŻONE.
Byłyśmy w szoku. Spanikowane. Bezradne.
Jezusmaria, pies?!! Przecież my tylko żartowałyśmy!!!!
To były wygłupy!!! Daniel… Co teraz…?!!!

Boże, jakie to małe. Biedne. Słodkie.
Kochane. Potrzebujące. Głodne. Spragnione ciepła.
Nakarmiłam ją szynką i serkiem wiejskim. Napoiłam. Bałam się dotknąć, nie chcąc zrobić jej krzywdy.
W końcu wzięłam ja na kolana. Usiadła grzecznie i dała się pogłaskać.
I nagle… zrobiła coś, czego nie zapomnę chyba do końca życia.
Ni z tego ni z owego ruszyła do przodu i… z hukiem wylądowała dziobem na podłodze.
Wpadłam w histerię! Chciałam jechać z nią natychmiast jechać na pogotowie,
na rezonans, tomografię i prześwietlenie! Ratunku, zabiłam ją!!!!
Wstała. Otrzepała się. Raźno pomaszerowała dalej. Ot, cały Kumok.
Byłam ciężko przerażona i święcie przekonana, że nie nadaję się na Matkę Mopsa.
Tymczasem Mops był innego zdania i spokojnie układał się do spanka.
Zrobiłam jej posłanko obok naszego materaca i utuliłam do snu. Oczywiście sama z emocji nie mogłam zasnąć.
Natomiast na mopsiątku nic nie robiło specjalnego wrażenia i już po chwili chrapało wniebogłosy.
– A może jest jej zimno? – przestraszyłam się i położyłam jej posłanie na naszym materacu.
Spała na brzuszku, a jej maleńkie plecki miarowo unosiły się i opadały pod moją dłonią.
– Chyba musi poczuć się bezpieczniej… – pomyślałam, przysuwając ją do siebie.
Raczej czuła się bezpiecznie, bo nawet się nie przebudziła.
– Musi poczuć, że jest nasza… – pomyślałam, chociaż tak naprawdę… sama jeszcze tego nie czułam.
Wzięłam ją na ręce i przytuliłam do piersi. Przywarła do mnie całym ciałkiem, nie przerywając snu.
Zasnęłam.
Rano obudziło mnie głośne i mokre mopsie kichnięcie prosto w moją twarz.
O_o… nie mogłam otworzyć oczu. Były zapuchnięte, czerwone i szczypały.
Podobnie jak zakatarzony nos. I ściśnięte gardło. Chrypa, płytki oddech, atak duszności.
Nie mogłam mówić, nie mogłam oddychać…
Zaczęłam płakać. Że nie dam rady. Że się boję. Że co teraz…
Syd była równie przestraszona. Bo nie dość, że pies, że odpowiedzialność, że… bla bla bla.
To jeszcze moja astma, którą dopiero co udało mi się jako tako kontrolować
dzięki potężnej baterii leków, inhalatorów i sprayów.
– W tej sytuacji nie możemy jej zatrzymać… – powiedziała Syd łamiącym się głosem.
A ja w ryk! Mimo że przerażała mnie odpowiedzialność, spacery, posiadanie psa i ta cholerna astma, to jednak…
No jak to…?
– Daniel, musisz pojechać do Łodzi i oddać ją z powrotem… – mówiła Syd.

A ja wyłam. Że… Że nie możemy jej tego zrobić!
Że jeśli ją oddamy, to nigdy sobie nie wybaczę… Że będę tęsknić. Że nie da mi to spokoju…
Że…
Właściwie to czułam się jak przyszła matka, która ma podjąć decyzję o usunięciu ciąży…
Niby jej nie chcę, bo nie mogę… Bo nie mam warunków. Bo boję sie przyszłości…
Bo zdrowie mi nie pozwala… A jednak nie mogę. Po prostu nie mogę… I nie potrafię powiedzieć dlaczego.
Bo przecież Ona jest ze mną od kilku zaledwie godzin. Przecież nigdy nie myslałam o Niej na serio.

I nie, nie pokochałam Jej od pierwszego wejrzenia – takiej małej, brzydkiej, chudej, zabiedzonej…
Nijak nie przypominającej puchatej kuleczki z filmików na youtube.
A mimo wszystko było w Niej COŚ, co nie znosiło mojego sprzeciwu;
coś co łamało mnie na pół i przekraczało wszelkie dopuszczalne granice.
Coś co wdarło się we mnie z impetem i namieszało w środku,
wywołując momentami moją złość i bunt.
Że teraz to niby co?! Co ja mam z Tobą zrobić? Czego Ty ode mnie oczekujesz?!
Ty… Ty… parufko brzydka… Ty kurczaku prujący dzioba… Zasmarkańcu zakichany…
Ty pokurczu mopsi zezowaty…

Wpadłam. Wpadłam po uszy. Byłam przerażona, rozbita i zła. Bałam się jej.
Nie dość, że jest taka mała, to jeszcze mnie dusi, krztusi, kaszle mną i zipie.
I patrzy na mnie tymi wielkimi oczami. I wie o mnie wszystko… I czuje, kiedy tłumię złość.
Wie, kiedy się boję. Przyłazi, kiedy jest mi smutno. Zaczepia mnie. Wzywa do zabawy. Rozkazuje mi.

– Baw się! Tutaj, teraz! Odłóz to! Zajmij sie mną! jeść! daj piłkę! Weź mnie na ręce! Chodź!
Nie, nie będę tam sikać! Chce na kanapie! Patrz, sikam na kanapę! Nie-e, nie możesz się na mnie złościć!
Jestem malutka! Mogę wszystko! A Ty jesteś znerwicowaną złośnicą! O, patrz, jak się krzywisz!
Teraz będę szczekać! Słyszysz? Mogę tak szczekać dwie godziny i gryźć Cię po kostkach, bo tak mi się chce!
Naranana nana nana! Tiru riru riru riru! Dziam dziam dziam! I jeszcze głośniej! Nie zamykaj się w łazience!
Patrz, wchodzę przez szparę pod drzwiami! Jestem wszędzie! Zawsze przy Tobie! Nararanananana na naaa!!!
Nasikam Ci na kaapcieee…. nanana nana naaaa! Ej… co robisz? Mama…? Noo weeź! Co Ty, płaczesz?!
Przecież to tylko takie żarty!! No cos Ty!! Mamaaaa…

Po 7 dniach urlopu – 24h na dobę z tym małym wampirem – byłam u kresu wytrzymałości.
Wszystko zaszczane. Wszystko zasrane. Wszystko zakichane.
Mops chory na kaszel kennelowy. Ma zerową odporność. Nie można jej zaszczepić.
Nie mozna z nia wychodzic na spacery. Kwarantanna. Oddział zamknięty.
Próbowałam w tym czasie uczyć się CSS’u, a praktycznie – rwałam włosy z głowy, dusiłam się,
zdychałam z niedotlenienia, chodziłam po ścianach i bezskutecznie
próbowałam zawszeć z wampirem pakt o wzajemnej nieagresji.

Wampir okazał się mieć charakter nie lada. Mops nie w kij dmuchał. Wulkan energii. Mała złośnica.
Kumok. Królewna. Zadziora. Od 5.00 rano do 18.00 – szatan nie dający mi żyć.
Od 18.00 do wieczora – słodki aniołek Syd, która dziwiła się, czego ja chcę od tego biednego psa.
Och, jak mocno i dogłębnie przetrenował mnie ten mopsi dzieciak! :)
– Pani chyba oszalała… – mruknęła moja lekarka na wieść o psie – W pani stanie?!
To się skończy zaawansowaną obturacją! Albo jeszcze niewydolnością serca!
Przecież pani juz teraz ledwo zipie!!! Albo pies albo zdrowie!
Inaczej ja nie odpowiadam za pani stan! Widzimy się za dwa miesiące!
Proszę podjąć decyzję! Do widzenia!
Czyli konkret. A konkret działa na mnie najlepiej.
Bo jeśli ktoś mi mówi “nie”, to z wrodzonej przekory zrobię wszystko, żeby owo “nie” odszczekał.
Chcę usłyszeć “tak”.
Bo tak :)
Pierwszy miesiąc był ciężki. Permanentne niedotlenienie odbija się czkawką we wszystkich sferach życia.
Ledwo myślę, ledwo chodzę, ledwo żyję. Łykam tabletki, wdycham świństwa,
nie rozstaję się z zestawem inhalatorów i aerozoli.
Pewnego dnia zapominam o wieczornej dawce leków. O dziwo – żyję.
Hmm… Kilka dni później… znów “zapominam” – tym razem celowo.
Hmm, dziwne… Obserwuję swój organizm. Nasłuchuję oddechu i tętna. Przypatruję się sobie.
Coraz częściej „zapominam” o lekach.
Z Kumokiem jestem coraz bliżej, coraz mocniej, coraz bardziej.
Coraz lżej mi się oddycha. Mam coraz więcej siły.
Przed oczami nie robi się już ciemno. Jestem spokojniejsza.
Zaczynam odczuwać coś na kształt… miłości, czułości, przywiązania.
Gdzieś głęboko i bardzo nieśmiało. Otwieram się, chociaz trochę wstydzę.
Pewnego dnia wtulam twarz w śpiącego Kumoka.

Oddycham. Oddycham. Tak po prostu oddycham.
Odstawiam leki. Wszystkie. Zapominam o wizycie kontrolnej. I o wszystkich kolejnych.
Od tamtej pory, przez kolejne 2 lata, nie odwiedzę żadnego alergologa czy pulmunologa.
O innych też zapominam. Jest mi dobrze.
Któregoś dnia przypadkowo spotkana w autobusie obca kobieta zachwycająca się Kumokiem –
okazuje się lekarzem immunologiem. Rozmawiamy. Mówi mi, że mój organizm
w bezpieczny i naturalny sposób sam się odczulił. Stała ekspozycja na alergen buduje silną odporność.
Bez szczepionek, zastrzyków i ryzyka wstrząsu anafilaktycznego.

Mój organizm pokochał Kumoka każdą swoją komórką.
Pokochałam Kumoka miłością, której nigdy wcześniej nie znałam.
Nie wstydzę się mówić, że Kumok jest moim Dzieckiem.
Moim Serduszkiem Najdroższym.
Istotą, która zmieniła moje życie, mój świat i mnie samą.
Wszystko, co dobre i piękne, zaczęło się wraz z pojawieniem się Kumoka na świecie.
18 stycznia 2009 roku.

Kocham Cię, Córeczko :*
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Dodaj komentarz