Kumok

Uwierzycie, że nigdy nie chciałam mieć psa? :D
Wychowana w sterylnych warunkach, karmiona odżywkami, faszerowana antybiotykami,
zabezpieczana szczepionkami – wyrosłam na alergiczkę-astmatyczkę,
która na widok futrzaka dostawała ataku duszności i galopujących suchot.
Siłą rzeczy od czworonożnych istot trzymałam się z daleka.
Miły piesek, słodki kotek – ale dziękuję, postoję w bezpiecznej odległości.
Aż pewnego razu – zupełnym przypadkiem, latem 2006 roku – zobaczyłam niedużą grubą parówkę,
która żwawo i radośnie popierdalała świńskim truchtem za swoją elegancką pańcią po trotuarze Nowego Światu.

Wmurowało mnie w podłoże, bo Czegoś Tak Rozbrajająco Absurdalnego jeszcze w życiu nie widziałam.
Stałam i śmiałam się do rozpuku, pokazując palcem owego Cudaczka Quentinowi i pstrykając mu zdjęcia.
A że popierdalał szybciutko, a ja trzęsłam się, rechocząc – to i zdjęcie wyszło słabo.
Oto ono:

Psa nadal mieć nie chciałam, ale ta Gruba Mopsia Parufka z Nowego Światu jakoś mi tak utkwiła
pomiędzy lewą a prawą komorą serca i przycupnąwszy sobie cichutko, odzywała się we mnie co jakiś czas
swoim prosięcym śmiesznym głosikiem – zawsze wtedy, gdy było mi smutno, samotnie i źle.
Tak minął 2006, nadszedł 2007, przecierpiałam cały 2008…

I w końcu w pewną zimową niedzielę – 18 stycznia 2009
w pierwszy dzień Naszego Wspólnego Życia z Syd –
gdzieś w Łodzi przyszło na świat maleńkie mopsiątko.
Ostatnia z miotu, najsłabsza. Dziewczynka, mała Smonia…

Rzecz jasna – nawet nie podejrzewałyśmy jej istnienia, bo niby skąd. I w ogóle ani słowa o psie.
Tymczasem Mała Smonia przechodziła ostrą szkołę życia. Silniejsze rodzeństwo odpychało ją od mleka Mamy,
jej skóra stopniowo pokrywała się coraz większą ilością zadrapań i ugryzień,
a Mała Smonia – karmiona białym serem i rozmoczonym chlebem – chudła w oczach i była coraz bardziej smutna.
Jej rodzeństwo szybko znalazło nowe domy, ale Małej Smoni nikt nie chciał pokochać.
Bo taka mała, chuda i słaba. Pewnie chorowita. Z takim psem będą same kłopoty.

Bo przecież pies to kłopoty, odpowiedzialność, spacery bladym świtem i późną nocą, i tak dalej…
Może kiedyś, później, nie teraz. Zresztą Ola ma alergię na sierść, a do tego początki astmy…
No właśnie. Aż pewnego razu, gdzieś pod koniec kwietnia, gdy gościł u nas SuperBadiDani,
włączyłam pewien filmik z youtube, który przyplątał się do mnie kilka dni wcześniej…

Trochę zwariowałysmy z Sydem na punkcie tego video, za którym lawinowo posypały się kolejne.
Z mopsami rzecz jasna. Aż w końcu któraś z nas wypaliła w żartach:

– Jak będziemy już dorosłe i odpowiedzialne, to kupimy sobie mopsa!

 

Hahaha, jassssne… :D My i pies, hehehehe, dobre sobie! ;)))
I temat rozszedł się po kościach. My tymczasem pojechałysmy sobie do Ołomuńca na dłuugi majowy weekend,
a SuperBadiDani wpadł na szatański pomysł…

Co prawda o mopsach wiedział tylko tyle, że mają cztery krótkie nóżki, płaski dziób i ogonek zakręcony jak świnka.
Tyle wystarczy. Resztę zrobiło google. I szczęśliwy traf.
SuperBadiDani w ciągu długiego weekendu obdzwonił wszystkie ogłoszenia z AleGratka.pl,
poszukując jakiejś Małej Mopsiej Dziewczynki gotowej do wydania “w dobre ręce”.

Aż w końcu trafił na ogłoszenie pewnej hmm… domowej pseudohodowli mopsów i yorków…

przy mopsiej Smoczycy została  jedna jedyna Dziewczynka…

 

 

ostatnia z miotu – niechciana przez nikogo…

 

 

Prawdę powiedziawszy nikt z nas w owym czasie – a tym bardziej SuperBadiDani – nie zdawał sobie sprawy,
czym różni się hodowla od pseudohodowli i dlaczego w ogóle rodowód psa rasowego ma tak wielkie znaczenie.
Ot, mops to mops – jaki jest, każdy widzi.

 

Z Wrocławia pojechał po nią do Łodzi. Z Łodzi przywiózł ją do Warszawy.
Była chyba 1.00 w nocy, gdy Daniel zadzwonił do naszych drzwi – tuląc zawiniątko ze spranego ręcznika frotte.
Po chwili na podłodze stanęła maleńka chudzinka na trzęsących się nóżkach…
Wygłodniała, zmęczona, przestraszona…

Byłyśmy z Syd…
PRZERAŻONE.
Byłyśmy w szoku. Spanikowane. Bezradne.
Jezusmaria, pies?!! Przecież my tylko żartowałyśmy!!!!
To były wygłupy!!! Daniel… Co teraz…?!!!

 

Boże, jakie to małe. Biedne. Słodkie.
Kochane. Potrzebujące. Głodne. Spragnione ciepła.

Nakarmiłam ją szynką i serkiem wiejskim. Napoiłam. Bałam się dotknać, nie chcąc zrobic jej krzywdy.
W końcu wzięłam ja na kolana. Usiadła grzecznie i dała się pogłaskać.
I nagle… zrobiła coś, czego nie zapomnę chyba do końca życia.
Ni z tego ni z owego ruszyła do przodu i… z hukiem wylądowała dziobem na podłodze.

Wpadłam w histerię! Chciałam jechać z nią natychmiast jechać na pogotowie,
na rezonans, tomografię i prześwietlenie! Ratunku, zabiłam ją!!!!

Wstała. Otrzepała się. Raźno pomaszerowała dalej. Ot, cały Kumok.
Byłam ciężko przerażona i święcie przekonana, że nie nadaję się na Matkę Mopsa.
Tymczasem Mops był innego zdania i spokojnie układał się do snu.

 

 

Zrobiłam jej posłanko obok naszego materaca i utuliłam do snu. Oczywiście sama z emocji nie mogłam zasnąć.
Natomiast na mopsiątku nic nie robiło specjalnego wrażenia i już po chwili chrapało wniebogłosy.
– A może jest jej zimno? – przestraszyłam się i położyłam jej posłanie na naszym materacu.
Spała na brzuszku, a jej maleńkie plecki miarowo unosiły się i opadały pod moją dłonią.
– Chyba musi poczuć się bezpieczniej… – pomyślałam, przysuwając ją do siebie.
Raczej czuła się bezpiecznie, bo nawet się nie przebudziła.
– Musi poczuć, że jest nasza… – pomyślałam, chociaż tak naprawdę… sama jeszcze tego nie czułam.
Wzięłam ją na ręce i przytuliłam do piersi. Przywarła do mnie całym ciałkiem, nie przerywając snu.
Zasnęłam.

Rano obudziło mnie głośne i mokre mopsie kichnięcie prosto w moją twarz.
O_o… nie mogłam otworzyć oczu. Były zapuchnięte, czerwone i szczypały.
Podobnie jak zakatarzony nos. I ściśnięte gardło. Chrypa, płytki oddech, atak duszności.
Nie mogłam mówić, nie mogłam oddychać…
Zaczęłam płakać. Że nie dam rady. Że się boję. Że co teraz…
Syd była równie przestraszona. Bo nie dość, że pies, że odpowiedzialność, że… bla bla bla.
To jeszcze moja astma, którą dopiero co udało mi się jako tako kontrolować
dzięki potężnej baterii leków, inhalatorów i sprayów.
– W tej sytuacji nie możemy jej zatrzymać… – powiedziała Syd łamiącym się głosem.
A ja w ryk! Mimo że przerażała mnie odpowiedzialność, spacery, posiadanie psa i ta cholerna astma, to jednak…
No jak to…?

– Daniel, musisz pojechać do Łodzi i oddać ją z powrotem… – mówiła Syd.

 

A ja wyłam. Że… Że nie możemy jej tego zrobić!
Że jeśli ją oddamy, to nigdy sobie nie wybaczę… Że będę tęsknić. Że nie da mi to spokoju…
Że…

Właściwie to czułam się jak przyszła matka, która ma podjąć decyzję o usunięciu ciąży…
Niby jej nie chcę, bo nie mogę… Bo nie mam warunków. Bo boję sie przyszłości…
Bo zdrowie mi nie pozwala… A jednak nie mogę. Po prostu nie mogę… I nie potrafię powiedzieć dlaczego.
Bo przecież Ona jest ze mną od kilku zaledwie godzin. Przecież nigdy nie myslałam o Niej na serio.

 

 

I nie, nie pokochałam Jej od pierwszego wejrzenia – takiej małej, brzydkiej, chudej, zabiedzonej…
Nijak nie przypominającej puchatej kuleczki z filmików na youtube.
A mimo wszystko było w Niej COŚ, co nie znosiło mojego sprzeciwu;
coś co łamało mnie na pół i przekraczało wszelkie dopuszczalne granice.
Coś co wdarło się we mnie z impetem i namieszało w środku,
wywołując momentami moją złość i bunt.
Że teraz to niby co?! Co ja mam z Tobą zrobić? Czego Ty ode mnie oczekujesz?!
Ty… Ty… parufko brzydka… Ty kurczaku prujący dzioba… Zasmarkańcu zakichany…
Ty pokurczu mopsi zezowaty…

 

 

Wpadłam. Wpadłam po uszy. Byłam przerażona, rozbita i zła. Bałam się jej.
Nie dość, że jest taka mała, to jeszcze mnie dusi, krztusi, kaszle mną i zipie.
I patrzy na mnie tymi wielkimi oczami. I wie o mnie wszystko… I czuje, kiedy tłumię złość.
Wie, kiedy się boję. Przyłazi, kiedy jest mi smutno. Zaczepia mnie. Wzywa do zabawy. Rozkazuje mi.

 

– Baw się! Tutaj, teraz! Odłóz to! Zajmij sie mną! jeść! daj piłkę! Weź mnie na ręce! Chodź!
Nie, nie będę tam sikać! Chce na kanapie! Patrz, sikam na kanapę! Nie-e, nie możesz się na mnie  złościć!
Jestem malutka! Mogę wszystko! A Ty jesteś znerwicowaną złośnicą! O, patrz, jak się krzywisz!
Teraz będę szczekać! Słyszysz? Mogę tak szczekać dwie godziny i gryźć Cię po kostkach, bo tak mi się chce!
Naranana nana nana! Tiru riru riru riru! Dziam dziam dziam! I jeszcze głośniej! Nie zamykaj się w łazience!
Patrz, wchodzę przez szparę pod drzwiami! Jestem wszędzie! Zawsze przy Tobie! Nararanananana na naaa!!!
Nasikam Ci na kaapcieee…. nanana nana naaaa! Ej… co robisz? Mama…? Noo weeź! Co Ty, płaczesz?!
Przecież to tylko takie żarty!! No cos Ty!! Mamaaaa…

 

 

Po 7 dniach urlopu – 24h na dobę z tym małym wampirem – byłam u kresu wytrzymałości.
Wszystko  zaszczane. Wszystko zasrane. Wszystko zakichane.
Mops chory na kaszel kennelowy. Ma zerową odporność. Nie można jej zaszczepić.
Nie mozna z nia wychodzic na spacery. Kwarantanna. Oddział zamknięty.
Próbowałam w tym czasie uczyć się CSS’u, a praktycznie – rwałam włosy z głowy, dusiłam się,
zdychałam z niedotlenienia, chodziłam po ścianach i bezskutecznie
próbowałam zawszeć z wampirem pakt o wzajemnej nieagresji.

 

 

Wampir okazał się mieć charakter nie lada. Mops nie w kij dmuchał. Wulkan energii. Mała złośnica.
Kumok. Królewna. Zadziora. Od 5.00 rano do 18.00 – szatan nie dający mi żyć.
Od 18.00 do wieczora – słodki aniołek Syd, która dziwiła się, czego ja chcę od tego biednego psa.
Och, jak mocno i dogłębnie przetrenował mnie ten mopsi dzieciak! :)

 

– Pani chyba oszalała… – mruknęła moja lekarka na wieść o psie – W pani stanie?!
To się skończy zaawansowaną obturacją! Albo jeszcze niewydolnością serca!
Przecież pani juz teraz ledwo zipie!!! Albo pies albo zdrowie!
Inaczej ja nie odpowiadam za pani stan! Widzimy się za dwa miesiące!
Proszę podjąć decyzję! Do widzenia!

 

Czyli konkret. A konkret działa na mnie najlepiej.
Bo jeśli ktoś mi mówi “nie”, to z wrodzonej przekory zrobię wszystko, żeby owo “nie” odszczekał.
Chcę usłyszeć “tak”.
Bo tak :)

Pierwszy miesiąc był ciężki. Permanentne niedotlenienie odbija się czkawką we wszystkich sferach życia.
Ledwo myślę, ledwo chodzę, ledwo żyję. Łykam tabletki, wdycham świństwa,
nie rozstaję się z zestawem inhalatorów i aerozoli.

Pewnego dnia zapominam o wieczornej dawce leków. O dziwo – żyję.
Hmm… Kilka dni później… znów “zapominam” – tym razem celowo.
Hmm, dziwne… Obserwuję swój organizm. Nasłuchuję oddechu i tętna. Przypatruję się sobie.
Coraz częściej „zapominam” o lekach.

Z Kumokiem jestem coraz bliżej, coraz mocniej, coraz bardziej.
Coraz lżej mi się oddycha. Mam coraz więcej siły.
Przed oczami nie robi się już ciemno. Jestem spokojniejsza.
Zaczynam odczuwać coś na kształt… miłości, czułości, przywiązania.
Gdzieś głęboko i bardzo nieśmiało. Otwieram się, chociaz trochę wstydzę.
Pewnego dnia wtulam twarz w śpiącego Kumoka.

Oddycham. Oddycham. Tak po prostu oddycham.

 

Odstawiam leki. Wszystkie. Zapominam o wizycie kontrolnej. I o wszystkich kolejnych.
Od tamtej pory, przez kolejne 2 lata, nie odwiedzę żadnego alergologa czy pulmunologa.
O innych też zapominam. Jest mi dobrze.

Któregoś dnia przypadkowo spotkana w autobusie obca kobieta zachwycająca się Kumokiem –
okazuje się lekarzem immunologiem. Rozmawiamy. Mówi mi, że mój organizm
w bezpieczny i naturalny sposób sam się odczulił. Stała ekspozycja na alergen buduje silną odporność.
Bez szczepionek, zastrzyków i ryzyka wstrząsu anafilaktycznego.

Ale ja myślę, że to miłość. Że to z miłości.
Mój organizm pokochał Kumoka każdą swoją komórką.
Pokochałam Kumoka miłością, której nigdy wcześniej nie znałam.
Nie wstydzę się mówić, że Kumok jest moim Dzieckiem.
Moim Serduszkiem Najdroższym.
Istotą, która zmieniła moje życie, mój świat i mnie samą.
Wszystko, co dobre i piękne, zaczęło się wraz z pojawieniem się Kumoka na świecie.
18 stycznia 2009 roku.
Dzisiaj Kumok kończy 3 lata.

 Kocham Cię, Córeczko :*

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

59 Comments

  1. Mysz11 lutego 2015

    Hej. My też od miesiąca mamy suczkę mopsa, też jest taka mała jak Twoja, też była ostatnia z miodu, też najmniejsza, też niechciane. Może i to też była pseudochodowla. Nasza Mordka ważyła 2 kilo kiedy do nas trafiła, miała 4 miesiące. Wygląda identycznie jak Twoja mopsiczka, gdy była mała. Są niesamowicie podobne. Ile ma Twoja suczka na tych zdjęciach? martwiłam sie, że nasza będzie ciągle taka mała, a widzę na zdjęciach, że skoro Twoja psinka wyrosła to może i nasza wyrośnie

    Odpowiedz
  2. mandiko22 stycznia 2012

    Weszłam dziś do Was po raz pierwszy i tak się straaasznie wzruszyłam od razu. Nie znam się na psach, nie wiem, czy w ogóle na żywo takiego mopsia widziałam. Ale dobrze wiem, o czym piszesz, o jakich uczuciach, miałam i mam takie pozbierane skądniebądź koty. Teraz dwa i pół (półkot przychodzi na żebry i idzie dalej, 2 domowe). Wiem , jak takie futrzaki potrafią życie zorganizować/przeorganizować/zakłócić/sterroryzować. Wszystkiego dobrego życzę i idę czytać dalej. To o czytaniu i łózku najpierw:)

    Odpowiedz
  3. p_l20 stycznia 2012

    Daję głos okazjonalnie, chociaż czytam od, ohohoho, długo przed notką o Leni Riefenstahl;)
    Jubileuszowa notatka kumocza jest absolutnie doskonałym świadectwem miłości i ścieżki przez mąkę;) Zwinęła mój żołądek w pięść wzruszenia i tłucze po sercu.
    Sercu, które od dwóch miesięcy przepadło w 38 kilogramowym kundlu wywalczonym w jednym z polskich schronisk. Które wiedziało już jak kochać szczeniaka z pseudohodowli, z hodowli, z wzorcowej hodowli. Które się uczy codziennie bardziej jak kochać dorosłego psa który przeszedł piekło. Nie, zwykła sierocą niedolę. Wyrzucenie przez właścicieli z samochodu, dwukrotną bezdomność i obóz koncentracyjny dla psów.
    I już wiem, że świra z pseudo, prymusa-pupilka-naszej-pani z wzrocowej, strachniątko z hodowli-hodowli i bezdomniaczka po przejściach kocha się dokładnie tak samo: każdą komórką, myślą i oddechem.
    Niech będę sentymentalną: moje psy nauczyły mnie wszystkiego. Cierpliwości, systematyczności, opanowania, miłości do ludzi. Funkcjonowania w związku. Dzielenia się, współpracy, kompromisów. Gotowania:)
    Ostatni, Ten -Który- Jest czyli Książe Chozański Pierwszy, Śmierdzący Zamszowy Pierożek, Czarny Mambini, Pieskup Pierdzonek, Szczudlak Ślepowron, Kapuściane Ucho i Robaniucholero! nauczył mnie walki z ludźmi i czasem o obce jeszcze zwierzę widziane jedynie przez zera i jedynki. Miesięcznej walki z systemem, biurokracją i wdupiemaniem pracowników schroniska.
    Nam życzę przynajmniej jeszcze sześciu najlepszych, najspokojniejszych psich lat. Wam pokładów szczęśliwości z ufokami panną K. i panną M. Bądźcie zawsze syte, spokojne, bezpieczne i szczęśliwe.Razy cztery:)

    Odpowiedz
    1. syd20 stycznia 2012

      DZIĘKUJEMY za te wspaniałe życzenia! :D przekażę ufokom z radością!
      ps. czyli jeszcze nic straconego, może zazie nauczy się gotować ;)

      Odpowiedz
  4. Baś19 stycznia 2012

    Kumisiowi i jego Mamie sto lat od Basi i Inki (mały koci głuptas wypadł przed paroma godzinami z okna, teraz rozwalona śpi obok i mruczy przez sen). pozdrawiamy bardzo serdecznie i będziemy wpadać!

    Odpowiedz
  5. angie19 stycznia 2012

    Oj prawie sie spłakałam…mój Boksiowy,tez jest z takiej pseudo//i Bóg mi swiadkiem ,że gdybym wtedy wiedziała co to pseudo i czym to pachnie pewnie by go tu nie było…a tak na marginesie tez już trzeci rok walcze z alergia i czasem wyje z bezsilności:((alergia całoroczna zwiazana rzekomo z jakimis trawami:/)musze przetestować Twój sposób.Ps Kumis wyglada jakby miał co najmniej trzy rodowody:),o!pozdrawiam

    Odpowiedz
  6. Fika19 stycznia 2012

    wow, urodziny Kumoka biją rekordy popularności…

    skoro tylu nas życzy Kumokowi WSZYSTKIEGO NAJLEPJSZEGO!, to z pewnością tak będzie :))

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      bo Kumok jest wyjątkowa! :P
      dzięki, Fika! :)))

      Odpowiedz
  7. Olga19 stycznia 2012

    Fragment „spadła na pysk a ja przerażona myślałam, że zabiłam psa” przerobiłam samodzielnie ponad 3 lata temu :D Mopsy są niezniszczalne, spadają, obijają się, potykają i… idą dalej. :D

    Sto lat Kumokowi, śliczna dziewczyna!

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Bo mopsy są małymi nadmuchiwanymi gumożelkami do kochania :)))

      Odpowiedz
  8. Pietrucha19 stycznia 2012

    Sto lat dla Kumoka :)
    Ja pamiętam jak mojego wiozłam z POZ, leżał na kolanach mamy i ze zdenerwowania obgryzał jej ręce. Dłonie miała obgryzione do „kości” zanim dojechałyśmy do domu. Pamiętam jaki był pulchniutki i miał łysy brzuszek. Z moich rajstop miał uszyte pierwsze wdzianko żeby mu nie było zimno na dworze. Spał oczywiście z mamą, albo rano kładł mi się na kacie żebym oddychała w Jego rytmie.
    Też był taki ostatni z miotu, nie jadł, przeszedł nosówkę, miał permanentne zapalenie ucha i świąd skóry. Mama go leczyła w większości (bo przeszliśmy z nim chyba z pięciu głupich weterynarzy) i uznała, że jak mu poda ludzkie leki w proporcjonalnej dawce to może przyniesie lepszy skutek. Tak moja matka (internista zresztą) uratowała Nufacego w Sylwestra, bo wszyscy weterynarze w mieście byli w tedy na jednej imprezie, a on dostał ataku padaczkowego i trzeba było działać szybko Wet – jak już się do niego dodzwoniłyśmy to powiedział, żeby go przytrzymać i poczekać do rana. Moja matka się wściekła (a nie chcielibyście jej wściekłej widzieć) i powiedziała, ze SYNKA nie da zmarnować. Ja nawet byłam trochę zazdrosna – bo to był jej mały SYNUŚ, z którym spała, załatwiała mu najlepsze jedzonko i wszystko było dla niego. Nawet ludzie zaczęli mówić, że trochę stuknięta jest bo ma dziecko (mnie), ale idzie z psem i mówi ‚choć synku”.
    Olu moja imienniczko – nie dziwię się, że to Twoja córcia przecież.
    Poza tym mój ojciec też miał alergię i jak z nami Nulczas zamieszkał to po paru miesiącach już nie miał.
    Kiedy moja mama zmarła to on nadal czekał na oknie, aż ona wróci z pracy. Aż się pobeczałam jak to piszę. Bo Emirka też już nie ma. Dlatego czytam ciągle tego bloga o szalonych mopsach i jego mamuśkach.
    Dzięki Olu.

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Takie potrzebujące dzieci kocha się najbardziej… Z czasem stajemy się jednym połączonym organizmem. Budzę się na każde najlżejsze chrząknięcie Kumoka i biegnę do niej, żeby sprawdzić czy wszystko w porządku.
      Twoje Dzieciaki cały czas są z Tobą. Wierzę w to. Wiem to.
      Ściskam Cię bardzo, bardzo mocno :***
      Dziękuję, Kochana, za tę historię :)

      Odpowiedz
  9. chustkablogspotcom19 stycznia 2012

    miłość niejedno ma imię ;)

    buzi dla Kumoka od cioci.

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      moja miłośc ma na imię Syd, Kumok i Miszur :)))

      zakatarzone buzi, Ciocia! :***

      Odpowiedz
  10. aselniczka19 stycznia 2012

    Piękna historia :)

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      bo piękny Kumok :))))

      Odpowiedz
  11. archiwistka19 stycznia 2012

    No też się wzruszyłam bardzo. W pracy, kiedy wszyscy żłopią poranną kawę. A nasz królicza córeczka Salusia też trafiła do nas całkiem przypadkiem, w podobnych okolicznościach do Waszych. I to ją uratowało, bo jej dawny kolega umarł przez niefrasobliwość właścicielki. A teraz bez Salusi, jej tryćkania po kostkach, łaskotania wąsikami po nosie nie wyobrażam sobie życia.

    Odpowiedz
    1. taleyah19 stycznia 2012

      nie ma to jak buziak od uszaka :)

      Odpowiedz
    2. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      ojej, ja strasznie lubię królinie – moja przyjaciółka kiedyś miała niejaką Mariszkę :))))

      Odpowiedz
  12. Darek19 stycznia 2012

    Najlepszego Kumok!!!!!

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Sie wie! :D dzięki! :))

      Odpowiedz
  13. Misiober18 stycznia 2012

    Ryczę sobie ciuchutko, Kocham cię Kumisiu i tak bardzo rozumiem Zazie, bo choć nigdy tego tak nie opiszę, czuję to samo do moich dwóch córeczek i synka. Samych szczęśliwych dni Kumisiu, samych pyszności i wspaniałych zabawek. Jesteś małą słodką dziewczynką, która miała i ma DUŻO szczęścia i to szczęscie oddaje każdemu kogo spotka:) jak każdy prawdziwy mopsik :)

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Misioberku kochany, dziękujemy! Kumiś czeka na osobistego buziaczka od Cioci! :***

      Odpowiedz
  14. A.18 stycznia 2012

    Sto lat Kumciu :)

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Kumciu kiwa główką, że taaak :)))

      Odpowiedz
  15. czmuu18 stycznia 2012

    bułczan mówi, że urodzinowo odda dzisiaj kumokowi swoją michę. i to nie byle jaką, bo są odpady porosołowe i w rzeczonej jawią się części indycze. kofamy!

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      niech Bułczan przyjdzie i da buziaczka! :***

      Odpowiedz
  16. masiek18 stycznia 2012

    najśliczniejsza kosmitko – Kumoku Najlepszegooooo!!!

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      to prawda, Kumiś jest z kosmosu :))) buziaki! :*

      Odpowiedz
  17. Basia18 stycznia 2012

    Wszystkiego dobrego. Super. Dziękuję za Waszą historię.

    Odpowiedz
  18. Basia18 stycznia 2012

    Dziękuję za naprawdę wspaniałą, wzruszającą opowieśc. Pięknie napisałaś. A Kumokowi dużo zdrowia.

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      dziekujemy, Basia! :)

      Odpowiedz
  19. bzium18 stycznia 2012

    No wzruszyłam się, nie powiem.
    Ale ciekawi mnie jedno, szczególnie, jak patrzę na zdjęcia ze spędów mopsiarzy -czy udało Ci się poznać właścicielkę mopsa z NŚ?

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      własnie zaczęłam jej szukać przez facebooka :D

      http://www.facebook.com/events/236120963132712/

      Odpowiedz
      1. bzium20 stycznia 2012

        Mam nadzieję, że akcja poszukiwawcza zakończy się sukcesem:))

        Odpowiedz
  20. Alicja18 stycznia 2012

    Taaa,Widać tak było pisane :) Kumok miał być Wasz .Moja przyjaciółka mówi „życie bez mopsa jest ponoć możliwe ale całkowicie pozbawione sensu ” i ja się z tym baaardzo zgadzam .Mówię do mojeko „KUMOKA” ,_”jak to było ,jak ciebie nie było” ?! .
    Mopsy górą !!!!!!!!!!!!!!!!!!

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      i to są święte słowa! :)))

      Odpowiedz
  21. matylda18 stycznia 2012

    ŁAŁ, wzruszająca historia. A zatem, dla Kumoka dużo szczęścia! ;) Zasłużyła psina na taką miłość, jaką dostaje od Was. :)

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Kumiś zasługuje na dużo więcej – jeszcze długa droga przed nami :) ważne, że RAZEM :)

      Odpowiedz
  22. Fika18 stycznia 2012

    Piękna łzawo – szczęśliwa historia, całkiem przypominająca naszą.

    Też z pseudo hodowli, też chore psie dziecko, też najbardziej kochane na świecie !

    Moja alergia i „fachowcy” od zdrowia, co kazali się go pozbyć.
    Choroba psiego dziecka, która pozmieniała codzienność.

    Ale nie ma takiej opcji, czasem wiem, że może być źle, ale nie da się nie wtulać w psie dziecko.

    Szkoda, że tak mało ludzi jest takich jak Ty Zazie i Syd….Inni mają takich jak my za wariatów, bo pies ma być psem, na dworze najlepiej….i nie ma co się rozczulać.

    Dobrze, że są takie Iskierki jak Wasza Rodzinka :)

    100 lat dla Kumoka i Miszura też oczywiście.
    Wam wytrwałości i zdrowia !

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      chore psie dzieci najbardziej potrzebują miłości :( ściskamy Was czule! :*

      Odpowiedz
  23. Manfred&Żaba&PańciaMarcia18 stycznia 2012

    100 lat Kumusiu od śląskich mopsich przyjaciół
    Mopsy zmieniają kierunki zapatrywania na świat :D
    A tak swoją drogą, gdyby tak spisać historię mopsiarzy jak to się u każdego zaczynała ta mopsia podróż to by była piękna książka

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      dziękujemy, kochani! :) to prawda, że mopsy potrafią zmienić wszystko… i wywrócić świat do góry nogami :)))

      Odpowiedz
  24. Gruszka18 stycznia 2012

    Szczerze wzruszyłam sie do łez. Wiem co to znaczy kochać mopsie dziecko i jak bardzo można się dla niego poświęcić. Też mam taka mopsią córeczkę- Holcię.
    Kumoczku życze Ci duzo zdrowia bo wszystko inne co najlepsze już masz!

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Pamiętam Twoja Holeczke jako małą dzidzię – bożuniu, jakie to było biedne :((( pieknie ja odchowałaś! :D

      Odpowiedz
  25. Lolamops18 stycznia 2012

    wyciskacz łeż. samych pyszności i zdrofka.

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      mopsy potrafią wyciskać łzy radości :))

      Odpowiedz
  26. Kasia18 stycznia 2012

    Wiosny, spacerów i miliona milionów smakołyków Kumoczku!

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Kasia, z utęsknieniem czekamy na wiosnę! Póki co – Miszur z okazji urodzin Kumoczka dostała cieczki :))) więc niestety kinder-bal musi poczekać :(

      Odpowiedz
  27. taleyah18 stycznia 2012

    Najlepszego dla Kumisia!

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Kumiś dziękuje, pochrumkując sennie :)

      Odpowiedz
  28. kocimokiem18 stycznia 2012

    wzruszonam niezmiernie. uściskaj jubilatkę delikatnie. od 4 kotów i jeża też.

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Kumciu całuje kociaki, a jeża trąca noskiem! :)

      Odpowiedz
  29. warda18 stycznia 2012

    <3

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      (o)^(o) mopsik!

      Odpowiedz
  30. sanvean18 stycznia 2012

    to wszystkiego najlepszego!!

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      dziękujemy! :)

      Odpowiedz
  31. Ewelina18 stycznia 2012

    Pięknie opowiedziałaś historie Kumoka… wzruszyłam się. Wszystkiego najlepszego dla już dużej mopsiej dziewczynki.

    Odpowiedz
    1. zazie.com.pl19 stycznia 2012

      Dziękujemy! Kumciu z małego wampira stała się prawdziwą mopsią damą :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top