Dave Brubeck i gorące węgierskie noce

w sobotni poranek, piekąc wegetariański pasztet z zielonej soczewicy,
Syd puściła ‘take five’ davida brubecka, serwując mi tym samym
soczewicowo-jazzową i prawdziwie ekstatyczną ‘magdalenkę’.

 

jest rok 1993, lato. lipiec. a dokładniej – koniec czerwca i początek lipca.
skończyłam ósmą klasę podstawówki i mam juz wakacje. większość moich znajomych
zdaje egzaminy do liceum. oprócz tych, którzy zdali wcześniejsze – bodajże w kwietniu,
kiedy prowadzono nabór do tzw. profilowanych klas z programem autorskim.
ot, dawne dzieje edukacji ponadpodstawowej, pozbawionej gimnazjalnych absurdów.
ale mniejsza o to. jest koniec czerwca, mam lat 14 i 3/4 oraz wakacje.

jestem na obozie nad węgierskim Balatonem, w popularnej miejscowości Siófok.
wraz z całą resztą podobnej mi wiekiem gówniażerii –  zachwycona faktem, że sympatyczne letnisko
zamienia się nocą w post-socrealistyczne Las Vegas pełne roztańczonych nocnych klubów, wyzwolonej młodzieży,
podstarzałych turystów spragnionych przygód, prostytutek spragnionych forintów.
all you can eat. all you can afford.

siofok

 

co prawda nie możemy pozwolić sobie na wiele, ale za to nikt nas nie pilnuje.
jak zwykle należę do grupy tych “niegrzecznych”, którzy nocą wykradają się z ośrodka wczasowego –
spod czułej kurateli nietrzeźwych wychowawców – i ruszają w rozświetlone muzyką miasto.
o poranku słońce, plaża, ciepłe fale Balatonu.
oh, la vita e bella!

 

siofok_01

i nagle to.
to coś.

dziwna swędząca krostka na przedramieniu. i druga. siódma, piętnasta.
i nagle cały brzuch pokryty wysypką. nogi. plecy.
węgierski lekarz, polski tłumacz, ospa wietrzna.
izolatka. osobny pokój z łazienką w pustym skrzydle ośrodka wczasowego.
zakaz wstępu. zakaz wszystkiego.

jest czerwiec roku 1993. nie ma telefonów komórkowych. nie ma internetu.
nie mam nawet książki. mam za to ochotę umrzeć.

przez szparę pod drzwiami – zamykanymi na klucz – dzieciaki wsuwają mi liściki,
trochę gadamy, co na plaży i co w mieście, ale to przecież nie to samo.
jakaś nawiedzona laska wystaje pod tymi drzwiami – opowiada mi o Atlantydzie,
ale ja mam w dupie tę jej Atlantydę, Utopię i resztę fantastycznego badziewia.
ja chcę życia! chcę przygód!

tymczasem mam jedynie długopis oraz kartki papieru.
leżę w łóżku. i piszę, piszę, piszę. jeden dzień, drugi.

trzeciego zaczynam krążyć po pokoju, szukając dróg ucieczki.
niemal tuż pod sufitem mojej więziennej celi – jest maleńkie okienko
wychodzące na taras jednego z eleganckich klubów z dancingiem.
całymi nocami gra muzyka. ludzie tańczą, śmieją się, piją.

i nagle słyszę to:

jeszcze nie wiem, co to. nie mam pojęcia.
ale ta muzyka sprawia, że zaczyna mnie roznosić. niemal chodzę po ścianach.
jest późny czerwcowy wieczór, mam 14 lat, ważę jakieś 40kg i strasznie chce mi się żyć.
wdrapuję się na stół i cudem, po prostu cudem, przeciskam się przez ten pierdolony lufcik pod sufitem.
ląduję w krzakach, w wąskiej przerwie między ścianą budynku a ogrodzeniem dancingowe tarasu.
jest wpizdu ciemno, idę poprzez chaszcze w stronę światła, wzdłuż muru, który w końcu się kończy.
a ja się zaczynam.

wchodzę do ośrodka, idę na pokoje. mam wielkie wejście. jak gość z Atlantydy co najmniej.
cała jestem wysmarowana białą cynkowo-mentolową pastą na wietrzną ospę.
na twarzy wymalowałam sobie fantazyjne esy-floresy.
mam długie rozpuszczone włosy i wyglądam jak młodociany wyznawca kriszny.

potem wszyscy idziemy w miasto. jest pięknie.
wychodzę tak co noc, ale już nie oknem, bo ukradliśmy z recepcji klucz do mojej izolatki.
nikt nic nie wie, bo grzeczne dzieciaki śpią, niegrzeczne szaleją, a wychowawcy chleją.
noce spędzamy na plaży, słuchając muzyki pod klubami, łażąc, wygłupiając się, gadając.

wtedy poznaję Olę. jest ode mnie młodsza i wydaje mi się najładniejszą dziewczyną na świecie.
choć ja oczywiście wolę wtedy chłopców.
Ola nawet ma jednego w Warszawie, Gabiego, który jest skejtem. ja nie mam żadnego. bo po co.
w naszej bandzie jest też Basia, Agata, Karol oraz bliźniacy: Maciek Łukasz oraz Łukasz Maciek.
jeden z nich kręcił się koło mnie, ale nigdy nie widziałam który jest który.
zwłaszcza, że ten co się kręcił – cały czas milczał. szedł ze mną ramię w ramię
i milczał. jedliśmy lody – milczał. utrącaliśmy szyjkę butelce wina – milczał.
leżeliśmy obok siebie nocą na nieczynnej zjeżdżalni wodnej – milczał.
zastanawiałam się, czy może powinnam wziąć go za rękę czy coś,
ale stwierdziłam, że po co, skoro nawet mi się nie podoba.

potem nasz obóz w Siofoku się skończył, wymieniliśmy się adresami, ja wyzdrowiałam,
pojechałam na drugi obóz, a do końca wakacji dostawałam pocztówki w stylu:
„wielkie dzięki, że zaraziłaś mnie ospą! to były ekstra wakacje!”

_ _ _

po latach przez przypadek odnajduję Olę na facebooku. zaczynamy do siebie pisać.
spotykamy się dokładnie 20 lat po Siofoku – latem 2013 roku.
Ola spodziewa się dziecka,
a mam dziewczynę i dwa mopsy.

 

take five, dave!

 

 

 

 

 

Przepraszam. Wybacz mi. Kocham Cię. Dziękuję.

skomentuj przez Disqus ↑    lub    zjedź na sam dół strony ↓ i skomentuj ‚normalnie’ ;)

0

Jedna myśl na temat “Dave Brubeck i gorące węgierskie noce

Dodaj komentarz