strona główna > codziennik > mopsy > kumok > miszur > czuczu
o spaniu i nie-spaniu z mopsami
pisałam na blogu już kilka razy:
– o tym, że nie sposób podjąć jedynie słusznej decyzji i trzymać się jej konsekwentnie
– i o tym, jak w okresie “łóżkowego embargo” mopsy szturmują bladym świtem naszą sypialnię
nie jest tajemnicą jak się ma „cudowna idea spania z mopsikiem”
do brutalnej rzeczywistości „kotłowania się z chrapiąco-pierdzącą glebogryzarką w pościeli”

nie jest również tajemnicą, że zapierdalając w górę i w dół
po moim depresyjno-maniakalnym rollercoasterze,
zaliczam bez wyjątku wszystkie nadarzające się okazje,
by spaść poniżej poziomu “0”, a zaraz potem z impetem wystrzelić w górę.
taka karma, wiecie.
o ile staram się, aby moje “ups & downs” nie uderzały rykoszetem
w niewinnych ludzi oraz jeszcze bardziej niewinne mopsy,
i naprawdę próbuję ze wszystkich sił kontrolować swoje zachowania i reakcje –
o tyle na niektóre rzeczy po prostu nie mam wpływu. nie mam i już!
tak jest ze snem.
nie potrafię tego ani przeskoczyć ani skutecznie oszukać lekami.

w depresji – śpię namiętnie, obłędnie i twardo. nurzam się w śnie
jak świnia w błocie i obierkach, przeżywając w pościeli najpiękniejsze chwile;
zasypiam na stojąco, wszędzie, nawet w miejskim autobusie.
mopsy mogą mi siedzieć na twarzy, wbijać łokieć w oko, charczeć centralnie w ucho
i pierdzieć ile fabryka dała. nie rusza mnie to.
Syda nie rusza to w ogóle. wcale. oraz nigdy.

to dlatego Miszur upatrzył ją sobie jako obiekt namiętnej ekwilibrystyki somnambulicznej

i konsekwentnie trenuje na niej wszystkie pozycje mopsiej kamasutry

i szepcze i charczy i chucha i dmucha i żar z rozgrzanego jej brzucha bucha…

uff! jak gorąco! puff! jak pierdząco!|
no uroczy mopsik. uroczy poranek. słodkie sny…
niestety, kiedy balansuję wariacko na swoich maniackich “wzgórzach Mandżurii” –
wtedy po prostu nie śpię. nie umiem. nie mogę. mopsy won z łóżka!
jeśli już uda mi się jakimś cudem zasnąć –
naszpikowawszy się zopiklonem i zatkawszy uszy stoperami –
majaczę sobie w lekkim półśnie jakieś 3-4 godziny,
przyczajona jak mysz na miedzy, gotowa by zerwać się
przy każdym najmniejszym szmerze…
i wtedy… JEBUDU !!! godzina 04:30
Miszur gnany jakąś piekielną siłą odśrodkową –
rozpędziwszy się od kanapy, napierdala z impetem małej petardy
w zagrodę oddzielającą sypialnię od reszty świata…
i wtedy ja – zrywam się niczym rażona prądem –
i zamiast zwyczajowego, stonowanego, acz stanowczego:
“dobranoc, Miszur…” – i zapadnięcia w kolejna fazę snu
drę się opętańczo:
kuwa!!! nie wierzę!!! nie wierzę!!! dobranoc!!! dobranoc, ty mała ŚWINIOOO !!!!
na co również zrywa się rażona piorunem Syd z okrzykiem:
co??!! kto??!! gdzie?!! łapać!! trzymać!!! złodzieje!! wojna!!!
skonsternowany Miszur zamiera w bezruchu pod drzwiami sypialni,
a ja… – szaleję. boże! czwarta rano! już nie zasnę!!! to koniec!!!
i w dodatku poniedziałek!! dzień, w którym chciałam zacząc nowe życie!!
wstać wyspaną, rześką, pozmywać, podbić świat, wyzdrowieć!!! kurwa!!!
Miszur!!!!

czy nie rozumiesz, że Twoja jebnięta Mamusia Zazie (zwana w domu potocznie „Czarownicą”)
przezywa właśnie trudny okres?!! za dnia pełnię radości, a nocą dziką rozpacz niespania?!!
czy Ty tego, Miszur, proszę ja ciebie, nie rozumiesz??! nie czujesz??!! nie widzisz??!!

– Niestety, mamusiu, psykro mi, ale nie jozumiem, o cym Ty do mnie jozmawiasz… I nie kszycz, bo my tu z mamusiom psiiimyy…

no i psiom. i chrapią sobie wspólnie z Sydem i Kumokiem – z podziałem na role, głosy
i najbardziej subtelne tony…
no i co ja mogę? co ja mogę… biorę aparat i fotografuję tę moją ukochaną trzódkę sypialnianą ♥































































Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Dodaj komentarz