Odkąd Kumok – wraz z początkiem listopada – zaczęła nam ciężko chorować, zamilkłam, przestałam pisać, porzuciłam bloga. Niestety, dokładnie wiem, dlaczego.
Dlatego, że byłam zrozpaczona, wściekła i rozżalona. Bo gryzłam się w język, żeby nie powiedzieć pewnych rzeczy głośno. Nie, nie o tym, że moje Ukochane Dziecko jest chore.
O tym, że Ktoś, kogo przez ostatnie 6 lat szanowałam najbardziej na świecie, ceniłam, publicznie wychwalałam, wszystkim polecałam i bałwochwalczo wręcz uwielbiałam – zawiódł moje bezgraniczne zaufanie i nie stanął na wysokości zadania, lecz zbył mnie i zlekceważył, traktując jak przewrażliwioną histeryczkę, która robi z igły widły i wznieca fałszywy alarm.
To dla mnie bardzo trudne i strasznie bolesne. Tym bardziej, że nie dotyczy tak naprawdę mnie samej (bo pal licho!, co ktoś sobie o mnie myśli), ale istoty dla mnie najdroższej – Mojego Mopsiego Dziecka – Kumoka.
Nie chciałam o tym mówić, ani pisać; nie chciałam podważać cudzych kompetencji, dyskredytować wieloletniego doświadczenia, rozsiewać plotek, siać fermentu czy wprowadzać niezdrowej atmosfery. Wolałam dyskretnie zamilknąć i zniknąć z pola widzenia. Ale prawda jest taka, że jeśli coś mi leży na sercu i wątrobie, a nie mogę o tym powiedzieć wprost, zaczynam się w sobie zapadać. Więc milczę sobie tak od 2 miesięcy, czekając aż mi przejdzie. Niestety, obawiam się, że mi nie przejdzie. I że muszę to z siebie wywalić.
Zwykło się mawiać, że święty spokój jest w życiu najważniejszy. Pewnie tak, bo po co się denerwować. Jednak gdy w grę wchodzi los naszych bliskich albo zdrowie ukochanego psa, to sami doskonale wiecie, że nie ma takiej ceny, którą warto by zapłacić za święty spokój i błogą niewiedzę zamiast rzetelnych informacji na temat faktycznego stanu zdrowia i świadomości tego, co możemy zrobić, jak działać i przede wszystkim – jak leczyć i ratować życie naszej najdroższej istoty, która sama nie jest w stanie nam powiedzieć: “Słuchaj stara, prawda jest taka, że mam ciężką niewydolność lewego płata przedsionka turbozasysacza oraz ostre zapalenie mikropiszczałki górnej, więc lepiej się ogarnij, jeśli chcesz ze mną spędzić kolejne lata”.
Przyznaję ze wstydem, że przez ostatnie lata trwałam sobie spokojnie w tej durnej i błogiej nieświadomości, bezgranicznie ufając Pewnym Fachowcom, którzy za każdym razem mnie uspokajali i pocieszali, z czułą pobłażliwością koili moje skołatane nerwy i nadopiekuńczo-matczyne niepokoje, ekspresowo rozwiewali paranoiczno-hipochondryczne obawy oraz zapewniali, że moje mopsy są zdrowe, silne i bezpieczne; że nie ma się czym martwić i że spokój jest najważniejszy. A cokolwiek się zdarzy, zastrzyk z Metacamu zawsze i wszędzie pomoże. Ufałam i wierzyłam, co więcej uwielbiałam ich wszystkich oraz każdego z osobna, ciesząc się, że moje mopsiczki mają tak cudownych Weterynarzy.
Obie mopsiczki przeszły kilka lat temu zabiegi sterylizacji oraz korekty podniebienia miękkiego i podcięcia skrzydełek nosowych, co rzeczywiście bardzo pomogło im w oddychaniu. Byłam zachwycona! I kochałam naszych Fachowców jeszcze mocniej. Owszem, potwierdzam – mam bzika na punkcie zdrowia Kumoka i Miszura, więc przez ostatnie 6 lat odwiedzałam Pewnych Fachowców po kilka razy w miesiącu, bo jedna Parufka mi kicha, sika, drapie, sapie, patrzy w lewo zamiast w prawo i woli piłkę zamiast kostki, zaś druga ma sraczkę i wyrzygała za kanapą, boli ją łapka, a może lewa łopatka, zjadła liścia na spacerze, piszczy jej coś w nosie i ogólnie jest nie w sosie. Mniej więcej w ten deseń. I na wszystko – według Fachowców – pomagał ten nieszczęsny Metacam. Do czasu.
Do pewnej listopadowej nocy, podczas której Kumok – wyrywając się z głębokiego snu – dostała drgawek, które trwały przez kilka godzin. Ekspresowy rajd na ostry dyżur weterynaryjny, młoda wystraszona lekarka i zastrzyk z deksametazonu nie pomogły. Drgawki wręcz się nasiliły i trwały niemal do rana, kiedy to przerażone stawiłyśmy się z wymęczonym mopsem w gabinecie Pewnych Fachowców, gdzie po pobieżnym obejrzeniu psa usłyszałyśmy, że: “Eeee, nie ma się czym martwić! Nic się nie dzieje, mops jest zdrowy. Damy mu tutaj takie o… tableteczki przeciwdrgawkowe, żeby nie było powtórki z rozrywki, zastrzyk z Metacamu i wszystko będzie dobrze”.
– Yyyy… No tak, ale przecież… Drgawki to nie jest smark z nosa… – myślałam – Może by trzeba zlecić jakieś badania? Może chociaż wziąć krew do analizy? – napierałam.
Usłyszałam, że w zasadzie to nie ma potrzeby, no ale skoro chcę, to dobrze. Pobrano. Wyniki dostałam po południu, mailem, z adnotacją laboratorium analitycznego, że wszelkie oznaczenia są niemiarodajne ze względu na to, że pobrana surowica okazała się lipemiczna (mętna, z podwyższonym stężeniem lipidów i praktycznie nie nadająca się do analizy) i tak naprawdę badanie trzeba powtórzyć. Od razu zadzwoniłam do Gabinetu Fachowców, pytając najgrzeczniej jak potrafię, o co chodzi. Kiedy Asystent Głównego Fachowca od niechcenia rzucił rzucił do słuchawki, że: “W krwi jest za dużo tłuszczu, bo Kumok jest za gruba! Ewentualnie można ją jutro odrobaczyć. A poza tym wszystkie wyniki są w porządku oraz do widzenia!” – to ręce mi opadły.
Mój mops zaliczył właśnie kolejny atak drgawek (mimo podania 2 dawek przeciwpadaczkowego fenobarbitalu), a ten artysta estradowy mi mówi, że nic się nie dzieje, wszystko jest dobrze, a zafałszowane wyniki z krwi potwierdzają, że pies jest zdrowy, tylko gruby. No trzymajcie mnie!
Kolejna analiza krwi, wykonana w innej lecznicy następnego dnia – po trwającej godzinę (!) konsultacji – ujawniła trzykrotnie przekroczony poziom amoniaku we krwi i encefalopatię wątrobową, czyli zespół zaburzeń neurologicznych będących skutkiem zatrucia centralnego układu nerwowego toksynami, których wątroba nie jest w stanie przetworzyć i wydalić. Encefalopatia wątrobowa jest stanem bezpośrednio zagrażającym życiu psa, może doprowadzić do nieodwracalnych zmian neurologicznych, kwasicy metabolicznej i śpiączki. Wystarczy?
„Zdrowy pies, nic mu nie jest, proszę się nie martwić.”

Mój “zdrowy pies” od 2 miesięcy poddawany jest intensywnemu leczeniu i kroplówkom (poziom amoniaku we krwi na przemian rośnie i maleje), a do pierwotnych drgawek dołączyły nowe niepokojące objawy neurologiczno-kardiologiczne. I w tym miejscu chciałabym pogratulować Pewnym Fachowcom świetnego samopoczucia i ufności we własne kompetencje, która pozwala im diagnozować zwierzęta “na oko” i zapewniać ich właścicieli, że nic złego się nie dzieje.
Naprawdę jestem gotowa jeździć na konsultacje do profesorów, docentów czy innych czarnoksiężników weterynarii na drugi koniec Polski; z chęcią będę zbierać codziennie spod psiego ogona kał do badania, pokornie kroić go na plasterki i wkładać do słoiczka; dwa razy dziennie z gracją łapać w locie mopsie siuśki czy pokornie jeździć z psiakiem na pobranie krwi rano, w południe i wieczorem, ale – na bogów! – ktoś mi musi o tym powiedzieć; wydać zalecenie, wypisać skierowanie i poinstruować: co robimy, jak działamy, czego szukamy.
I tym kimś ma być weterynarz, który zna mnie i mojego mopsa od 6 lat, a nie Dr Google, którego porad zasięgam przez długie godziny podczas bezsennych nocy, z cierpiącym obok psem, czytając medyczne teksty we wszystkich znanych mi językach. To nie ja powinnam delikatnie (żeby nikogo nie urazić ani nie zakwestionować niczyich kompetencji) zasugerować wykonanie konkretnych badań czy analiz celem wykluczenia tego czy innego schorzenia. Do cholery, przecież ja się na tym nie znam! To nie ja studiowałam medycynę weterynaryjną; to nie ja odbywałam staże i praktyki; nie ja zdobywałam doświadczenie przez kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat pracy zawodowej jako weterynarz. Więc jeśli Fachowiec mówi mi, patrząc prosto w oczy, że pies jest zdrowy i nie ma się czym martwić, to powinnam mu uwierzyć, podziękować, zapłacić i w podskokach iść ze swoim psem na długi spacer, ciesząc się, że przed nami jeszcze długie lata w zdrowiu i ogólnej szczęśliwości.
Dlatego apeluję do Was, abyście nigdy nie godzili się na diagnozowanie swojego ukochanego zwierzęcia “na oko” – nawet przez najbardziej szanowanego, doświadczonego i uwielbianego przez tłumy pacjentów Weterynarza, któremu wyobrażenia o własnych kompetencjach przesłoniły jasny ogląd sytuacji i stanu zdrowia pacjenta. Jeśli w grę wchodzą poważne zaburzenia lub choroby (padaczka, choroby zakaźne, nowotwór, niewydolność nerek czy wątroby, dysplazje stawów, paraliże czy spondyloza, itp.) – nie pozwalajcie aby weterynarz wykluczał daną chorobę – mimo niepokojących objawów – bez dokładnych badań krwi, wymazów, prześwietleń, rentgenów, biopsji czy ultrasonografii.
Ja wiem, że to wszystko kosztuje, ale o wiele większą cenę zapłacicie za utratę ukochanego zwierzęcia albo – jeśli Wam się poszczęści – kosztowne leczenie zaawansowanego stadium tej czy innej choroby.
Więc miejcie w d*pie to, że wet Was wyśmieje jako paranoików, hipochondryków czy przewrażliwione pańcie, które nie maja nic lepszego do roboty niż wyszukiwanie chorób u swojego Pimpusia czy Perełki. To jest Wasz zasrany Pimpuś i Wasza zasikana Perełka! Jedyne na świecie; najważniejsze, najpiękniejsze i najukochańsze, za które jesteście w 100% odpowiedzialni. Bo kiedy wydarzy się tragedia, każdy weterynarz Wam powie, że: “No cóż, przykro mi, organizm nie wytrzymał. Nic na to nie poradzimy, objawy były niejednoznaczne, proszę zrozumieć, to się zdarza, takie są statystyki, każdemu może się przytrafić…”.
Ja to wiem. Ja to rozumiem. Nie ma ludzi nieomylnych. Nikt nie jest robotem. Każdy, nawet najlepszy weterynarz świata, może mieć gorszy dzień; chwilowe zaćmienie uwagi, w którym przeoczy coś ważnego. Ale dlatego właśnie dysponuje całym arsenałem narzędzi diagnostycznych oraz doświadczeniem innych kolegów po fachu, żeby nigdy nie ufać sobie na tyle, by z pełną stanowczością wydać diagnozę „na oko”, usypiając czujność ufającego mu bezgranicznie właściciela i odbierając jego zwierzęciu szansę na właściwe leczenie, które niejednokrotnie może mu uratować życie.
Tak się nie robi. Tak się po prostu nie robi.
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Dodaj komentarz