schizma

Sącząc poranną kawkę, włączasz fejsbuczka, scrollujesz od niechcenia i wtem…

widzisz fotkę swojego Exa (skądinąd obecnego tu na blogu w notkach sprzed lat – tak, tak, to niejaki K.) odzianego w zdobne szaty cerkiewne przed kapiącym od złota ołtarzem, jak z pokorą przyjmuje święcenia diakońskie.

 

To nie to, że się śmieję. Serio, szanuję jego konwertowane wyznanie, posługę religijną i wspinanie się po szczeblach cerkiewnej kariery. Jego życie, jego sprawa.

Boli mnie tylko jedna rzecz. Bo to było tak:

Po trosze z sentymentu, a po trosze z poczucia winy, bo to ja zakończyłam nasz związek, przez całe lata, nawet gdy już nie byliśmy razem, ratowałam gościa z każdej opresji, wspomagałam go finansowo, emocjonalnie i logistycznie, bo jakoś nie radził sobie ze zwykłym życiem. Nawet mieszkał u mnie przez wiele miesięcy, będąc praktycznie na moim utrzymaniu. Luz, dla przyjaciół wszystko.

Problem tylko, że im dalej szedł w ten głęboki las swojej żarliwej wiary, tym w jego głowie robiło się coraz mroczniej, smutniej i straszniej. Aż w końcu przestał widzieć we mnie drugiego człowieka, przyjaciela, dawną towarzyszkę życia, a jedynie “grzesznicę”, która żyje w niezgodzie z zasadami jego wiary. Pominę już milczeniem jego usilne próby uczynienia ze mnie prawosławnej matuszki, te jego religijne tyrady, których słuchałam przez grzeczność i szacunek dla cudzych przekonań, te niezrozumiałe akty deprecjonowania mnie i mojego światopoglądu, te wszystkie próby zastraszania i mentalne manipulacje, którymi usiłował doprowadzić mnie do uznania zwierzchnictwa swojego boga nad światem. Już mniejsza o to. Wszystko cierpliwie znosiłam w imię dawnej miłości, wieloletniej przyjaźni i respektu dla jego odmienności.

Jest jednak coś, czego nie potrafię mu wybaczyć. Jesienią 2017 roku – gdy byłam na samym dnie, w rozpaczy i lęku, pozbawiona domu i elementarnego poczucia bezpieczeństwa, z dnia na dzień sama, bo rozpadł się mój 10-letni związek – po raz pierwszy w życiu to ja potrzebowałam wsparcia od mojego przyjaciela, towarzysza i brata. Zamiast tego usłyszałam kilka cynicznych słów o tym, że “jak się nie kocha boga, tylko pierwszego lepszego człowieka, który jest tak samo marny i zagubiony jak ja sama, to nie ma co się dziwić, że tak to się kończy, bo to nie jest żadna miłość, tylko kłamstwo”.

Kiedy już odzyskałam oddech, poprosiłam go najgrzeczniej i najspokojniej, jak tylko w tamtej chwili potrafiłam, by nigdy więcej nie mówił takich rzeczy – ani o mnie, ani o osobach, które darzę miłością. Zamilkł wtedy urażony do żywego i rozłączył się. To była nasza ostatnia rozmowa wieńcząca okrągłe 20 lat przyjaźni, miłości i wspomnień.

Nigdy nie przypuszczałam, że religia może zmienić wspaniałego, mądrego, otwartego i radosnego człowieka, którym był K., w mrocznego zombie, który nie widzi, nie czuje i nie słyszy drugiej, rzekomo bliskiej, osoby, a jego żywy i piękny umysł w zatrzaśniętą na głucho celę.

 

 

 

     
↓  SKOMENTUJ PRZEZ FACEBOOKA ↓ 

1 Comment

  1. arkadiusz809 kwietnia 2019

    religia to ciężka choroba psychiczna!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Scroll to top