Dawno nie było o odchudzaniu, prawda?
Ha! Bo i odchudzania nie było.

Ano niestety. Miniony rok dał mi tak ostro popalić, że zaprawdę powiadam Wam – rozmiar mojego tyłka, tudzież kształt ud, były ostatnią rzeczą, o którą się martwiłam. A że stresy, życiowe niepowodzenia i resztę magicznych przeciwności losu mam w zwyczaju zajadać sporą ilością różnorakiego pożywienia, więc i na efekty tego rozpasania długo czekać nie musiałam. W ciągu roku utuczyłam się z 65kg do obecnych 72kg, o czym melduję ze smutkiem i wstydem.

I tak oto, Córa Marnotrawna, bardzo ciężkostrawna, nieumiarkowana w jedzeniu i piciu – powraca, nie w chwale, lecz na tarczy, pokonana i po wielokroć skopana po swej tłustej dupie.
Ale – ej! hej! I tak nie jest źle! Jak na hurtowe wpierdalanie słodyczy (aż do porzygu), kolorowe alkohole, kilogramy bananów i orzechów brazylijskich, wagony naleśników z serem i miodem, a w końcowej fazie upadku nawet plebejskich chipsów – i tak nie jest źle! Tylko 7kg! Przez rok!

No dobra, tak na serio to nic mnie nie usprawiedliwia. Poluzowałam warkoczyki, popuściłam cugle i dałam ciała. Dużo, dużo ciała. Zwłaszcza w biodrach. Ale koniec z tym! Wracam na drogę cnoty, umiarkowania i szlachetno-smutnego dziubdziania widelcem w talerzu pełnym brokułów. Ponownie przystępuję do Metabolic Balance (o mojej diabelsko skutecznej diecie możecie poczytać TUTAJ)

Muszę się także przyznać – trochę z dumą, a trochę z zakłopotaniem – że jeden problem rozwiązał się sam. Uzależnienie od słodyczy (czytaj: TUTAJ i TUTAJ), nad którym płakałam jeszcze w październiku, zostało storpedowane (bo niestety nie zwalczone ani wyleczone) prawdziwą armatą mojego wieloletniego życiowego problemu – a mianowicie nerwicą natręctw. Na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne (klik!) choruję od 10 roku życia i aż wierzyć mi się nie chce, że do tej pory nie wpadłam na to, aby moje znienawidzone OCD zaprząc do jakiejś pożytecznej roboty.

Może wiecie, a może i nie wiecie (szczęściarze!), na czym polega mechanizm chorobliwych obsesji i kompulsji, ale generalnie w moim przypadku chodzi o to, że permanentnie i od lat czuję się winna istnienia wszelkiego zła na świecie, bo sama jestem niedobra, podła i się za mało staram.
Więc aby światu uczynić zadość i powstrzymać zło – oprócz starania się „jeszcze bardziej”, jestem zmuszona (jakkolwiek absurdalnie to brzmi) do wykonywania szeregu rytuałów, zaklęć i sztuk magicznych wraz z szerokim spektrum pobocznej ekwilibrystyki mentalnej.

No cóż. Z wariatami się nie dyskutuje. Wariatów się unika :)
Aby okiełznać lęk i paranoiczne myśli, zrobię wszystko. Na przykład przestanę nosić zielone rzeczy, chodzić lewą stroną ulicy albo spożywać cukier wraz z resztą ziemskich słodkości. Po co? Na przykład po to, żeby tylko Kumok przestała chorować. Proste? Banalnie.
Strach o zdrowie mopsiego dzieciaka od ponad 2 miesięcy trzyma mnie z dala od słodyczy. Skutecznie. Tutaj nie ma wymówek, targowania się czy drobnych oszustw, że “tylko ten jeden raz” i „tylko kawałeczek”. Nawet kiedy mi się śni, że jem coś słodkiego, budzę się zlana potem ze strachu. Raz popełnisz błąd i koniec, wszystko stracone.

Wiem, że do słodyczowego banału idiotycznie jest zaprzęgać szybkostrzelne działo OCD, które w każdej chwili może mi odstrzelić nogę, nakręcając od nowa spiralę moich lęków i obsesji, ale samo tak wyszło. No mniejsza o to. Słodyczy nie jem od przeszło 2 miesięcy i tknąć ich nie zamierzam, więc po problemie.
Do całej reszty mojej diety Metabolic Balance (na której półtora roku temu schudłam 20kg – do poczytania TUTAJ) muszę powrócić nieco bardziej racjonalnie i w pełni świadomie, bo zmiana dotyczy wszystkiego i wiele z niej zostało we mnie na stałe. Od 2 lat bez problemu żyję bez glutenu (pszenica i reszta zbóż) oraz laktozy (mleko krowie i jego przetwory). Nieco gorzej jest u mnie z całkowita rezygnacją z węglowodanów, bo uwierzcie mi, że makarony i mąki bezglutenowe (kukurydziane, gryczane, ryżowe, jaglane) są równie pyszne co tradycyjne. A ja kocham węglowodany i naprawdę wspaniale po nich tyję. Więc je niniejszym odstawiam.
Kolejna sprawa: tym razem, wracając na Metabolic Balance, zamierzam się intensywnie suplementować, żeby znów nie doprowadzić się do anemii. Mój aktualny zestaw wygląda tak i przeważnie o nim zapominam. Ale już nie będę!

PS. Tak, wiem, suplementy są bee, a wszystkie witaminy znajdę w warzywach i owocach. Tak samo mówiła moja dietetyczka, a po 4 miesiącach się okazało, że poziom mojej hemoglobiny wynosi 5 (norma dla kobiet: 11 – 15). Także dziękuję bardzo, tym razem przezornie będę łykać tabletki]
Do tego włączyłam jeszcze picie ziemi okrzemkowej (w ramach oczyszczania) oraz proszku zasadowego (w ramach odkwaszania).

A na sam początek diety – wiadomo: Zentel na odrobaczenie. Tak, dobrze przeczytałyście: O D R O B A C Z E N I E. I teraz uwaga: jeśli wolisz utrzymywać samą siebie w błogiej nieświadomości („Ja na pewno nie mam robaków, przecież dwa razy dziennie biorę prysznic!”) to daruj sobie lekturę tego akapitu. Jeśli natomiast chciałabyś dowiedzieć się co nieco na temat swojego przebogatego życia wewnętrznego, to zapraszam do lektury – TUTAJ (klik!)
Swego czasu wierzyłam w skuteczność naturalnych metod na odrobaczenie organizmu (o których również piszę w podlinkowanym wyżej tekście), ale kiedy doświadczyłam działania albendazolu (klik!) to trochę odechciało mi się paprania z herbatkami z czarcich ziół zbieranych o północy.

Niestety w Polsce albendazol w postaci preparatu o nazwie Zentel jest lekiem na receptę, której większość lekarzy za nic w świecie nie chce wypisywać, twierdząc, że Polacy nie mają pasożytów wewnętrznych, a jeśli nawet jakimś cudem je mają, to najpierw muszą zanieść sześćset razy kał do analizy i może za osiemsetną próbką laboratorium natrafi na obecność „obcych”.

W tej sytuacji macie różne opcje:
A) Jeśli macie ochotę przez kolejne miesiące grać w tę „gównianą ruletkę”, to zapraszam do pierwszego lepszego internisty.
B) Jeśli pragniecie skonsultować się ze specjalistą, który uznaje istnienie „obcych” w naszym przewodzie pokarmowym i zajmuje się ich skutecznym tępieniem, to zapraszam na wizytę do doktora Ozimka.
C) Jeśli chcecie załatwić sprawę na własną rękę, to zachęcam do wklepania w Google frazy: „zentel bez recepty sklep online” i nabycie oryginalnego preparatu z Tajlandii w cenie pięciokrotnie niższej niż w Polsce [nie namawiam, a jedynie informuję]
D) Jeśli natomiast mieszkacie w UK, to spróbujcie wytłuc „obcych” nieco mniej skutecznym (ale bez recepty!) mebendazolem – po prostu idźcie do Bootsa i kupcie te tabletki (dokładnie te, nie inne):

Tak więc – oczywiście nie macie robaków, wierzę Wam na słowo – ale kilka tabletek nie zaszkodzi, prawda? ;)
Reasumując – kto chce się przyłączyć do kolejnej edycji odchudzania?

Od dzisiaj! Od teraz. Bez wymówek.
Nie dajcie się prosić :)
Żeby uniknąć internetowego „pitu-pitu” zapraszam do stworzenia w komentarzach listy osób, które się przyłączają:
* Imię/nick + ilość kg do zrzucenia + (opcjonalnie adres swojego bloga/strony www) + rodzaj stosowanej diety
Ze swojej strony gwarantuję codziennie świeże raporty z pola bitwy, jadłospisy Metabolic Balance, opisy mych odchudzaniowych bolączek, kolejne stacje męki pańskiej z Ewą Chodakowską oraz wskazówki dotyczące wszelkich sfer życia człowieka o masie “mutant”.
Tym razem zamierzam schudnąć przynajmniej 12kg. A Wy? ;)
PS. sportów outdoorowych na razie nie będę się chwytać, bo to dla mnie brzytwa obosieczna (o czym możecie poczytać TUTAJ – klik!), ale niebawem – naprawdę niebawem – odkurzę moje nieśmiertelne „patyki” ;)
A na koniec – piosenka motywacyjna:
I pamiętajcie:
One step closer, I’m feeling fine
Getting better one day at a time
I’m moving forward with all of my might
I’m headed toward a new state of mind
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.



Dodaj komentarz