Symulakry, fraktale oraz mniej szlachetne formy bullshitu

Bardzo Cię, kurwa, szanuję, ale dosyć już tego śmieszkowania i pajacowania na fejsbuniu. Naprawdę. Koniec z tym, atencyjna pipo. Robisz wokół siebie duży szum, sztuczny tłok, kolorowe jarmarki i niewidzialne fajerwerki.

Fakt. Facebook sprawił, że jeszcze bardziej zamknęłam się w sobie, otoczyłam kredowym kołem, zamurowałam w wysokiej wieży, przez okienko której ochoczo macham kolorowymi balonikami i girlandami plastikowych kwiatów; sypię confetti, wyciągam króliki z kapelusza, puszczam bańki mydlane i rzygam brokatem z cekinami.

A potem odchodzę od okna, kładę się na podłodzę i leżę, nasłuchując upragnionego zgrzytu opuszczanego mostu, skrzypnięcia drzwi, kroków na kamiennej posadzce. Tymczasem cisza. Cisza.

Potem zaczynam słyszeć.  Zrazu pojedyncze łupnięcia i trzaski, złowrogi pomruk materii, napiętej do granic możliwości, aż w końcu pękającej, najpierw dyskretnie, tu i ówdzie, ledwo dostrzegalnymi pajęczynami draśnięć i skaz; po chwili kruszejącej i rozszczepiającej się na trudne do zidentyfikowania fragmenty, całe w kurzu, pogrążone w głuchym dudnieniu rozpadającej się scenografii. I tak oto niknie piękny krajobraz otaczający wieżę. Bujnie drapowana zieleń lasów, szeleszcząca folia życiodajnych źródeł i czcigodne makiety błękitnego bezkresu nieba doznają uogólnionego pierdolnięcia i ostatecznego unicestwienia. W końcu pęka fasada samej wieży, a ja okazuję się paprochem z pudełka od zapałek.

Ja biedulka, ja niebożątko, ojejku-jejku. Odrobinę żenujące. Odrobinę bardzo.
Mam prawie 40 lat i problemy zahukanej nastolatki. Bo nie umiem z ludźmi. Nie mam odwagi, nie chcę, ale przecież chcę. Ale nie, bo się boję. Tu za blisko, tam za daleko. No kurwa.

Także tak. Unikam, uciekam, wycofuję się.
Z miłym uśmiechem, buziaczkami i zapewnieniami,
że wszystko jest w porządku. Gdy nie jest.

Psychiatra podczas ostatniej rozmowy o konieczności realnych kontaktów z prawdziwymi ludźmi – relacji naturalnych i zdrowych, bez mojego czajenia się, naginania, podkładania i usilnego wtapiania się w otoczenie – sugerował mi również (prócz wycofania się z social mediów) definitywne zamknięcie bloga. Mam się komunikować z osobą, a nie z edytorem tekstu.


Oraz: na zewnątrz być taka sama jak w środku. Hell yeah!

Generalnie rozumiem, ogólnie to się zgadzam, ale… blog też?!! Sorry, ciężko mi porzucić tę moją rzewną grafomanię, która jednak przez tyle lat coś mi tam daje i coś sobie nią załatwiam. Albo tylko udaję i jak zwykle mydlę sobie oczy, że załatwiam. Nie wiem.

 

Jakkolwiek: zastanawia mnie tutaj moje wrodzone upodobanie do nierzeczywistości i pragnienie ukrycia się w którejś z jej bocznych odnóg. Oto moje fantastyczne historie, zmyśleni bohaterowie, lalki, fantomy, scenografie, dioramy i mikroświaty.

A na wyciągnięcie ręki – internet.

W zamierzchłych czasach Nokii 3310 i monofonicznych dzwonków, gdy smsy liczyły sobie po 160 znaków i ani jednego więcej, w internetach królowały blogi, a o społecznościówkach nikt jeszcze nie śnił, miało się wrażenie uczestniczenia w pewnej zbiorowości, w której każdy miał swoją przestrzeń, swoją rolę i swoją historię.
W tej cyberprzestrzeni intuicyjnie mościliśmy sobie gniazda, nory i dziuple; wytyczaliśmy codzienne trasy, utarte bezpieczne ścieżki i wspólne tłumnie przemierzane deptaki, ale i potajemne podziemne korytarze, odwiedzane po cichu, w samotności i nocą, pod osłoną innego IP.

I tak jak napisałam ostatnio:

Pamiętam internety sprzed Facebooka, sprzed Naszej Klasy, a nawet sprzed Grona i szybkich łączy Neostrady.

[kliknij w obrazki, by powiększyć]

       

[kliknij w obrazki, by powiększyć]

 

Pamiętam modem telefoniczny próbujący dodzwonić się do kosmosu, pamiętam horrendalnie wysokie rachunki z Tepsy, pamiętam blogi na Blog.pl i Net.art, pamiętam usenet, a nawet irc’e. Pamiętam Gadu-Gadu i komunikator Tlen, skrzynkę mailową na polboxie i poczciwe wyszukiwarki sprzed hegemonii Google’a.

 

Pamiętam siebie z tamtych czasów i poczucie, że wcale nie jestem w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Byłam u siebie.

screen serwisu blog.pl z 2001 (kliknij by powiększyć)
 
 screen serwisu blog.pl z 2001 (kliknij by powiększyć)

 

Każdy z nas powoli, konsekwentnie i wytrwale budował swoje continuum – pisząc, fotografując, tworząc, pierdoląc trzy po trzy, ale po swojemu.; bez nagłych wzlotów i bolesnych upadków, bez efemerycznych i absurdalnych fal hejtu znikąd i bez jednodniowych przypływów niezrozumiałej miłości od anonimowego tłumu. Wszystko zdawało się być uporządkowane w logiczny łańcuch przyczynowo-skutkowy, dając złudzenie przewidywalności i racjonalności, przy względnym okiełznaniu czynnika ludzkiego.


mój blog:  zazie-dans-le-metro.blog.pl z 2003r. 

 

 

mój blog:  zazie-dans-le-metro.blog.pl z 2005r. 

 

W epoce Web 2.0 mieliśmy wrażenie, że to my tworzymy internet. Pamiętam ekscytację, gdy kolega podłączał mój domowy komputer do amerykańskiego projektu SETI@home wykorzystujące moce obliczeniowe milionów prywatnych komputerów na całym świecie do poszukiwania i analizowania sygnałów cywilizacji pozaziemskich. Oprócz kosmosu mieliśmy blogi, odwiedzaliśmy nawzajem siebie i swoje miejsca, rozmawialiśmy o niczym i dyskutowaliśmy o wszystkim, budowaliśmy relacje, nierzadko przenosząc je do realnego świata. Jasne, że zawsze można było się spodziewać niezapowiedzianych lub wręcz nieproszonych gości, którzy nie dość, że włazili jak do siebie, robili rozpierdol, obrażali gości, a na finał rzygali ci na dywan.

No ale cóż, tak to jest jak się miało drzwi od ulicy, tej lub innej, modnej i w centrum lub zacisznej, na przedmieściu; w szemranej dzielnicy dziwek, nożowników i wykolejeńców; na nowoczesnym osiedlu młodych prężnych karierowiczów lub w uroczym zakątku rodzin z dziećmi, psami, klombami i drzewostanem.

Dzisiaj nie ma już tych internetowych dzielnic, zaklętych rewirów, przeklętych zaułków i malowniczych przedmieść. Nie ma odwiedzin, wpisów w księdze gości, grzecznych próśb o wolny slot na p2p. Czy ktoś dzisiaj pamięta, czym jest „netykieta”? Dawniej bycie internetowym trollem czy pospolitym chamem było największym wstydem i przejawem lamerstwa. Dzisiaj jest normą.

 

 

Zamiast społeczności internetu mamy dzisiaj jedno, monstrualnie wielkie i przerażająco duszne „centrum handlowe” – zamknięte pod szklaną kopułą z szyldem „Klikalność. Opłacalność. Monetyzacja”. W sterylnie uporządkowanej przestrzeni, symetrycznie podzielonej na departamenty i sekcje, królują nowoczesne supermarkety: modowe, urodowe, technologiczne, parentingowe i wszelkie inne o asortymencie na tyle chodliwym, by warto dlań budować osobny rynek. Popyt, podaż, kontent i optymalizacja. Bez zbędnego pierdolenia.

 

Pomiędzy hiper-, super- i mega- marketami tego „centrum handlowego”, oprócz nieco sunących jak glebogryzarki klientów, kręcą się tłumy sklepikarzy kupczących swoimi zasobami i straganiarzy usiłujących opchnąć swój towar byle komu i po byle jakiej cenie. Są też grupki drobnych cinkciarzy z gatunku ‘import-eksport-przemyt’ oraz ‘kopiuj-wklej-plagiatuj’, a także skupiska mniej, bardziej lub wcale nie- luksusowych cyber-prostytutek: tu wzięcie ma każda płeć, bez względu na wiek i wygląd, byle tylko dało się włożyć cokolwiek i wyjąć o wiele więcej. Ten rynek jest wytrzymały i chłonny jak materac w przydrożnym motelu. Nic tylko wystawiać, brać i korzystać, zarabiać, zarabiać, zyskiwać, monetyzować.

 

Jednak największym powodzeniem cieszy się wspólny dziedziniec “F” naszego giga-marketu: dostępny dla wszystkich, bez ograniczeń, bez zasad i bez wstydu. Tutaj wolno wszystko: od reklamowania swojego butiku, sklepiku i kramiku; przez rozdawanie ulotek na darmowe spektakle striptizu emocjonalnego lub towarzyskiego prania brudów; bicie piany, lanie wody i wywoływanie gównoburzy na każdy temat; robienie loda w ciemnym zaułku, kupczenie własnym ciałem w zachęcających pozach i sprzedawanie swoich dzieci do obwoźnego cyrku. Można tutaj tak wiele, bo wszystko trwa tylko chwilę, a potem znika, bynajmniej nie rozpływając się w nicości internetów. Ale kto by się tam przejmował, nie czas na sentymenty, gdy wszystko pędzi i czas scrollować dalej.

Z uporczywego poczucia samotności, izolacji, emigracji wewnętrznej i desperackiego pragnienia kontaktu, stoję w tym tłumie i patrzę. Mój kramik z minionej epoki jest na bakier z sieciowym marketingiem, trendami i zapotrzebowaniem rynku. Nie mam niczego, co innym opłacałoby się kupić. I dobrze, nie lubię się rozstawać ze swoimi rzeczami. Mimo wszystko – jestem tu i czegoś oczekuję.

Czego? Przypadkowego “Cześć!” rzuconego przez kogoś, kto pomylił mnie z psem sąsiadów? Pospiesznego poklepania po plecach przez dawną znajomą, która właśnie czeka na samolot lecący do Singapuru? Cukierka odruchowo rzuconego przez kogoś, kto wie, że lubię słodycze?
Czasem strugam na tym dziedzińcu wariata, śmieszkuję, pajacuję. Dostaję wtedy brawa i garść uniesionych kciuków – ‘haha, śmieszne!’ / ‘jesteś spoko, zaz!’ / ‘lubię twoje teksty’. 

Myślę wtedy, że może jednak nie jestem aż tak niewidzialna i że nie powinnam dramatyzować. Trwa to chwilę, dokładnie chwilę. Potem znika, w gąszczu innych postów, newsów, memów i filmików. Nie zostaje z tego nic. Wylogowuję się i znów jestem sama, rysowana przerywaną linią, przezroczysta i jeszcze bardziej żałosna niż przedtem. Na co dzień niby mam na to wyjebane, ale w takich chwilach jak ta, kiedy siedzę pod ścianą, wykorzystawszy wszelkie opcje, bez możliwości dalszych ruchów – zdaję sobie sprawę, jak bardzo to wszystko nie ma sensu. 

Dlatego zniknęłam z Facebooka, usunęłam wszystkie swoje posty, teksty i zdjęcia z 8 lat pobytu w tym dziwnym miejscu. Samo konto pozostawiłam aktywne, bo jestem jedynym administratorem mojej dosyć licznej „mopsiej grupy dyskusyjnej” i raczej nie zamierzam jej nikomu oddawać. Reszta spraw przestała mnie chyba interesować. Czy zatęsknię? Może. Póki co – wróciłam na bloga, którego „czytalność” i „klikalność” zapewne spadnie na łeb na szyję, gdy nie będę już zamieszczać linków do notek na Facebooku. A może mimo wszystko powinnam je zamieszczać? Nie wiem.

Na razie nic nie wiem, muszę się pozbierać. Jestem w proszku.
Łatwo rozpuszczalnym w wodzie i alkoholu, odrobinę musującym – resztkami sił.

Co u mnie? U mnie OK.
A poza tym zima.
Paroksetyna. Olanzapina. Buropion.

Chodzę grzecznie do psychiatry, łykam tabletki, poddaję się rozmaitym terapiom i robię naprawdę dziwne rzeczy, żeby tylko wygrzebać się z tego czarnego mułu na suchy ląd. I tak jak każe pan doktor – „nawiązać zdrowe relacje z ludźmi” i oprócz wysłuchiwania innych, zacząć w końcu mówić o sobie i swoich problemach.

Bla bla bla. Już nie mogę się doczekać.

 

 

Tymczasem do moich leków dołączam poniższe:

 

 

 

Bo może rację mają ci, którzy mówią:  

„Weź się w garść i nie pierdol!”

 

 

 

 

Przepraszam. Wybacz mi. Kocham Cię. Dziękuję.
13

44 myśli na temat “Symulakry, fraktale oraz mniej szlachetne formy bullshitu

  1. Zazie może ten doktorek to i zacny gość ale za takie rady to ….my już dziękujemy. Musisz pisać bo ja czekam….potrzebuję Cię. ..nie nie jestem jakimś wampirem energetycznym ale Twoje problemy są moimi i mam wrażenie że wspólnie byśmy ..kiedyś. ..znalazły to światełko w tunelu.Razem raźniej. Jestem z Tobą,czekam i czytam

  2. Nigdy nie wlazłam na Twojego bloga przez FB. Zawsze klepiąc adres. Jestem dinozaurem. Bloga założyłam w 2002 r. A w sieci jestem od 17 lat. Widzę te zmiany i jest mi smutno, bo zamiast wspólnoty, wymiany zainteresowań etc. jest pusty marketing, szafowanie lajkami. Pamiętam też pierwsze książki na kanwie blogów i jak płakałam, kiedy czytałam napisane przez życie zakończenie bloga Pranie po tylu latach. Blogosfera dla mnie zamiera, nieważne, że są gdzieś… coś… do Ciebie wpadam, bo lubię, chociaż rzadko komentuję i do bardzo, bardzo nielicznych tych, których nie wpieprzyła komercja.

  3. Jako turbo introwertyczka bez najmniejszej potrzeby kontaktu z ludźmi – rozumiem i współczuję.
    Poznałyśmy się osobiście, ale 90% wiedzy o tym „co u Ciebie” daje blog. Ostatnio, w kontekście wiecznego odchudzania (które też praktykuję, z tym że ja bez najmniejszych sukcesów), rozmawiałam o Tobie z moim chłopakiem (który też Cię zna osobiście, z zupełnie innej bajki niż ja) :) Nie masz pewnie pojęcia w jak wielu głowach siedzisz przez swoje pisanie :)

  4. Jak psychiatra się umie komunikować z ludźmi na żywo i ma z tego frajdę, to niech tak robi. Nie sądzę by było to dla każdego najsłuszniejszą drogą. Dla niektórych zdrowsze i lepsze jest schowanie się w wieży/lochu/jaskini czy bo ja wiem, forcie z kołder. Ja przez wiele lat wierzyłam w propagandę ekstrawertycznego sukcesu, w to, że niestosownie jest stać pod ścianą na imprezie, nie mieć frajdy z przedzierania się przez wrzeszczące tłumy, że należy „odczytywać sygnały” i „odpowiednio reagować”. I już mi się nie chcę, właśnie rzuciłam pracę w której miałam interakcje na żywo, zdejmuję sztuczny uśmiech, dezaktywuję żywą gestykulację i wracam do wieży. I ewentualnie na bloga. Ciebie akurat bym chętnie zabrała na jakieś ciastko, ale nie chcę się już narzucać ;)

  5. Zazie, weź przestań. Jak lubisz pisać bloga i czujesz sie z nim dobrze to dlaczego masz kasować ? Zastanów się tak na spokojnie co Tobie sprawia przyjemność a co nie, co Ci dodaje energii i co ją odbiera, kto Ci dodaje energii a kto ją zabiera i tak po ludzku co lubisz robić i z kim. Wypisz to sobie na kartce, kartkę powieś w widocznym miejscu i zaglądaj do niej rano :) Ja całe życie myślałam, że czytanie książek pod kocem i oglądanie filmów pod kocem ale jak się mocniej zastanowiłam to doszło do mnie, ze lubię czuć swoje ciało – bardzo. Od 2 miesięcy codziennie ćwiczę jogę – 20 minut, 60 minut, kosztem książek, facebooka i wielu innych mniej ważnych już teraz spraw. Życzę Ci znalezienia swojej ścieżki :)

  6. Nie mam facebooka, nie miałam i nie będę miała. Mam ze trzy strony w sieci, które regularnie odwiedzam, z czego dwie są z przepisami, a trzecia to Twoja. Nie znikaj. To, że nie piszę komentarza nie znaczy, że nie przeczytałam, że nie myślę o tym, co napisałaś, że spłynęło. Wracam do Ciebie regularnie, więc jesteś komuś potrzebna, nawet w rozsypce.
    Mogę trochę popracować nad komunikacją, ale wiesz – to proces, nie spodziewaj się od razu eksplozji. Na razie wiedz, że czytam. I mi zależy, choć Cię nie znam i tylko podejrzewam czego się boisz i o czym marzysz.

  7. Zazie, czytam co Ci te psychiatry tam wygadują i zupełnie tego nie ogarniam. Skasuj bloga, wyjdź do ludzi, zrób to, zrób tamto. To istnieje jakaś recepta na szczęście? Tak naprawdę człowiek rzadko kiedy nie jest samotny – nawet w najlepszym związku czy przyjaźni każdy tego doświadcza. Wydaje mi się, że najważniejsze to samemu ze sobą dojść do ładu, nauczyć się być wsparciem dla samego siebie a ludzie zawsze się znajdą. Świadczą choćby o tym te komentarze :)
    A Twój blog to niemal książka, śmiało mógłby zostać wydany na papierze. To jesteś Ty. I to są Twoi czytelnicy, związani z Tobą nieraz od lat, tak jak ja. Rozumiem, że jesteś nieszczęśliwa ale czy rezygnowanie z jakiejś cząstki siebie to na pewno jest przepis na sukces?

      1. A co do książki z komentarzy poniżej to bardzo dobry pomysł. Z chęcią bym przeczytała. Możnaby tam utrwalić dla potomności latającą choinkę. ;] (owszem fejsbukowy, ale ten wpis zostanie ze mną na długo)

  8. Bardzo dobry tekst.
    + natchnęłaś mnie do porządków i usunięcia części „znajomych” z fejsszitu. Cukierberg i ten jego pojebany portal nie pozwala na przykład ukryć kliknięć „lubię to”, dołączania do grup itp. Wszyscy muszą to widzieć. A ja nie chce się z tym afiszować. Faceszit pompuje ego strasznie, to oczekiwanie na lajki, pisanie tak żeby być cool i to całe tworzenie swojego wirtualnego wizerunku jest totalnie z dupy. Nawet nie ma przycisku „nie lubię” bo wszystko ma być sztucznie kul.

    1. Fakt, też bardzo bym chciała ukryć to, co „lubię” na FB oraz obecnośc w niektórych grupach dyskusyjnych, które bywają bardzo przydatne. Sama założyłam na FB grupę na temat zdrowia i pielęgnacji mopsów – liczy prawie 1500 osób i jestem tam jedynym administratorem. Nie chcę z tego rezygnować :)
      A z wirtualnym wizerunkiem bywa różnie – ludzie zazwyczaj się dziwą, kiedy poznają mnie na żywo, ale nikt nie potrafi powiedzieć, o co dokładnie chodzi ;)

      1. Ja bym się pewnie nie zdziwił bo się znamy. Z wiosennych wczasów 2003. Nie mam pojęcia jak tu trafiłem ale zaglądam tu od sierpnia zeszłego roku. pozdro M.

      2. To ja powiem o co chodzi – na żywo jesteś bardzo pogodna, towarzyska i taka hm… wytworna :) na blogu maleńka i zagubiona.

  9. troche nie kumam dlaczego masz nie wrzucać blogowych notek na fejsika jako linków? bloga piszesz dla siebie ale i dla czytelników, więc im więcej ludzi przeczyta tym większy to ma sens

  10. Nie uważam żeby twoje bycie na fb było pajacowaniem, nawet ze śmiesznymi statusami. Ludzie lubią cię czytać na fb i dlaczego się przeciw temu buntujesz? To kokieteria czy o co chodzi? Nie ważne gdzie będziesz pisać, to ludzie i tak przyjdą cię czytać, tak jak książkę. Nos do góry i koniec z fochami!

    1. Trzaskałam te śmieszne statusy na facebooku, żeby nie osunąć się w totalne odosobnienie. Bo naprawdę bywają dni, kiedy nie mam żadnego kontaktu ze światem istniejącym poza tekstami i literami. To tak jak z poranną chrypką przed wypowiedzeniem pierwszego słowa – nagle orientujesz się, że masz ją jeszcze o 19.30 ;)

  11. Hmm, z tym fb to może faktycznie jest prawda; sama jestem raczej bierną użytkowniczką, wchodzę raz na jakiś czas, bo zagraniczni znajomi lubią się za jego pomocą ze mną kontaktować, ale ile razy zdecydowałam się zamieścić jakiś post czy zdjęcie, tyle razy wpadałam w jakiś amok: sprawdzanie strony co kilka sekund, rozpacz, gdy nikt nie lajkuje, rozpacz, gdy ktoś komentuje nie tak, jak bym chciała, ekstaza, gdy pojawiają się lajki… Normalnie mam do siebie dystans, a fb zmienia mnie w przeczuloną na swoim punkcie a zarazem bezbronną Narcyzkę.
    Ale blog? To jest literatura, Twój dziennik. Nie przeszkadza w realnych kontaktach, wręcz przeciwnie – może Ci pomóc wyrzucić z siebie różne rzeczy.

    1. Piękne zdanie: „fb zmienia mnie w przeczuloną na swoim punkcie a zarazem bezbronną Narcyzkę.”
      Z tym że u mnie jest trochę inaczej, bo rosnąca (czasem lawinowo) ilość „lajków”, które nijak nie przekładają się na feedback od Czytelników na blogu, ani tym bardziej na faktyczny kontakt czy dialog. Wtedy zaczynam się czuć jak poranna gazeta, którą po skończonej w pospiechu kawie, zostawia się gdzieś na przystanku autobusowym…

      1. Mea culpa – lajkuję, bo to mniej kosztuje, niż napisanie czegokolwiek. Bo to nic nie kosztuje.
        Ale też czasem wydaje mi się jedynym sposobem na obejście bezradności – gdy widzę, jak ktoś cierpi, chcę zamienić się w psa albo kota, ocierać się o nogi, przytulać, merdać ogonem. Nie wiem, jak pomóc, nie wiem, co powiedzieć. Lajkuję, żeby pokazać, że gdzieś tam jestem, czytam Cię, przeżywam fakt, że Cię boli.

  12. Celowo przez długi czas nie miałam fb, ale ostatnio, jak mi się rodzina porozjeżdżała za granicę, trochę się ruszyłam, bo chcę ich widzieć na bieżąco i wiedzieć, czy i jak żyją. Po ok. miesięcznym zaistnieniu na fb, jestem jakoś zniesmaczona. Znajomych mam chyba nastu, bo nie chę mieć więcej, a i tak ciagle coś pika i wyskakuje w komórce. Zostane na fb, dla tej rodziny, ale nie będę reagować na wszytskie piknięcia. Wszystko jest kwestią skali. Ty masz tak ogromną wyobraźnię, i tyle autoagresji, że pewnie nie jest Ci trudno wychodować potworki i potwory pochodzenia sieciowego. A ja to rozumiem. Mimo to, bardzo było by mi przykro, jakbyś tak kompletnie znikła. Czytam tylko Twój blog i pomimo mojej całkowitej anonimowości dla Ciebie, jesteś jakby kumpelą. Mój facet też Cię czyta i istniejesz w naszym życiu na zasadzie, jakbyśmy się znały, np. ja do faceta: „wiesz, Zazie pisze że…” itd. Też ciężko znoszę relacje międzyludzkie i ciągle waham się pomiędzy chęcią pozwolenia sobie na samotniczość, a próbami dopuszczania ludzi, którzy – niestety – bardzo się do mnie garną. Teraz chyba postanawiam spotykać się (poza pracą) tylko z tymi, których kocham, żeby było ciepło na serczysku, jak to kiedyś mawiano. Czy Twój psychiatra i Ty nie widzicie możliwości uznania tego, że kontakty z ludźmi wcale nie muszą być częste i że w taki sposób można żyć bez samobiczowania? Czy to dla Ciebie obowiązek, bo inaczej kompletnie się zamkniesz? Czy musisz być, czy chcesz być otwarta itd? Co jest normą w relacjach i ich częstotliwości? I czego sama chcesz? Buziaki zza szkła.

    1. Masz racje z tą autoagresją. Sama wymyślam potwory i sama się nimi dręczę. A oprócz tego niestety garną się do mnie jakieś wynaturzone formy po-międzyludzkie, które przytulam do serduszka, a potem dziwię się, że mi organ broczy juchą.

      ps. to miło, że czasem „goszczę” w waszych rozmowach :) fajnie mieć w Tobie kumpelę <3 dzięki!

  13. Nie cierpię fejsbuka (konto niby mam, ale odwiedzam raz na miesiac). A Ciebie znalazłam, czytam, zaglądam niezależnie od tego molocha. Wyluzuj – ja żyję bez fb i mam się dobrze. W sensie – nie jestem lwem salonowym i gwiazdą socjometryczną kontaktów w realu, nie jestem też top & trendy & well informed w sieci i … ogarniam :) Wszystko co mi potrzebne w necie – rozrywkę, informację, wsparcie emocjonalne, znajduję na własną rękę, BEZ social m. Także tak… Tacy ludzie jak ja naprawde istnieją :) I se radzą! Buziaki!!!

    1. To nie tak, że „bez socjali nie ma życia”, ale niestety kultura social mediów rozlała się na resztę internetu: jest szybko, powierzchownie, bezrozumnie i coraz bardziej obrazkowo. Facebook daje iluzoryczne poczucie, że masz „instant” kontakt z ludźmi. Tymczasem nie z nimi, tylko ich skarłowaciałym przedłużeniem w formie kciuka.

  14. Jeśli panu doktorowi się wydaje, że zniknięcie z sieci i pozamykanie fejsiów, blogów i innych takich spowoduje nawiązanie relacji w realu, to ja większego bullshitu nie słyszałam dawno. Zazie, weź daj spokój i zastanów się czego TY SAMA chcesz, bo pan doktor tylko sobie na Tobie eksperymentuje.

    1. Staro Krawczykowo, jest szansa na dyby zastępcze – moja nieustannie rosnąca dupa wkrótce może zakleszczyć się w fotelu przy komputerze i nie będę miała wyjścia <3

  15. Nie słuchaj pana doktora i nie kasuj bloga! Nie kasuj bo to jedyny blog jakiego czytam i jak go nie będzie to co ja? Jak ja? Przestanę być blogoczytaczem…

    1. Ciężko mi go skasować… Muszę gdzieś pisać. Jestem zbyt leniwa, by pisać „do szuflady” na zasadzie „to teraz se zapiszę w skrócie i byle jak, bo muszę pozmywać, a potem czyli nigdy – poprawię”. Póki co – blog zostaje :) miłej lektury!

Dodaj komentarz