zawsze, gdy tego słucham, robi mi się zimno. robi mi się gorąco. robi mi się słabo.
mam dreszcze. chce mi się krzyczeć i płakać. teraz, w pracy, przy biurku.
z kubkiem kawy, kubkiem herbaty, dwoma komputerami i stosem papierów.
z nogą na nogę i słuchawkami w uszach. z projektem, konceptem i claimem reklamowym.
w wieku lat trzydziestu trzech.
myślę o mojej nieżyjącej Babci Zosi – najdzielniejszej, najsilniejszej i najbardziej optymistycznej kobiecie,
jaką dane mi było znać. i o tym, że miała wtedy niespełna 24 lata, była panienką z dobrego domu,
wydelikaconą i wrażliwą, dopiero co wyszła za mąż z wielkiej miłości i urodziła córeczkę – Elżunię.
zgarnąwszy w popłochu z mieszkania wszystko, co było pod ręką – łącznie z kożuchem – biegnie na oślep.
teraz – w tym kożuchu, z miesięcznym niemowlęciem w ramionach –
biegnie ulicami Warszawy w środku upalnego sierpnia.
nie wie, gdzie jest Kazek, jej młody mąż. nie wie, czy żyje. teraz po prostu biegnie.
pierwsze dni powstania to rzeź mieszkańców Woli i Ochoty.
wielki dół wykopany w ziemi, nad którym Niemcy ustawili rzędem swe ofiary. kobiety i dzieci. i seria z karabinów.
w czwartek, 3 sierpnia 1944, pocisk przechodzi między ramieniem mojej babci a ramieniem jej córeczki.
gruby kożuch ratuje im życie. na ramieniu każdej z nich pocisk zostawia bliznę na całe życie.
Zośka z becikiem – dla niepoznaki – wskakuje do dołu pełnego ciał.będzie w nim leżeć aż do nocy, pośród zabitych i umierających, modląc się, by niemowlę nie zaczęło płakać.
nocą wygrzebują się spod stosu ciał i wpełzają do piwnicy, gdzie spędzą następne 2 tygodnie wraz z innymi kobietami –
żywiąc się marmoladą agrestową, znalezioną w jednej z komórek.
potem Zośka zostaje sanitariuszką w jednym z powstańczych szpitali.
umiera 63 lata później. w czwartek, 14 czerwca 2007 roku, o godzinie 18.05.
ma 87 lat. troje dzieci. czworo wnuków. czworo prawnuków.
i dwa pełne segregatory rękopisów i wspomnień.
Dodaj komentarz