sexy little liar czyli: dlaczego nienawidzę Roda Stewarta

ponieważ w kuluarach bloga czai się trudny i niefajny dla mnie temat, którego wolałabym nie tykać, nawet na odległość oraz kijem, to może w ramach ogólnego wiosennego rozluźnienia napiszę coś bez znaczenia – o muzyce na przykład.
i o tym, że jako mała dziewczynka miałam na ścianie – oprócz Beatlesów [czytaj TU – klik!] – plakat New Kids On The Block, MC Hammera i Kylie Minogue, bo wszystkie dzieciaki w szkole tego słuchały. ja też się starałam, ale niestety szybko mi się nudziło. dlatego najbardziej lubiłam szperać w kasetach magentofonowych mojego Taty, które namiętnie i latami nagrywał sobie z radia. robiłam to w wielkiej konspiracji, bo Tata bardzo nie lubił, gdy małe rączki siały chaos i spustoszenie w jego zbiorach muzycznych, tym bardziej, że miałam do dyspozycji naprawdę zajebiście audiofilski sprzęt w postaci rozjechanego na wszystkie strony magnetofonu mono Unitra MK125 z popsutym głośnikiem…

magnetofon_mono_unitra_mk_125

głośnik ten działał na słowo honoru i jedynie w dwóch zakresach – albo tak cicho, że ledwo słyszalnie, albo mega głośno i z trzaskami godnymi glebogryzarki. a do tego ten mój ekstra magnetofon (wygrzebany gdzieś pokątnie z Tatowej szuflady ze sprzętem przeznaczonym do rozkręcenia i przerobienia na rakietę kosmiczną, tudzież czołg) strasznie rozciągał, wkręcał i rwał taśmy, czego Tata wprost nienawidził i wcale mu się nie dziwię. no ale tylko do takiego miałam dostęp, a muzyki słuchać musiałam, bo inaczej bym chyba umarła, sami rozumiecie.

to właśnie w trakcie takich poszukiwań natrafiłam na piosenkę, na punkcie której oszalałam muzycznie. to ważne, że muzycznie, bo wtedy jeszcze – w wieku lat 10 – nie wiedziałam, o czym śpiewa ten zachrypnięty pan.


[Rod Stewart, Da Ya Think I’m Sexy?]

było jednak w tym kawałku coś tak absolutnie porywającego, że słuchałam go bez przerwy, aż w końcu zajechałam kasetę na amen i musiałam ją cichaczem zutylizować, aby Tata nie dowiedział się o mojej partyzanckiej działalności okołomuzycznej. [także ten… Tato, przepraszam, straciłeś w ten sposób co najmniej kilkanaście kaset, ale naprawdę ten magnetofon był beznadziejny].
po zutylizowaniu kasety z ukochanym nagraniem siłą rzeczy musiałam zapomnieć o moim wielkim przeboju zachrypniętego pana. do dnia, kiedy po latach i zupełnym przypadkiem, na fali mojej nastoletniej miłości do muzyki brazylijskiej [czytaj TU – klik!] – trafiłam na to:


[Jorge Ben Jor, Taj Mahal]

i wtem… usłyszałam, że dzwonią, och… jak dzwonią!
ale kompletnie nie wiedziałam, w którym kościele.
ba! dzwony biły na alarm, a ja histerycznie miotałam się w poszukiwaniu jakiejkolwiek muzycznej asocjacji…
no bo przecież… ja to znam, uwielbiam, kocham, słyszałam, pamiętam, ale gdzie… gdzie… skąd?!
– wyobraźcie sobie teraz moją obsesyjną jazdę w czasach, kiedy nie było jeszcze youtube’a. ba! w czasach kiedy nie było jeszcze internetu pod strzechami polskich domów –
oto Jorge Ben Jor leciał właśnie nocą w II programie polskiego radia i za 4 minuty miał się skończyć (na szczęście – w ostatnim geście przytomności umysłu – włączyłam klawisz nagrywania na moim kolejnym rozklekotanym magnetofonie), a ja niemal łaziłam po ścianach, usiłując sobie przypomnieć, skąd ja to znam i co ja tak mocno pamiętam. oraz nie pamiętam. a także – dlaczego ten brazylijski cover (jak mi się wtedy mylnie wydawało) jest stokroć razy lepszy od amerykańskiego (jak mi się jeszcze bardziej mylnie wydawało) oryginału. ot, zwykłe usytuowanie przyczynowe skutkowe na mojej niezbyt długiej linii życia zaowocowało tym kardynalnym błędem, którego wstydzę się do dziś.

bo przecież powinnam była przeczuć, że Jorge Ben Jor napisał i nagrał swój kawałek wcześniej niż ten tleniony amerykański pajac ośmielił się zarobić na nim tysiące dolarów na pierwszych miejscach list przebojów!

otóż pierwsza wersja utworu “Taj Mahal” pojawiła się na płycie zatytułowanej “Ben” z 1972 roku! w 1976 utwór ponownie pojawia się w dyskografii Jorge – tym razem na płycie “Africa Brasil” i staje się w Brazylii prawdziwym hitem. tyle że Jorge Ben Jor nagrywa dla takich wytwórni jak Phonogram, Philips czy Island Antilles.

tymczasem w 1978 tleniony pajac – bożyszcze ondulowanych amerykańskich nastolatek – przychodzi jak po swoje, bierze sobie w najlepsze linię melodyczną “Taj Mahal” i nagrywa dla wytwórni Warner Bros. kawałek “Da Ya Think I’m Sexy?”…

rodstewart

oszukując tym samym małoletnią Olgę z Polski, która w 1985, słuchając powyższego plagiatu, uważa go za geniusza kurwa pop-rokendrola.
no i na tym koniec. bo niestety w takiej sytuacji nie ma – nie ma przebaczenia! znienawidziłam Roda Stewarta na wieczność.

a Brazylijczyków kocham jeszcze mocniej:


[Jorge Ben Jor, Taj Mahal]

nie wiem jak wam, ale mi ten kawałek dodaje turbo energii.

 

 

 

apdejt:

niniejszym składam Vontrompce wyrazy wdzięczności za trop Zdzichy Sośnickiej –
zostałam rozłożona na mentalne łopatki – oto, psze państwa, polski cover plagiatu:


[Zdzisława Sośnicka, Nuda]

Och, co jest teraz modne, jak się w tańcu kręci
Czy się nosi włosy w kok
Wpadnij znowu do mnie, powiedz jak Ci leci
Może da się spędzić noc

Czemu nikt nie spyta mnie
O czym pustą nocą śnię
Może głupio życia czepiam się

 

sosnicka

 

 

 

Przepraszam. Wybacz mi. Kocham Cię. Dziękuję.

skomentuj przez Disqus ↑    lub    zjedź na sam dół strony ↓ i skomentuj ‚normalnie’ ;)

7

7 myśli na temat “sexy little liar czyli: dlaczego nienawidzę Roda Stewarta

  1. Polak potrafi:
    In 1980, Polish singer Zdzisława Sośnicka covered the song on her album Odcienie samotności; the title of the Polish cover is „Nuda” („Boredom”).
    (za wiki)

    1. „Och, co jest teraz modne, jak się w tańcu kręci
      Czy się nosi włosy w kok
      Wpadnij znowu do mnie, powiedz jak Ci leci
      Może da się spędzić noc…”

      nie dam rady. nie podniosę się po tym tekście…

Dodaj komentarz