moja batalia ze zbędnymi kilogramami trwa od kilku ładnych lat (do poczytania – TUTAJ!)
o czym pisałam na blogu namiętnie i już po wielokroć,
ale dopiero przygoda z Metabolic Balance (KLIK!) pozwoliła mi uzyskać
może jeszcze nie “wymarzoną sylwetkę dziewczyny Glamour” –
ale przynajmniej ubytek 20kg wagi w ciągu 6 miesięcy –
z mutant-masy 85kg zjechałam do w miarę przyzwoitych 65kg


na samej diecie, bez ćwiczeń fizycznych,
przy czym moja skóra zachowała się wprost idealnie,
nie pozostawiając zbędnych obwisłości czy innych zwiotczeń –
no po prostu cud! cud!

póki co moja waga ustabilizowała się na 65kg i od 2 miesięcy ani drgnie,
co zresztą nie powinno mnie dziwić, bo niestety zaczęłam pokątnie grzeszyć
z alkoholem oraz cukrem pod różna postacią. mea culpa, wiem!
mimo tego nadal jestem na diecie Metabolic Balance i marzę o zrzuceniu
kolejnych 10kg – tak aby wrócić do swojej wagi sprzed “wielkiego kaa-booom!”
czyli równiutkich 55kg żywej i ładnie uformowanej masy Zazie.
dlatego do diety postanowiłam ostatnio dołączyć także aktywność fizyczną,
która jest dla mnie … khe… khem…
ja i wszelka aktywność fizyczna… to trudny temat.
bardzo trudny. bardzo bardzo trudny.
jeśli miałabym o tym opowiedzieć, posłużyłabym się
metaforą artystycznego performance’u – o, coś w ten deseń:
ja i sport – tak to właśnie widzę.

czegokolwiek się tknę, trup ściele się gęsto, a pomniejszym obrażeniom i urazom nie ma końca


żadna forma ruchu w przestrzeni – mimo moich najszczerszych chęci – nie jest moją mocną stroną, żadna!


starałam się bardzo i przez całe dzieciństwo, ale nic z tego!
zawsze okazywałam się pokraką, ciamajdą i niezgułą.
dopiero niedawno dowiedziałam się, że osoby z ADD/ADHD po prostu miewają duże problemy z koordynacją ruchową…
mystery solved!

a jeśli dodać do tego ich naturalnie idiotyczne pomysły na ekstra zabawy i aktywności – to mamy katastrofę!

zmagam się z problemem upośledzenia sportowego o wiele dłużej niż z nadprogramowymi kilogramami,
bo od jakiejś czwartej klasy szkoły podstawowej – to wtedy narodziła się legenda Zazie,
która w sporcie osiąga wszelkie możliwe szczyty absurdu:

spada z kozła na głowę i rozbija okulary, robi salto mortale w tył z piłką lekarską,
skręca nogę w sprincie na 100 metrów, strzela gola do bramki własnej drużyny…

a im bardziej się stara, tym bardziej jej nie wychodzi!

słowem: pomyślcie sobie o najbardziej żenujących sportowych failach
(łącznie z jazdą na nartach – TU!) a powiem wam, że już ich dokonałam,
stając się pośmiewiskiem dzieciaków na boisku, obiektem kpin publiczności na sali gimnastycznej
i zmorą nauczycieli wychowania fizycznego, którzy bezskutecznie usiłowali mnie upchnąć
w jednej lub drugiej drużynie gry zespołowej i żadna nie chciała mnie przyjąć.

cierpiałam wstyd, traumę i upokorzenie, unikałam ruchu jak ognia,
aż w końcu załatwiłam sobie w liceum permanentne zwolnienie z wuefu
i świat wrócił na właściwe tory, a moje życie zostało raz na zawsze ocalone.

na studiach próbowałam jeszcze coś zdziałać w dziedzinie aerobiku oraz innych grupowych podrygów przy muzyce,
ale tu również ujawniła się moja totalna nieumiejętność dostosowania się do układu choreograficznego i rytmu

oraz nawiedzonej instruktorki przez mikrofon przekrzykującej dźwięki iście upiornej muzyki:
– Step touch!!! Step out!!! Heel back! Grape vine!!! Mambo chasse!! I jeszcze raz!!!
– CO TY *KU*WA* DO MNIE ROZMAWIASZ, BABO?!!

po studiach – z własnej nieprzymuszonej woli – zaczęłam praktykować jogę:
pod okiem instruktora, na sali pełnej ćwiczących skupionych ciał, każdy w skupieniu,
we własnym rytmie, zgodnie z własnymi możliwościami i – co dla mnie najważniejsze –
bez absurdalnej rywalizacji, parcia na wynik czy bicia rekordów.
wtedy ze zdziwieniem stwierdziłam, że moje ciało lubi ruch,
poddaje mu się z wdzięcznością, ulgą i oddaniem.
tak się wkręciłam w jogę, że doszłam do pięciu 1,5-godzinnych sesji w tygodniu.
byłam chuda, o dziwo zwinna i szło mi świetnie. do czasu.




bo w końcu przesadziłam i nabawiłam się przypadłości, która mogła przytrafić się tylko kurwa mnie:
Zespół Trzaskającego Biodra (Snapping Hip Syndrome, SHS) –
sami przyznacie, że brzmi idiotycznie, absurdalnie i kretyńsko. ale cóż – oto cała ja!
SHS powstaje na skutek przeciążenia układu kostnego i jest bardzo popularny wśród baletnic.
nie no, jasna sprawa! ja i balet? – no hay problema!

przez długi czas nie bardzo wiedziałam, co mam robić z tymi moimi trzaskającymi biodrami
oraz resztą rozklekotanego kościotrupa ukrytego we wnętrzu Zazie –
dlatego darowałam sobie wszystkie aktywności fizyczne z wyjątkiem seksu.
jednak około 30-tki coś mnie tknęło. a raczej kopnęło w dupę.
poszłam na siłownię, żeby wzmocnić mięśnie, które miały ochronić mój szkielet
przed dalszą degrengoladą. na siłowni było bardzo fajnie, ale trenerzy nie bardzo lubili,
kiedy dosiadałam tej czy innej maszyny, reagując jakoś nerwowo…


nie bardzo rozumiałam, o co im chodzi, dlatego skoncentrowałam się głównie na elektronicznej bieżni,
po której nakurwiałam 5 razy w tygodniu po 2 godziny i o dziwo nic złego mnie nigdy na niej nie spotkało.
cud! cud!

oczywiście świat byłby zbyt piękny, gdybym miała tak po prostu wytrwać
w swojej elementarnej aktywności fizycznej. po kilku miesiącach porzuciłam ją bez żalu
i wkręciłam się w rozkręcanie drobnej przedsiębiorczości, a następnie dostałam wielomiesięcznej depresji,
podczas której przytyłam 30kg i resztę tej historii już pewnie znacie.
w styczniu 2014 rozpoczęłam „rolowanie blanta na bekstejdżu” (tu!)
czyli uporczywe urabianie orbitreka (tu!)

niestety ten cudowny wynalazek aerodynamiczny szybko zaczął mi służyć
jako pokojowy wieszak na odzież oraz suszarka na schnące pranie.
kiedy w połowie marca 2014 rozpoczęłam Metabolic Balance, dałam sobie spokój ze sportem,
uznając, że nie ogarnę dwóch skomplikowanych reżimów jednocześnie (dieta + treningi).
teraz – po utracie 20kg – kiedy tempo chudnięcia na Metabolic Balance nie jest już tak spektakularne,
a i pora roku cudownie sprzyja biesiadom w gronie przyjaciół – zrozumiałam, że muszę przedsięwziąć
plan awaryjny w postaci regularnego treningu.
przy czym musi to być trening „outdoorowy”, bo w domu po prostu… oszukuję :(
no i stanęłam przed nie lada wyborem…
tyle dyscyplin sportu, tyle możliwości, tyle… predyspozycji! ;)
żeby nie oszaleć z nadmiaru opcji, podzieliłam sobie sporty i aktywności fizyczne
na te SEKSOWNE:
ooops, nie ten obrazek!




i te MNIEJ SEKSOWNE:




na samym końcu tej listy jest NORDIC WALKING

zgadnijcie, co wybrałam ;)
no i chuj z tym! idę na patyki!

Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.



Dodaj komentarz