ta notka miała być o muzyce i w sumie będzie, ale najpierw muszę wam napisać,
że jak byłam mała – miałam może z 5 czy 6 lat – w moim pokoju nad łóżkiem
Tata zawiesił cyrkowy plakat Rafała Olbińskiego z 1981 roku:

z małpami byłam za pan brat, bo moim najlepszym kumplem –
jeszcze z okresu niemowlęcego – był niejaki Filip

z którym potem mniej więcej do 14 roku życia spałam w jednym łóżku.
no tak, sypiałam z wielką włochatą małpą, bo co?

no w każdym razie jeden goryl gościł w moim łóżku,
drugi wisiał nad nim. a pośrodku ja.
niestety pech chciał, a raczej moja jebnięta wyobraźnia,
że w nocnej poświacie księżyca na ścianie
byłam absolutnie przekonana, że Małpi Bokser uśmiecha się do mnie –
zrazu uśmiecha, by chwilę później demonicznie szczerzyć kły i śmiać się do rozpuku.
podnosiłam wrzask, przybiegał ojciec i teatralnie pukał się w czoło,
przewieszając małpę mordą do ściany. i tak co noc.
w końcu wszyscy mieliśmy tego dosyć i zamiast goryla
nad moim łóżkiem pojawili się sympatyczni chłopcy
Waldemara Swierzego z 1979:

na początku nie wnikałam w ich tożsamość. najważniejsze, że po prostu
uśmiechali się do mnie za dnia i w nocy, bez żadnych szyderczych podtekstów.
aż w końcu któregoś dnia zapytałam Tatę, co to znaczy t-h-e-b-e-a-t-l-e-s…
od słowa do słowa, od płyty do płyty i tak oto wychowałam się na Beatlesach.
się. siebie. sama – siebie.
ucząc się na ich tekstach angielskiego,
dopasowując obce słowa do rzeczywistości,
przeżywając pierwszą depresję w wieku lat 13,
rozpaczliwie zbierając się do kupy
i raz za razem rozsypując na nowo.
chwilę potem obejrzałam jeszcze „Yesterday” Piwowarskiego
i już w ogóle było po mnie.

chodziłam już do piątej klasy podstawówki i nie miałam z kim pogadać.
więc gadałam z chłopakami. w języku, który rozumiałam tak mniej więcej
piąte przez dziesiąte.
pamiętam jak na wycieczce do Zakopanego siedziałam przy oknie w autokarze,
z słuchawkami na uszach i myśląc, że nikt nie widzi – śpiewałam sobie bezgłośnie:
Suddenly, I’m not half the man I used to be
There’s a shadow hanging over me.
Oh, yesterday came suddenly
ale widziała mnie Ula. i wyśmiała strasznie.
więc sami wiecie… żenada. chciałam umrzeć.
zawsze wolałam te pozornie „smutne” piosenki.
może dlatego, że przeważnie było mi źle
i chciałam, żeby ktoś mnie zrozumiał.
chłopcy rozumieli mnie wyśmienicie.
zwłaszcza John.
choć na mojej ścianie – do kompletu – zawisł George Pągowskiego,
bo akurat tylko jego mieliśmy na składzie:

George przypominał mi poniekąd Seweryna Krajewskiego, ale jego też pokochałam –
zwłaszcza po „Here comes the sun”:
Little darling, it’s been a long cold lonely winter
Little darling, it feels like years since it’s been here
Here comes the sun, here comes the sun
And I say it’s all right
dzisiaj akurat bardzo potrzebuję wsparcia i wiary w to, że będzie dobrze.
szukam tego w sobie ze wszystkich sił, na razie nie znajduję,
więc pomagam sobie muzyką.
słuchając Beatlesów czuję się tak, jakbym po latach wracała
do ulubionego, bezpiecznego miejsca dzieciństwa,
gdzie spędzało się sielskie słoneczne wakacje.
blackbird singing in the dead of night –
take these broken wings and learn to fly
bll your life you were only waiting for this moment
to arise
Autor: Olga Gromek (Zazie)
Tekst autorski opublikowany na zazie.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Dodaj komentarz