Blog o nawracającej depresji i upartych próbach wychodzenia z niej, o poszukiwaniu motywacji do działania i sposobów na radzenie sobie z codziennością

Są dni, kiedy czuję się gorzej. Albo po prostu źle. Wydaje mi się wtedy, że dni, w które czuję się lepiej albo po prostu dobrze – nie istnieją. I tak naprawdę nigdy nie istniały. I istnieć nie będą. Nauczyłam się jednak, aby w takich momentach nie traktować siebie zbyt serio, nie wierzyć sobie ani przez chwilę, nie stawiać pod ścianą i nie odbierać nadziei… [czytaj dalej]

splash!

lecz po nocy przychodzi dzień, a po burzy…   dżdżownice wyłażą z ziemi. wracałam do domu w wieczornych strugach marcowego deszczu i tak mi było lekko, jakby to wszystko, o czym tutaj marudzę, nie miało większego znaczenia. a więc jednak – pojedyncze rysy i głębokie bruzdy nie psują bezsprzecznej urody krajobrazu. muszę je po prostu przeskakiwać.

Czytaj więcej »

karuzela z wariatami

opierdol z rana jak śmietana. nieco kwaśna i gorzka, ale do przełknięcia. moja wina. nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie spieprzyła. i się rozpieprzyła. taka karma. life goes on. an on. and on. and on. poboli i przestanie, nic ci nie będzie. nic z tego nie będzie. słowo na dziś: πράγμα. pamiętaj, że musisz być

Czytaj więcej »

a ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

przynajmniej raz w tygodniu czuję się najgorszym copywriterem świata oraz najbrzydszą dziewczyną pod słońcem. przez resztę dni jest znośnie, co znaczy, że udaje mi się przemykać niezauważoną – bez potykania się o własne niezgrabne ciało i koślawe kadłubki zdań pokrętnie złożonych. myślę sobie, że chciałabym się schować jeszcze bardziej, nie rezygnując jednak z uczestnictwa w

Czytaj więcej »

readme.txt

nikt nie przypuszcza. nikt nie wie. sama przed sobą ledwo się do tego przyznaję. ale to jest. jest. trwa od wielu miesięcy. i nie słabnie. nie odpuszcza. nie daje mi spokoju. powiedzmy, że traktuję to jako obsesję. z bogatego repozytorium dotychczasowych koszmarów – ta akurat jest wyjątkowo bezbolesna. choć równie męcząca i wiodąca mnie donikąd

Czytaj więcej »

please don’t let them look through the curtains

początek marca to czas słuchania smutnych piosenek i lekkiego niedowierzania, że oto w jednym kawałku udało nam się przetrwać zimę. teraz już z górki, byle do wiosny, truchtem, przez brudne ulice i organiczne resztki minionego sezonu. biegnę, przystając co chwilę. czekam, nasłuchuję. z małego skrawka ziemi gdzieś pomiędzy turcją, armenią, azerbejdżanem a rosją nie dochodzą

Czytaj więcej »

calm down, firestarter

chodzę jakaś taka przestraszona, nastroszona i wypatroszona – jakbym nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji: że oto można i trzeba żyć gdzieś tak pośrodku, między udręką a ekstazą, nie zbliżając się zanadto do żadnej z nich, nie ocierając się ani o górne ani o dolne rejestry, balansować pokornie niczym cyrkowa foka na rozbujanej piłce, nie

Czytaj więcej »

another back to black

właściwie dlaczego miałabym o tym nie napisać? tak po prostu. o tym, jak działa mózg depresyjnej osoby z nerwicą natręctw, o tym co dzieje się w mojej głowie. jak krążą myśli. i dlaczego w kółko. o tym, że kiedy ciężar rzeczywistości staje się zbyt duży, dopada mnie stres, niepokój i lęk, a wewnętrzne napięcie staje

Czytaj więcej »

My heart’s in the Highlands wherever I go…

w szpitalu przy Banacha trwa właśnie operacja mojej Mamy. K. wylatuje jutro do prawosławnego monastyru w Gruzji, być może na zawsze, nie wiem, przecież to już nie moje życie. nic nie mówię, bo po co. chcę żeby ten dzień już się skończył, mam ochotę rzygać z nerwów, smutku i wewnętrznego chaosu . kiedy byłam małym

Czytaj więcej »

Lady Marmalade & Miss Migraine – czyli: Dziewczyna i Solpadeina

nigdy przenigdy nic mnie nie bolało. no… może oprócz złamanego od czasu do czasu serduszka, częstokroć urażonej dumy lub – od wielkiego dzwonu – otwartego parasola w dupie na okoliczność mniejszego lub większego zadęcia kulturalno-towarzyskiego. przez całe dzieciństwo i młodość byłam ekstremalna, przeciwbólowa i antynewralgiczna. no… może z wyjątkiem tych chwil, kiedy raz po raz

Czytaj więcej »

do keep your eyes on me

dnia 5 lutego 2014 roku o 19.38 byłam już tak zmęczona swoją beznadziejnością, że w tej właśnie chwili postanowiłam umrzeć. szybko jednak uświadomiłam sobie bezsens i grzeszność tej myśli, dlatego też niezwłocznie udałam się na spoczynek. postanowiłam, że rano obudzę się innym człowiekiem. zażywszy 3 ziołowe tabletki uspokajające, zapadłam w ciężki letarg, z którego około

Czytaj więcej »

sputnikowy pracownik stycznia

ponieważ z zasady wchodzę dwa razy do tej samej rzeki – wróciłam na pokład Sputnik Studio. i tak oto każdego ranka dziarsko maszeruję do pracy przez śnieżne zaspy parkowych alejek. maszeruję całe 5 minut, gdyż międzygalaktyczny kosmodrom Czmudy zatoczył koło nad okolicą i osiadł pośród wiekowych drzew skweru Sue Ryder na Starej Ochocie. jestem więc

Czytaj więcej »

Zazie, be good…

moje problemy finansowe sięgnęły zenitu. ja zaś sięgnęłam dna. w totalnej panice usiłuję ogarnąć sytuację, dziękując w duchu losowi za zesłanie mi stałej etatowej pracy. na serio, perfect timing! od teraz będę normalna. od teraz będę grzeczna. nie wiem, w co najpierw wkładać ręce. tak czy inaczej – ujebię się po łokcie, to pewne. póki

Czytaj więcej »

za przeproszeniem.

w pisaniu bloga jestem tak samo chimeryczna jak w życiu. albo nawet bardziej. jasne, że nikt nie musi tego znosić, ale skoro mimo wszystko mnie czyta – to śmiem przypuszczać, że nieco się już przyzwyczaił do mojej uogólnionej abnegacji. ale ponieważ wiele osób nadal zgłasza – słuszne zresztą – pretensje, iż więcej niż często zdarza

Czytaj więcej »

drink bar Ochota i klub śniadaniowy

na przekór chujowemu nastawieniu do ludzkości i rzeczywistości – poszłam na powitalną imprezę Ochockich Cór Marnotrawnych z Raszyńskiej i upiłam się wiśniówką.   a przy okazji pogadałam sobie z drugą neurotyczką. syty głodnego nie zrozumie, ale wariat wariata – zawsze! a właściwie to ile kalorii ma kieliszek wiśniówki? bo nie wiem, czy opłaca mi się

Czytaj więcej »

srau to chies

mam niezdrową skłonność do nadmiernego przejmowania się cudzymi zachowaniami – dociekam, analizuję, przeżywam i zadręczam się tym, co mi ktoś powiedział, zrobił, nie zrobił, pomyślał, nie pomyślał, przemilczał lub olał. jezu chryste, mam tego dosyć. co mnie to kurwa obchodzi?! o co mi chodzi… po co ja to wałkuję…?!! nie ma tu nic do rozumienia,

Czytaj więcej »

minus piętnaście.

  jest zimno. to dobrze. to bardzo, bardzo dobrze. pozapinałam się równiutko i szczelnie. teraz jeszcze skafander – jednym ruchem zaciągam suwak – od stóp do głowy. i mogę tak iść. nic mnie nie ruszy. nic mnie nie dotknie. nic do mnie nie dotrze.       it’s sometimes just like sleeping curling up inside

Czytaj więcej »

absolutnie nic. || just leave me alone.

moja praca polega na tym, że wymyślam, układam i piszę. im szybciej myślę, tym więcej piszę. im więcej piszę, tym więcej zarabiam. rachunek jest prosty – jak dwa plus dwa lub zero plus zero. problem z byciem copywriterem jest taki, że copywriter powinien choć w 20% być przekonany o swojej zajebistości i genialności własnych konceptów.

Czytaj więcej »

bloody blue monday

do matematyki mam stosunek raczej oziębły, ale jeśli wierzyć obliczeniom Arnalla to właśnie dziś przypada najbardziej depresyjny dzień roku. a ponieważ ostatnio depresji unikam jak ognia, odpędzając od siebie wszelkie podejrzenia jakobym sama miała się w nią zapaść i nurzać do utraty tchu – bardzo mi dzisiaj pasuje ten cholerny blue monday. dzięki niemu tłumaczę

Czytaj więcej »

ODCHUDZANIE – dzień 03 – piątek, 10.01.2014: fucked up.

CHALLENGE:        KRÓL IMPREZY & MISTRZ OGŁADY TOWARZYSKIEJ LEVEL:       MASTER iść na imprezę do Sąsiadów w stanie głębokiego PMS’u, siedzieć dwie godziny z gnuśną miną, a następnie wpierdolić dzieciom Gospodarzy wszystkie czekoladki adwentowe… no cóż, zupełnie jak w “Sensacjach XX wieku” – to był zwykły dzień, nic nie zapowiadało wieczornej

Czytaj więcej »