Blog o nawracającej depresji i upartych próbach wychodzenia z niej, o poszukiwaniu motywacji do działania i sposobów na radzenie sobie z codziennością

Są dni, kiedy czuję się gorzej. Albo po prostu źle. Wydaje mi się wtedy, że dni, w które czuję się lepiej albo po prostu dobrze – nie istnieją. I tak naprawdę nigdy nie istniały. I istnieć nie będą. Nauczyłam się jednak, aby w takich momentach nie traktować siebie zbyt serio, nie wierzyć sobie ani przez chwilę, nie stawiać pod ścianą i nie odbierać nadziei… [czytaj dalej]

readme.txt

nikt nie przypuszcza. nikt nie wie. sama przed sobą ledwo się do tego przyznaję. ale to jest. jest. trwa od wielu miesięcy. i nie słabnie. nie odpuszcza. nie daje mi spokoju. powiedzmy, że traktuję to jako obsesję. z bogatego repozytorium dotychczasowych koszmarów – ta akurat jest wyjątkowo bezbolesna. choć równie męcząca i wiodąca mnie donikąd

Czytaj więcej »

please don’t let them look through the curtains

początek marca to czas słuchania smutnych piosenek i lekkiego niedowierzania, że oto w jednym kawałku udało nam się przetrwać zimę. teraz już z górki, byle do wiosny, truchtem, przez brudne ulice i organiczne resztki minionego sezonu. biegnę, przystając co chwilę. czekam, nasłuchuję. z małego skrawka ziemi gdzieś pomiędzy turcją, armenią, azerbejdżanem a rosją nie dochodzą

Czytaj więcej »

calm down, firestarter

chodzę jakaś taka przestraszona, nastroszona i wypatroszona – jakbym nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji: że oto można i trzeba żyć gdzieś tak pośrodku, między udręką a ekstazą, nie zbliżając się zanadto do żadnej z nich, nie ocierając się ani o górne ani o dolne rejestry, balansować pokornie niczym cyrkowa foka na rozbujanej piłce, nie

Czytaj więcej »

another back to black

właściwie dlaczego miałabym o tym nie napisać? tak po prostu. o tym, jak działa mózg depresyjnej osoby z nerwicą natręctw, o tym co dzieje się w mojej głowie. jak krążą myśli. i dlaczego w kółko. o tym, że kiedy ciężar rzeczywistości staje się zbyt duży, dopada mnie stres, niepokój i lęk, a wewnętrzne napięcie staje

Czytaj więcej »

My heart’s in the Highlands wherever I go…

w szpitalu przy Banacha trwa właśnie operacja mojej Mamy. K. wylatuje jutro do prawosławnego monastyru w Gruzji, być może na zawsze, nie wiem, przecież to już nie moje życie. nic nie mówię, bo po co. chcę żeby ten dzień już się skończył, mam ochotę rzygać z nerwów, smutku i wewnętrznego chaosu . kiedy byłam małym

Czytaj więcej »

Lady Marmalade & Miss Migraine – czyli: Dziewczyna i Solpadeina

nigdy przenigdy nic mnie nie bolało. no… może oprócz złamanego od czasu do czasu serduszka, częstokroć urażonej dumy lub – od wielkiego dzwonu – otwartego parasola w dupie na okoliczność mniejszego lub większego zadęcia kulturalno-towarzyskiego. przez całe dzieciństwo i młodość byłam ekstremalna, przeciwbólowa i antynewralgiczna. no… może z wyjątkiem tych chwil, kiedy raz po raz

Czytaj więcej »

do keep your eyes on me

dnia 5 lutego 2014 roku o 19.38 byłam już tak zmęczona swoją beznadziejnością, że w tej właśnie chwili postanowiłam umrzeć. szybko jednak uświadomiłam sobie bezsens i grzeszność tej myśli, dlatego też niezwłocznie udałam się na spoczynek. postanowiłam, że rano obudzę się innym człowiekiem. zażywszy 3 ziołowe tabletki uspokajające, zapadłam w ciężki letarg, z którego około

Czytaj więcej »

sputnikowy pracownik stycznia

ponieważ z zasady wchodzę dwa razy do tej samej rzeki – wróciłam na pokład Sputnik Studio. i tak oto każdego ranka dziarsko maszeruję do pracy przez śnieżne zaspy parkowych alejek. maszeruję całe 5 minut, gdyż międzygalaktyczny kosmodrom Czmudy zatoczył koło nad okolicą i osiadł pośród wiekowych drzew skweru Sue Ryder na Starej Ochocie. jestem więc

Czytaj więcej »

Zazie, be good…

moje problemy finansowe sięgnęły zenitu. ja zaś sięgnęłam dna. w totalnej panice usiłuję ogarnąć sytuację, dziękując w duchu losowi za zesłanie mi stałej etatowej pracy. na serio, perfect timing! od teraz będę normalna. od teraz będę grzeczna. nie wiem, w co najpierw wkładać ręce. tak czy inaczej – ujebię się po łokcie, to pewne. póki

Czytaj więcej »

za przeproszeniem.

w pisaniu bloga jestem tak samo chimeryczna jak w życiu. albo nawet bardziej. jasne, że nikt nie musi tego znosić, ale skoro mimo wszystko mnie czyta – to śmiem przypuszczać, że nieco się już przyzwyczaił do mojej uogólnionej abnegacji. ale ponieważ wiele osób nadal zgłasza – słuszne zresztą – pretensje, iż więcej niż często zdarza

Czytaj więcej »

drink bar Ochota i klub śniadaniowy

na przekór chujowemu nastawieniu do ludzkości i rzeczywistości – poszłam na powitalną imprezę Ochockich Cór Marnotrawnych z Raszyńskiej i upiłam się wiśniówką.   a przy okazji pogadałam sobie z drugą neurotyczką. syty głodnego nie zrozumie, ale wariat wariata – zawsze! a właściwie to ile kalorii ma kieliszek wiśniówki? bo nie wiem, czy opłaca mi się

Czytaj więcej »

srau to chies

mam niezdrową skłonność do nadmiernego przejmowania się cudzymi zachowaniami – dociekam, analizuję, przeżywam i zadręczam się tym, co mi ktoś powiedział, zrobił, nie zrobił, pomyślał, nie pomyślał, przemilczał lub olał. jezu chryste, mam tego dosyć. co mnie to kurwa obchodzi?! o co mi chodzi… po co ja to wałkuję…?!! nie ma tu nic do rozumienia,

Czytaj więcej »

minus piętnaście.

  jest zimno. to dobrze. to bardzo, bardzo dobrze. pozapinałam się równiutko i szczelnie. teraz jeszcze skafander – jednym ruchem zaciągam suwak – od stóp do głowy. i mogę tak iść. nic mnie nie ruszy. nic mnie nie dotknie. nic do mnie nie dotrze.       it’s sometimes just like sleeping curling up inside

Czytaj więcej »

absolutnie nic. || just leave me alone.

moja praca polega na tym, że wymyślam, układam i piszę. im szybciej myślę, tym więcej piszę. im więcej piszę, tym więcej zarabiam. rachunek jest prosty – jak dwa plus dwa lub zero plus zero. problem z byciem copywriterem jest taki, że copywriter powinien choć w 20% być przekonany o swojej zajebistości i genialności własnych konceptów.

Czytaj więcej »

bloody blue monday

do matematyki mam stosunek raczej oziębły, ale jeśli wierzyć obliczeniom Arnalla to właśnie dziś przypada najbardziej depresyjny dzień roku. a ponieważ ostatnio depresji unikam jak ognia, odpędzając od siebie wszelkie podejrzenia jakobym sama miała się w nią zapaść i nurzać do utraty tchu – bardzo mi dzisiaj pasuje ten cholerny blue monday. dzięki niemu tłumaczę

Czytaj więcej »

ODCHUDZANIE – dzień 03 – piątek, 10.01.2014: fucked up.

CHALLENGE:        KRÓL IMPREZY & MISTRZ OGŁADY TOWARZYSKIEJ LEVEL:       MASTER iść na imprezę do Sąsiadów w stanie głębokiego PMS’u, siedzieć dwie godziny z gnuśną miną, a następnie wpierdolić dzieciom Gospodarzy wszystkie czekoladki adwentowe… no cóż, zupełnie jak w “Sensacjach XX wieku” – to był zwykły dzień, nic nie zapowiadało wieczornej

Czytaj więcej »

nana karobi yaoki – jinsei wa kore kara da

sezon na podsumowania, zestawienia i noworoczne postanowienia kwitnie, ja zaś – niekwestionowana dotąd mistrzyni wielkich obietnic i jeszcze większych nadziei – w tym roku rękami i nogami zapieram się przed postanawianiem czegokolwiek. trochę na przekór, a trochę ze strachu, że znów nie podołam i jak zwykle utonę sobie depresyjnie we łzach frustracji i wściekłości na

Czytaj więcej »

ghost in the shell

nie rozumiem, dlaczego wrodzona polska smuta i bliżej niezidentyfikowane poczucie winy każe nam żałować za grzechy minionego roku i obiecywać poprawę w tym nadchodzącym, z dnia na dzień narzucając nam sztywne ramy i wszelką wstrzemięźliwość. przecież zabawa dopiero się zaczyna! tymczasem zdecydowanie bliżej mi do karnawału w Rio niż solennych noworocznych postanowień i słowiańskich pobożnych

Czytaj więcej »

lovelock.

rzeczywistość wessała mnie bez reszty, mam energię, mam sny, wszystko wodzi mnie na pokuszenie oraz za nos, wprost na manowce. ale jest dobrze. nawet bardzo. paroksetynę zmniejszyłam do 20 mg. niestety nie chudnę, zatrzymałam się. zabałaganiłam dietę. nie szkodzi, przecież i tak każdego dnia zaczynam samą siebie od początku.   to co do pojęcia trudne

Czytaj więcej »